login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Zapraszamy do galerii zdjęć "Łukta Dawniej".

6 Czerwca 2011, godz: 18:08

Gdy myślę... Łukta (5)



Gdy myślę... Łukta (5)
ŁUKTA Z LOTU KORMORANA


          Dzisiejsza refleksja nie będzie ani romantyczna ani muzyczna. Będzie… krytyczna. Jako były łukcianin (tym bardziej literat), mam prawo do subiektywnie-uczciwej (letniej już prawie) oceny pewnych rzeczy, które mnie (perypatetyka) rażą,  gdy wędruję po drogach i ścieżkach mazurskiej krainy.
          Zacznę od wjazdu do mojej rodzinnej wsi od strony Ostródy. Może jeszcze nie ogarnia człowieka czarna rozpacz, ale jest już blisko niej. Ulica Ostródzka zamarła, czas dla niej nie płynie. Dziś wygląda niemal tak samo jak wówczas, gdy do Łukty wkraczała Armia Czerwona! Zaniedbane, szare, brudne, nijakie domostwa w dziewięćdziesięciu procentach odstraszają przyjeżdżających (szczególnie tych, którzy pojawiają się wraz z kormoranami). Ulica Ostródzka… jak deszcz lunie, trudno przejechać czymkolwiek. Wyboje, dziury. I płoty, jeden straszniejszy od drugiego (z nielicznymi, na szczęście, wyjątkami). A wcześniej przed pierwszą posesją od strony Ostródy chaszcze, trawy, że strach jechać lub iść! W śródwieściu (neologizm!), bo przecież nie w śródmieściu, też niewiele zmieniło się od lat. I wcale nie chodzi o to, by stały tu wille, ale trochę porządku w elewacjach chociażby być powinno! Gmina może zwolnić (chociażby częściowo) właścicieli posesji z podatku od nieruchomości, a w zamian zażądać naprawy ścian, dachów i kominów. I już będzie ładniej! Kram na terenie posesji Iżykowskich (centrum) wygląda wiochowato, przypomina czasy poprzedniej komunistycznej epoki. Czyżby wśród ludzi lokalnej władzy nie było nawet jednego estety? Na to wychodzi. Przystanek autobusowy (ma pewnie kilkadziesiąt lat) też można zmienić, należy postawić warunki właścicielowi. Łaski nie robi. A jak nie ma pieniędzy, to ludzie wsiądą do pojazdu i bez tego szkaradztwa.
          Druga sprawa to jezioro Korwik, położone najbliżej Łukty. Tu większość tubylców spędza letnie dni, kąpie się. Nad jeziorem – w moim odczuciu – panuje totalna samowola. Namnożyło się różnych zabudowań blisko wody, ogrodzono letnie posesje (nawet jeden wielgachny dom!) Nie sposób swobodnie przejść dookoła. Pomijam już zachowanie niektórych letników od tych pseudodaczy. Jak człowiek posiedzi trochę nad wodą (szczególnie od strony dawnego gospodarstwa Dziaruka), to więdną uszy od wyrazów głównie na ka… . Nie ma też przyrodniczego (że tak określę) porządku, drzewa gniją nad brzegami, dno w większości brudne. Jasne, jest kąpielisko, ale czy każdy musi siedzieć w zgiełku i wśród raczących się piwem? Chyba nie. Jezioro, przyroda zawsze kojarzy mi się ze spokojem. I będę go bronił! Smutne jest to, że dziś w epoce pieniądza coraz więcej wokół nas zaślepionych, głuchych i obojętnych ludzi. Nie znaczy to jednak, że pozostałym (adwersarzom tych pierwszych) odebrano mowę, zatkano uszy! Ja właśnie staję po ich stronie i podkreślę, że wybierając się na spacer wokół Korwika nie mam zamiaru prosić jednego czy drugiego właściciela nadjeziornej „daczy”, by pozwolił mi przejść po trawie lub przeskoczyć przez ogrodzenie. Zdaje się, ze przepisy mówią, iż od brzegu każdego jeziora (oprócz prywatnego) musi przebiegać wolny pas dla wszystkich! Zwrócę jeszcze uwagę na psy kąpiące się w tym jeziorze. Gdy byłem w Lubece i ktoś spuścił Burka z kagańca, a ten  wszedł do wody (kąpielisko dla ludzi), to nie wiadomo skąd pojawiła się policja municypalna i wlepiła właścicielowi mandat, w 1996 roku było to sto marek! Chodzi mi po głowie pewna sugestia, żeby zacna łukciańska władza przynajmniej na sezon letni zatrudniła kilku porządkowych nad jeziorem (może nie tylko tym).
          Kolejna rzecz to kulturalne ubóstwo mojej rodzinnej wsi. Podobno wreszcie ruszy budowa domu kultury. Należy jednak pamiętać, że jeśli nawet powstanie gminne centrum kultury (nazwa robocza i pospolita), to bez dobrych, fachowych kadr i tak nic wielkiego w Łukcie się nie narodzi. Kulturę tworzą jednostki niepospolite, twórcze, z pomysłami, dobrze znające tę delikatną materię. W mojej wsi trudno dziś o kogoś takiego. A mówiąc wprost, jeszcze długo najróżniejsze festyny (z fajerwerkami) będą szczytem możliwości zajmujących się gminną kulturą. Piszę dość zdecydowanie, bo mam już dość narzekań ludzi młodych (z Łukty i okolic), że nic się tam nie dzieje. Muzyka umpa-umpa i browar nie zaspakajają (i całe szczęście!) intelektualnych potrzeb ogółu tamtego społeczeństwa. Wielu jest takich, którzy chcieliby propozycji na wyższym poziomie i bardziej dla ducha! Szkoda, że nauczyciele z Łukty ( z nielicznymi wyjątkami), generalnie nie integrują się z mieszkańcami. Możliwe, że magistrowie uważają się za lepszych w gminie, za inteligencję. Kompletny nonsens! Pensje mają duże, to i roboty powinni wykonywać więcej. O indolencji miejscowych polonistów szczególnie świadczy fakt, że chociaż pochodzę z Łukty, nikt – przez 20 lat! – nie zaprosił mnie na spotkanie z dziećmi, młodzieżą. Nie chodzi o moje narzekanie, bo nie w tym rzecz, ale pewną chorą (polonistyczną) filozofię. O przeciwstawienie się zdegenerowanym nawykom, złym pedagogicznym przyzwyczajeniom, nauczycielskiej „polskości” (kłania się profesor Kazimierz Dąbrowski, nieżyjący już niestety, ale warto poczytać, co napisał o Polakach). Chodzi też o odrobinę wyobraźni nauczających, ich chęci i inwencję, naturalnie przede wszystkim polonistów. Nie zapraszając do szkoły malarza, poety  czy prozaika czynią krzywdę głównie ambitniejszym uczniom.
          Zdaję sobie sprawę, że niektórzy obrażą się na mnie, może nawet czyhać będą gdzieś za rogiem (albo w lesie, bo tam przebywam najchętniej), by mnie dopaść i powiedzieć (wykrzyczeć!), że się ze mną nie zgadzają… Zapewniam, że nie będę salwował się ucieczką. Uciekają tylko tchórze, a ja do nich na  pewno nie należę.
Korci mnie, by przytoczyć kilka znamiennych przykładów z mojego obecnego województwa kujawsko-pomorskiego, gdzie wsie zadziwiają mnie pozytywnie, gdzie dzieje się wiele znakomitych rzeczy i to nie tylko w szeroko rozumianej kulturze. Wszystko zależy od ludzi… Podobno. Ale, myślę, nie tylko od tych, którzy zostali wybrani do władz, ale też – może przede wszystkim – od wiejskiego społeczeństwa. Jeśli ono daje przyzwolenie na bylejakość rządów, to wójtom i radnym w to graj! Już ksiądz Skarga mówił, że bycie politykiem to nie przywilej lecz obowiązek.
          Trzymam kciuki za lepszy rozwój mojej dawnej wsi i gminy. I życzę sobie, aby goście z którymi przyjeżdżam do Łukty (a są i tacy, którzy przez moje nazwisko sami tam zaglądają), nie mówili, że moja wieś jest szara, z dziurawymi ulicami, bez miejsc parkingowych. Czyli zaniedbana, flejtuchowata. I – jak niedawno powiedział poeta z Krakowa – jeśli dalej tak będzie, to nawet kormorany przestaną tu przylatywać… 

Stanisław Raginiak  

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.
©
Ilustacje: Grzegorz Malinowski




komentarze (28) outsider: do obserwator:
jeśli chcesz więcej przykładów wiosek temetycznych- użyj google.
Gres odpowiedział, że stron ma ok. 50 unikatowych odwiedzin, to nie jest dużo biorąc pod uwagę całą gminę do której strona przecież dociera... Gablotki gminne są więc potrzebne bo ludzie starsi są do nich przyzwyczajeni a z drugiej strony ilu z waszych rodziców drodzy użytkownicy korzysta z internetu?
Wróce jeszcze do jednej kwestii, otórz promocja gminy nie należy jedynie jej władz, ale przede wszystkim (moim zdaniem) do mieszkańców. Wystarczy zadbać o otoczenie wokół siebie a już będzie jakoś tak... czyściej ;-D
dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

2 Czerwca 2011, godz: 11:41

Ogłoszenie!


aa

Dziewczyno! Masz ukończone 16 lat, lubisz sport i chciałabyś wziąć udział w zawodach strażackich? Nie czekaj tylko napisz do NAS!

Kobieca drużyna pożarnicza poszukuje 4 chętnych dziewczyn! Z góry napiszę, że jest to bardzo fajna zabawa w miłej atmosferze!

 

NAPISZ jak najszybciej: lukta-city@wp.pl


komentarze (2) gosiaq: Poszukuję chętnych dziewczyn 16+ ! Zawody Wojewódzkie OSP ! 18 czerwiec 2011 !
dodaj komentarz autor:malina

28 Maja 2011, godz: 13:49

Zmiana rozkładu jazdy "okejek"


Uwaga podróżni

 

 

OD DNIA 29.05.2011R

ZMIANA ROZKŁADU NA LINII 346 OLSZTYN - MORĄG

 

(Zmiana miejsc zatrzymywania busów)

 

Odjazd z Olsztyna - ul. Dworcowa/ Pl. Konstytucji 3 maja.

 (przystanek na przeciwko McDonald'a)

Odjazd z Morąga - ul. Pomorska.

 

Informujemy również, że został zlikwidowany przystanek w Żabim Rogu.

 

Poniżej przedstawiamy nowe rozkłady:




komentarze (6) gres: służę odpowiedzią...

Słyszałem że następna zmiana już za miesiąc.
dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

24 Maja 2011, godz: 21:00

Festyn rodzinny w Łukcie


festyn

 

 

Zdjęcia z festynu w naszej galerii!

 

 

DZIEŃ RODZINY

Festyn na stadionie

Serdecznie zapraszamy na rodzinną imprezę w Łukcie, w dniu 28 maja 2011 roku

 

W PROGRAMIE

+ 15.oo - Uroczyste otwarcie imprezy
+ 15.15 - Rozlosowanie nagrody niespodzianki wśród uczestników imprezy
+ 15.2o - Występny artystyczne dzieci i młodzieży ze szkoły w Łukcie
+ 16.oo - Animacja zabawowa dla dzieci z Grupą Teatralną z Olsztyna "Teatr za 2 grosze"
+ 17.1o - Występ wokalny Klaudii Raginiak i Marty Trzcińskiej
+ 17.35 - Pokaz capuery przez grupę z Olsztyna
+ 18.oo - Zabawa dla dzieci z udziałem DJ
+ 21.oo - Koncert zespołu "FAILIES" z Ostródy
+ 22.3o - Karaoke dla wszystkich uczestników
+ 2.oo - Zakończenie zabawy dla dorosłych

Ponadto: lody dla wszystkich dzieci, kiełbaski z grilla, dmuchańce do skakania, wata cukrowa, popcorn, gofry, stoiska balonowe, stoiska z pieczywem i ciastami, przejażdżki konne, malowanie twarzy, konkursy dla dzieci i rodzin wg karty zadań do wykonania ( wszyscy uczestnicy festynu dostaną kartę zadań do wykonania, wg których Ci, którzy uzyskają największą liczbę punktów otrzymają bardzo atrakcyjne nagrody)

 

ORGNIZATOR: Urząd Gminy Łukta

SPONSORZY: Warmiński Bank Spółdzielczy w Łukcie, Koło łowieckie "Orlik", Hotel "Masuria", Hotel Anders Stare Jabłonki, Karczma Warmińska w Gietrzwałdzie, "RoPaSaMa" - Państwo Malinowscy, Sklep wielobranżowy Pana Piotra Brdaka, Salony fryzjerskie Pań: Anny Szymańskiej i Justyny Raginaik oraz salon "u Wioli", Kawiarnia Państwa Smolejów, PPKS Ostróda, Centrum Rekreacyjne "Perła" w Ostródzie, Zakład drzewny Cezary Puchacz, Restauracja Wileńska w Łukcie, Gospodarstwo Agroturystyczne Joanny Harasymowicz, Państwo Raginiak


komentarze (1) reeder: I dziękuję organizatorom za zepsutą pogodę w weekend a miałem takie plany - znowu deszcz :( dodaj komentarz autor:malina edycja:gres

24 Maja 2011, godz: 20:16

Gdy myślę... Łukta (4)


Gdy myślę... Łukta (4)

          Dziś o dawnych potańcówkach i prywatkach. Pisząc dawnych mam na myśli końcówkę lat 60-tych i początek 70-tych. Nie będę skromny i od razu podkreślę, że na muzyce młodzieżowej znałem się jak mało kto z Łukty. Moja „miłość” do muzyki zaczęła się bardzo wcześnie, już w szkole podstawowej, chyba w szóstej klasie. Mieliśmy w domu radio Pionier, a niedługo potem Malwę. Muzyczna edukacja zaczęła się przy Wędrówkach muzycznych po kraju, a „profesjonalnie” edukowałem się słuchając (nielegalnej wtedy) stacji Radio Wolna Europa i znakomitej audycji Randez vous o 6.10.
        Kupowałem też sobotni Sztandar Młodych, gdzie drukowano listy przebojów według tygodników New musical Express i Billboard. Wkuwałem na pamięć nazwy grup, solistów i ich największe aktualne przeboje. Kiepsko mi to wychodziło, bo język angielski w tamtych czasach był abstrakcją dla absolutnej większości Polaków. Zatem zespoły i utwory wymieniałem tak, jak potrafiłem (podsłuchując radiowych spikerów). Ale to już było coś!
         Mając 16-17 lat wyrosłem na łukciańską muzyczną mądralę. Nawet starsi koledzy słysząc czasem w radiu jakąś piosenkę wołali mnie, gdy byłem w pobliżu i pytali, kto to śpiewa? Przeważnie odgadywałem, co wzbudzało ogólny podziw. Największą konkurencję miałem w Tolku Kawczyńskim, chyba dlatego że jako pierwszy we wsi miał magnetofon Tonette, na tamte czasy było to coś niebywałego! Tolek dużo nagrywał, a więc i zapamiętywał śpiewających i piosenki.
          Był Klub Rolnika, to tam organizowaliśmy potańcówki. Raz ja puszczałem płyty pocztówkowe i longplay`e, innym razem Tolek przynosił magnet (tak skrótowo mówiliśmy o Tonette). No i wiara szalała! Przy polskich przebojach Czerwonych Gitar (Nie zadzieraj nosa), Breakout (Gdybyś kochał, hej), Niebiesko-Czarnych (Mamy dla was kwiaty). Z zagranicznych leciały utwory Los Bravos (Black is Black), Led Zeppelin (Whole Lotta Love), Animals (House of The Rising Sun), Bacherlos (No Arms Can Ever Hold You), Jimiego Hendrixs`a (Hey Joe). I wielu innych. Słuchano też utworów Andy Williams`a, Barreg`o Rayan`a, Roy`a Orbison`a.
          Przykro o tym pisać, ale często potańcówki kończyły się przed czasem, przed godziną dwudziestą drugą. Powodem było bliskie sąsiedztwo gospody Kormoran (z czasem przechrzczonej na restaurację). Podpici młodzi ludzie nieraz siłą wdzierali się do Klubu i szukali zaczepki. Na szczęście na „moich” potupajach zawsze miałem „obstawę”, był to przeważnie Adam Łaszkowski i Leszek Jakuć. Ci dwaj silni koledzy potrafili szybko zaprowadzić porządek. A i ja niejednokrotnie dałem kuksańca niegrzecznie zachowującemu się kawalerowi. Mogłem też liczyć na pomoc dziewczyn. Wiele z nich lubiło tańczyć i jak tylko ktoś zaczynał bałaganić, sprowadzały go na ziemię (najczęściej strasząc milicją). Ale, jak wspomniałem, czasami zamroczeni alkoholem młodzieńcy byli górą i wtedy zwijałem szybko adapter Bambino, zbierałem płyty i… koniec z potańcówką.
          Pierwszy szalony taniec jaki pamiętam to był twist. Później przyszła moda na jive, zawsze jednak królował rock and roll. Byłbym nierzetelny, gdybym nie wspomniał o kuriozalnych („improwizowanych”) pląsach niektórych młodych. Znaczy takich „tańcach”, na które nie było określenia... Nieliczni na szczęście podpici byli moim zdaniem „prekursorami” dzisiejszego rapu, graffiti, breakdance…
          Osobną historią były… prywatki. Tu, z przyczyn jakby naturalnych, królowały utwory melancholijne, ckliwe. Nie od razu, ale gdzieś tak po godzinie jedenastej wieczorem. Kilkanaścioro młodych osób, najczęściej po kieliszku wina, bawiło się parami. Często, ze względu na płyty, byłem zapraszany na domowe imprezy. Nie miałem dziewczyny, więc z ochotą zajmowałem się muzyką. Nie, nie byłem disc jockey`em, tylko najzwyklejszym chłopakiem od puszczania płyt. Niekiedy wkurzało mnie, że tak siedzę pochylony nad adapterem i zmieniam płytę za płytą... Żeby chociaż ktoś z obecnych pochwalił mnie za utwory – wzdychałem. Żeby choć jakaś dziewczyna pogłaskała po głowie… Gdzie tam. Jak puściłem Orbisona, to ktoś kazał zmienić na Paula Ankę, a jeszcze ktoś inny na sentymentalny utwór Czerwonych Gitar. Dobrze – myślałem nieraz w duchu – że nie każą mi grać na przykład Dziś do ciebie przyjść nie mogę… Najbardziej denerwowałem się po północy, bo wtedy gasło i tak już słabe światło (w domu oczywiście nie było rodziców), i słyszałem najróżniejsze oddechy i chyba cmokanie. Domyślałem się, co się dzieje. Było mi wstyd, że koleżanki i koledzy tak się zachowują. W dodatku niektórzy palili papierosy, a to na tamte czasy był straszny grzech! I tak płynął czas, a ja tylko od czasu do czasu słyszałem: „Stachu, puść O my love Cliff`a Richards`a”. A za chwilę: Puść Ite me. Na jednej z prywatek podeszła wreszcie do mnie dziewczyna, nie pamiętam która, bo ciemno było jak w grobie i spytała: „Lubisz się całować?” Spadłem z taboretu, na którym siedziałem schylony (i głodny) od paru godzin. Jakoś się podniosłem, ale zwaliłem adapter i – jak się nazajutrz okazało – porysowałem płytę Neil`a Diamonda Stones, dla mnie jedną z najważniejszych.
             Owszem zdarzało się, że ktoś z prywatkowiczów przypomniał sobie o mnie i rzucił w ciemnościach: „Słuchajcie, dajcie coś zjeść temu Stachowi, albo przynajmniej szklanką wody poczęstujecie, bo jeszcze nam zasłabnie!” Znalazł się litościwy, pomyślałem wówczas. I pomny na swój głód i pragnienie poprzysięgałem sobie, że już więcej nie będę „przygrywał” na prywatkach. Żeby chociaż ktoś mnie pochwalił za płyty… Porozmawiał o muzyce, na przykład o zespole Walker Brothers i ich The Sun Ain`t Gonna Shine Anymore, czy King Crimson Epitafium… Gdzie tam wszystkim w głowie było tylko tańczenie, wino, papierochy, a po północy… 
          Z potańcówek i prywatek łukciańskich pamiętam jeszcze rozemocjonowane rozmowy starszych kobiet najczęściej przed sklepem.
         – Trzeba tym młodym skończyć te głupie zabawy! – wykrzykiwała mieszkająca blisko Klubu Rolnika przygruba Tartkowiczowa. – Nie muzyki słuchają, tylko jakichś tam Biklesów, co ryczą na całą wieś! – Nawet nie wie, jak ten zespół się nazywa, psioczyłem pod nosem.
      – A u Zaszorskich na tych prywatkach to sama rozpusta, światła nie palą, papierochy kopcą i na pewno wódę piją – dodała Rolkowska. – Julii Kartkowskich ktoś zrobił dzieciaka na takiej jednej prywatce, teraz chodzi po Łukcie i płacze, bo nie wie kto… Matka pewnie z domu ją wyrzuci, bo to przecież wstyd przed ludźmi.
         – A panie, jak były młode, to tylko w domu siedziały? – zdobyłem się kiedyś na odwagę  i zapytałem.
         – A co to cię smarkaczu obchodzi, co my wtedy robiły! Na pewno nie gasilim światła…
         – Bo go nie było! – rzuciłem z przekąsem i w podskokach ruszyłem do domu.
         – Patrzta ludzie, patrzta, jaka ta młodzież dziś bez wychowania! – Kosecka na to. – Święconą wodą polać tych z długimi włosami!    I te dziewuchy, co noszą takie spódniczki, że majtki im widać! 

PS. Niektóre imiona i nazwiska zostały zmienione. (S. R.)

Stanisław Raginiak   

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.
©
Ilustacje: Grzegorz Malinowski



komentarze (5) gres: Kiedyś imprezy i prywatki miały swój klimat i urok. Myślę, że obecne prywatki nie mają już nic wspólnego z prywatnością. Trzeba uważać, żeby jakiś 'przyjaciel' nie nagrał filmiku lub nie zrobił zdjęcia naszych wygibasów, bądź 'zgonu' i nie wrzucił na youtube'a lub facebook'a.

Nie wszyscy wiedzą, ale co raz zostanie wrzucone do Sieci, zostaje już tam na zawsze ;/
dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

7 Maja 2011, godz: 09:22

Gdy myślę... Łukta (3)


Gdy myślę... Łukta (3)

          Maj… a zatem dziś o MIŁOŚCI.  O uczuciu, które często pojawia się w mgnieniu oka i – co ciekawe – czasem jest tak silne, że łączy dwoje ludzi na resztę życia.

          O, nieraz w latach 60-tych staliśmy do późnego wieczora przed Klubem Rolnika (mieścił się w tym samym budynku, co mieszkanie Iżykowskich), i często nieporadnie rozmawialiśmy o tym, jak to jesteśmy zakochani. Mieliśmy wtedy po 16-18 lat.

          W opowieściach o miłości, jak to zazwyczaj bywa, brylują przeważnie ci, którzy tak naprawdę nic o niej nie wiedzą, nie byli naprawę zakochani. Podobno ci, których ona pierwszy raz weźmie w swoje ramiona m i l c z ą. W milczeniu jest ból. Człowiek zakochany bez pamięci chciałby każdą chwilę spędzić z najważniejszą dla niego osobą. A przecież jest to niemożliwe. Tym bardziej wtedy, gdy się ma naście lat, gdy rodzice pilnują swoją córkę (nie umiem sobie wytłumaczyć, dlaczego panienki – chyba od zawsze – są solą  w oku matki i ojca?). Notabene, piszę o późnych latach 60-tych, wtedy wieś była zupełnie inna od dzisiejszej, bardziej konserwatywna, zacofana. Pełnoletnia lecz niepoślubiona dziewczyna w ciąży była napiętnowana, wyśmiewana, wyszydzana, wytykana palcem. Fakt ten był bardzo trudny do udźwignięcia   nie tylko przez zakochanych, ale także ich rodziców. Za moich młodzieńczych lat w Łukcie doszło do dwóch samobójstw chłopaków, nie dali sobie rady z presją najbliższych i środowiska. Smutne ale prawdziwe.

          Dziś, jak słyszę i czytam, 16-latka w ciąży to żadne zaskoczenie dla większości. Może dlatego, że świat schodzi na psy, prymitywnieje. Coraz mniej w nim zdrowego rozsądku, perspektywicznego myślenia.

          Wróćmy jednak do wieczorów sprzed Klubu Rolnika. Najwięcej do powiedzenia o miłości miał Heniek J. (pozwolę sobie nie zdradzać nazwisk moich „bohaterów”, bo jeszcze niektórzy żyją i mogą spuścić mi lanie w środku Łukty). Heniek z każdej zabawy w Łukcie lub pobliskiej wsi wracał zakochany. Co potańcówka, to on tracił serce dla kolejnej. Zapytałem go raz:
          – Twoja miłość trwa tylko tydzień?
          Odpowiedział: – Siedem dni to i tak za dużo.
Kiwałem głową ze zdziwieniem, bo kompletnie go nie rozumiałem. Gdy ja zakochałem się   w siódmej klasie w starszej o dwa lata Iwonie, to jeszcze przed pójściem do wojska była dla mnie tą jedną jedyną. Szkoda tylko, że nigdy jej o tym nie powiedziałem. Owszem, raz napisałem list, wyznałem jak bardzo ją kocham. Czerwoną kredką podkreśliłem zdanie, że jak dorosnę to się z nią ożenię. Nie wiem skąd się dowiedziała, że to był list ode mnie. Po kilku dniach podeszła do mnie po mszy i rzuciła mi w twarz:

          – Jak już wyznajesz miłość, to chociaż nie rób błędów ortograficznych! A w ogóle to jesteś dla mnie za smarkaty!
Parsknęła śmiechem i wziąwszy koleżankę pod rękę oddaliła się śpiesznie. Stałem jak skamieniały. Na drugi dzień kupiłem słownik ortograficzny, uczyłem się poprawnej pisowni (w szkole trochę za mało od nas wymagano), i dalej kochałem… Gdy wróciłem z wojska Iwona była już mężatką i miała dziecko z chłopakiem z Taborza.

          Heniek, jak to z czasem zauważyłem, zmyślał te swoje miłości. Bo przecież niemożliwe było, żeby co tydzień oddawał serce innej. Kiedyś nawet postanowiłem śledzić  go na zabawie i zobaczyć jego kolejną wybrankę. I co się okazało? Potańcówka rozpoczęła się o dwudziestej, a już godzinę później kolega leżał pijany pod stołem, zmogło go wino zwane w tamtych czasach Patykiem pisane, Uśmiechem traktorzysty lub Czarem pegeeru. Nazajutrz z premedytacją zapytałem Heńka czy znowu się zakochał?
          – A jakże! Teraz poderwałem Magdę z Żabiego Rogu, była najpiękniejsza na zabawie!
          – Lejesz wodę! – nie wytrzymałem. – Przecież leżałeś pod stołem… – Zarumienił się. I, jak pamiętam, nigdy już w mojej obecności nie opowiadał o swoich amorach.

          Kolejnym Casanową z Łukty był Darek. Ten to przynajmniej miał argument, gdy opowiadał o kolejnej poderwanej dziewczynie. Tym argumentem był… motocykl WSK, marny, pordzewiały, ale jak się go popchało kilkadziesiąt metrów to zapalił. Dziewczyny ustawiały się w kolejce, żeby tylko Darek je przewiózł, choćby kawałek, choćby od klubu do cmentarza i z powrotem. Wkurzało mnie to, bo przecież każdy by się domyślił, że te wszystkie Krystyny, Hanki, Teresy, Marie i Wandy leciały na motocykl, a nie na kolegę, który według mnie był brzydki jak noc listopadowa. Co by jednak nie napisać, Darek miał w kim przebierać. Ba, nawet całusa brał za kurs. Ale w życiu wszystko bywa do czasu. Któregoś dnia kolega chciał się popisać przed jedną z dziewczyn, wyjeżdżając ostro z zakrętu w środku wsi uderzył w krowę Kruta (mieszkał w tym samym budynku, gdzie dziś mieści się plebania). Milicjant Garbacz zabrał mu wueskę, a Krut oddał sprawę do sądu.

          Staliśmy całymi wieczorami przed Klubem Rolnika. Jeden przez drugiego chwalił  się, że ta lub inna zwariowała na jego punkcie… Ja rzadko zabierałem głos, bo już wtedy uważałem, że o miłości nie należy mówić głośno.  A najlepiej wcale. Lepiej będąc zakochanym iść nad jezioro albo do lasu i tam o niej rozmyślać. Już wtedy docierało do  mnie, że człowiek przez miłość cierpi. Szczególnie przez taką, która jest w sercu a nie idzie obok. Nie śmieje się. Nie wypowie słowa. Jest zawsze daleko. Jest nieosiągalna. Chodzi po Łukcie, ma długie włosy, ale nie patrzy na mnie. Jestem jej obojętny. Straszna jest taka miłość.

          To jak mogłem stojąc przed Klubem Rolnika powiedzieć kolegom o niej? Tym bardziej, że ich zakochanie było często prawdziwe. Szli z dziewczynami na łąki po kwiaty. Kąpali się razem w jeziorze. Nawet krowy paśli razem. A ja chociaż kochałem, bałem się tej swojej miłości, która miała długie włosy, ciemne oczy i czasem przechodziła obok. Bywało, że chciałem na nią zawołać, zatrzymać na moment, jednak brakowało mi odwagi. A skoro taka była ta moja miłość, to jak mogłem o niej rozmawiać z chłopakami przed Klubem?

I wcale nie była to Iwona. Ta druga miłość, dla której wstawałem codziennie, zupełnie mnie oszołomiła. To dla niej zacząłem czytać książki, dla niej chodziłem wieczorami nad jezioro, po lesie. Widziałem ją w szyszkach, w przelatujących ptakach. Dla niej stałem pod chórem i prosiłem Boga, by spowodował, żeby wreszcie na mnie spojrzała...
Niejednokrotnie, gdy siedziałem nad brzegiem jeziora na każdy szelest oglądałem się za siebie. Myślałem, że nadchodzi moja miłość, ale to zając jedynie przebiegł lub wiewiórka szukała czegoś wśród gałązek.

          Skoro niedostępna, obojętna i bezsłowna była moja miłość, to jak mogłem mówić o niej do kolegów? Żaden z nich chyba nie potrafiłby zrozumieć takiego zakochania. I chyba mieliby rację, bo dziewczyna, którą kochałem była tak inna od wszystkich, że nie do zrozumienia.
I może to przez nią właśnie jeszcze dziś wracam do dawnych, samotnych spacerów.
Być może jej zawdzięczam swoją subtelność i wrażliwość.

          Gdy dziś razem przemierzamy ścieżki niedaleko Łukty pytam ją czy to możliwe, że można znaleźć miłość jedyną, świętą?
Patrzy na mnie i milczy.
Jak kiedyś.

Stanisław Raginiak   

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.

© Ilustacje: Grzegorz Malinowski



komentarze (5) marix39: dziękuję za kolejne opowiadanie,może kiedyś powstanie z nich książka? dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

23 Kwietnia 2011, godz: 12:23

Gdy myślę... Łukta (2)


Gdy myślę... Łukta (2)

Gdy myślę ŁUKTA… Dzisiejszą refleksję poświęcam okolicy mojej rodzinnej wsi, a konkretnie miejscowościom należącym do gminy. Zacznę od KOMOROWA, bo tam spędziłem pierwsze lata życia. Tu, po wojnie, zamieszkał mój ojciec razem z bratem Mieczysławem.

 
Komorowo… Ostatni raz odwiedziłem je rok temu, przeszedłem wzdłuż i wszerz, jak zawsze z kamerą. Filmowałem dawne miejsca, gdzie się bawiłem, biegałem po łąkach, kąpałem w rzece. Komorowo, to kiedyś i dziś jeszcze kilka indywidualnych gospodarstw rolnych. Część mieszkańców dawniej pracowała tu w „filii” pegeeru Ramoty Wielkie. W środku wsi jest wielki, pusty plac, nieco dalej dumnie stoi dworek, w którym przed wojną mieszkał dziedzic (jak w „Pałacu” Wiesława Myśliwskiego). Głucho i pusto w tej wsi. Czasem tylko pies jakiś zaszczeka, przejedzie samochód. W Komorowie do dziś mieszka moja stryjenka. Obok jej posesji znajduje się figurka Matki Boskiej, którą podobno postawił mój ojciec ze stryjem. Nie poznaję nielicznych, mijających mnie ludzi. Cóż, minęło ponad czterdzieści lat... Ale to nie jest takie ważne. Czas kosi wszystkich równo. („Kim ty jesteś, ja byłam. Kim ty będziesz, ja jestem”, spacerując po cmentarzu przeczytała kiedyś dziewczyna na tablicy ponad osiemdziesięcioletniej nieboszczki.) Istotne jest, że mogę chodzić po drogach, które niewiele się zmieniły od mojego dzieciństwa. Niektóre wcale. Czas nie zrobił na nich wrażenia. Z Komorowa pamiętam rodzinę Niedbalskich, Szelągów, Perzynów, Siemiątkowskich, Bralskich… Starszych już wezwał święty Piotr, a nieliczni młodzi, którzy zostali we wsi patrzą na mnie nieufnie, gdy tak idę z kamerą i czasami coś filmuję. Kiedyś, kilkaset metrów w stronę Łukty, tuż przy jeziorze, stał zakład przetwarzający bryły kredy na proszek. Materiał dowożono ze stacji Gamerki Wielkie. Ludzie z Komorowa   i okolicy mieli zatrudnienie. Teraz wszystko wygląda inaczej…

 

Ramoty Wielkie… Leżą niecałe dwa kilometry od Komorowa. Dawniej typowa pegeerowska wieś. Dziś już nie, bo po państwowych gospodarstwach rolnych zostały jedynie wspomnienia. W Ramotach pracowałem kilkanaście miesięcy w grupie budowlanej. O, o tej pracy mógłbym napisać książkę… Stawialiśmy obory, odnawialiśmy budynki, a latem nas budowlańców goniono na pole, trzeba było robić przy sianokosach, żniwach, wykopkach. Ramoty są większe od Komorowa, dwór po dziedzicu też mają bardziej okazały. Wieś miała dużą świetlicę, gdzie z kolegami z Łukty nieraz graliśmy na dożynkach lub ludowych zabawach. Jedne i drugie kończyły się często przed czasem, dochodziło do bójek i milicjanci z Łukty przerywali pląsy... Czasem tak dziwne (trudno trzymać się na nogach wypijając za dużo alkoholu), że pękałem ze śmiechu siedząc za perkusją. Młodzież (i nie tylko) z Ramot prowadziła od zawsze „wojnę” z Łuktą. Nie wiem skąd wzięła się ta lokalna nienawiść, ale  na pewno nie skłamię, jeśli powiem, że chyba jej początki sięgają lat powojennych. Jako wyrostka niejednokrotnie jedno mnie zastanawiało, dlaczego mimo iż chociaż chłopaków w Łukcie było więcej, często gęsto musieli salwować się ucieczką… przez pola. Chyba fizycznie nie dorównywali ramociakom. W tej wsi mieszkał mój przyjaciel Witek Matusiak, zmarł kilka lat temu. Odwiedziłem go kiedyś po trzydziestu latach. Popatrzył na mnie spod okularów i zaskoczony cicho powiedział: „Stasinek. Chyba nie może być…”. Później padliśmy sobie w ramiona. Jak to bywa, gdy po latach spotka się dwoje lubiących się ludzi… Witek ściskając mnie zgniótł mi okulary przeciwsłoneczne, które kupiłem dzień wcześniej. Nieprzydatne leżą do dziś w mojej szufladzie…

 

Dragolice… Dla mnie zawsze były to Draglice. Jednak okazuje się, że to pierwsza nazwa   jest właściwa. Chyba dwa domy na krzyż i pola, pola. Lubię tędy chodzić, bo zawsze można spotkać dziką zwierzynę, sfilmować ją. Nad niewielkim stawem stoi leśniczówka, w której dawno temu mieszkali Nowakowie. To tu telewizja polska nagrała film Baśka. Imieniem tym nazwany był dzik, który „zaprzyjaźnił” się z Nowakiem, leśniczym. Z Dragolic maszeruję zawsze w stronę Strzałkowa. Kilka lat temu szedłem tędy z dorosłą córką, w którymś momencie postanowiłem pójść na skróty i … (aż nie do wiary!) zabłądziliśmy!  Oj, nie popisałem się wtedy przed Elą. Wpadłem w panikę. Z trudem przebijaliśmy się przez chaszcze, pokaleczyliśmy sobie nogi (było lato, oboje wybraliśmy się w spodenkach). Makabra! W końcu wydostaliśmy się na pole podstrzałkowskie. Do dziś śni mi się ten   spacer, w którym zupełnie nie sprawdziłem się jako mazurski cicerone. Wstyd i hańba! W Dragolicach koło jednego z domów leżą wielkie kamienie. Zachęcam, żeby je zobaczyć. Ktoś się natrudził, żeby pozwozić głazy na posesję.

 

 
Strzałkowo… Długie, nijakie. Z tą wsią zawsze kojarzy mi się nazwisko Skinder. Z synem tych rolników chodziłem do szkoły. Nie pamiętam jak miał na imię. Jednak w pamięci zapadło mi jedno, że chłopak silny był jak tur! No i przerastał nas wszystkich o głowę. Baliśmy się go, jak diabeł święconej wody.


Strzałkowo zapomniane przez lata, ukryte pod lasem, ma przed sobą niezłą przyszłość. Z roku na rok do pobliskiego Markuszewa (rzut beretem), z pięknym jeziorem, przyjeżdża coraz więcej turystów.

 

Molza… O, o Molzie to mógłbym napisać książkę. Głównie dlatego, że z tej wsi pochodzi moja Żona. Tu spędzam najwięcej czasu, gdy przyjeżdżam na Mazury. W Molzę wrosłem   już na tyle, że jest ona dla mnie nie mniej ważna niż Łukta. Hm, a może już bardziej…  Molza to, podobnie jak Komorowo, kilka gospodarstw rolnych, Dom Pomocy Społecznej    (w tym budynku przez wiele lat mieściła się szkoła), dwa sklepy, i trochę zagubionej młodzieży, która nie ma się gdzie podziać, szczególnie wieczorami. To smutne, że w dużej   w końcu wsi nie ma najmniejszej sali, gdzie nastolatkowie mogliby chociażby posłuchać muzyki. Dla mnie jednak Molza to głównie pola i dookolne lasy, gdzie permanentnie spaceruję. To w tej wsi i w jej pobliżu umieściłem akcję kilku swoich opowiadań. Czyż mogło być inaczej…? Tuż za Molzą jest górka z której doskonale widać Łuktę, a przy dobrej pogodzie przez lornetkę zobaczyć można nawet Kozią Górę. Lubię przesiadywać w tym miejscu i patrzeć, patrzeć. I wspominać. Bo czas biegnie jakby coraz szybciej. Szkoda mi każdej odchodzącej wiosny, lata, jesieni, zimy... Molza to takie miejsce  na ziemi do którego wracam, by zapomnieć o codziennych sprawach. Tu rozmyślam nad różnymi sprawami. To tu wymyśliłem niejedną metaforę… „Moje dzieciństwo zostało za mną/za tym lub innym drzewem/Być może ze wzgórza jest sarną/płaczącą latem zielonym śniegiem”. To zaledwie kilka wersów wymyślonych na drogach i dróżkach okalających Molzę. 

 

 Wynki… Malutka, turystyczna wioska wśród lasów, z jeziorem pośrodku. Tu zjeżdża Warszawa. Przed tą wsią chyba najlepsza przyszłość. W Wynkach miałem kolegę Leszka, właściciela sklepu. Niestety zmarł kilka lat temu. Jednak jego imię dalej widnieje nad sklepowym szyldem. Czasami, gdy wyruszam na przechadzkę, z Molzy, idę przez Wynki  i dalej, do Worlin, a stąd do Łukty.

 

Worliny… Emocjonalnie odbieram je podobnie jak Tabórz. Ta wieś nigdy jakoś mnie nie interesowała. Zawsze miałem wrażenie, że mieszkają tam ludzie inni od tych z Łukty,  jakby bardziej zamknięci w sobie, milczący. Może się mylę. W każdym razie nic na to nie poradzę, że chociaż Worliny leżą nad przepięknym jeziorem Isąg, maszeruję przez nie żwawym krokiem, jakby ktoś mnie gonił… Pewnie w dzieciństwie musiało stać się ze mną coś niedobrego (może ktoś opowiedział coś złego o tej wsi?) i jakoś do dziś nie mogę przełamać wewnętrznej niechęci.


Worliny od kilku lat  mają nowoczesny hotel, ale to atrakcja głównie dla przyjezdnych i to  też tylko nielicznych, bo drogo tam, jak diabli. Byłem raz na kolacji i więcej nie pójdę. Konsumując z kolegą Grzegorzem (on był „sponsorem”), po chwili z przerażeniem zerknąłem na rachunek... Jedzenie jak jedzenie, żadna rewelacja, ale – pomyślałem – za połowę ceny kolacji mógłbym kupić ze cztery książki, grube i w znakomitej oprawie. O, na pewno nie dla poetów ta restauracja.

 

Tabórz… Wieś – podobnie jak Worliny – od zawsze trochę mi obca. Jakby nie była z łukciańskiej parafii. I chociaż często tam przechodzę (Sosna Taborska), odpoczywam nad jeziorem, to jakoś nieswojo tu się czuję. Jakby od tej wsi emanował chłód. Chociaż Tabórz  od Łukty leży raptem cztery kilometry, to my, łukcianie, rzadko tu zaglądaliśmy. Może dlatego, że mamy swoje jezioro Korwik (w slangu miejscowym Budka), że z przyczyn oczywistych nie musieliśmy szukać czegokolwiek w tej naprawdę uroczo położonej miejscowości. Tabórz dziś dla mnie to przede wszystkim były leśniczy Bogdan Milewski, z którym spotykam się kilka razy w roku. Przy kawie rozmawiamy o książkach (o, pan Bogdan ma ich bardzo dużo). Dyskutujemy o prozie min.: Wiesława Myśliwskiego,  Tadeusza Nowaka, Edwarda Redlińskiego, Mariana Pilota i Zygmunta Trziszki. Ale nie  tylko, sięgamy też do Augusta Strindberga, Gabriela G. Marquza.

 

Pelnik… Trochę skaczę geograficznie, ale nie w tym sedno mojej refleksji. W tej wsi bywam bardzo rzadko. I kiedyś i dziś. Pelnik położony vis a vis Worlin też ma to piękne jezioro   Isąg. Wieś letniskowa, trochę rolnicza. Kiedyś tętniło tu lokalne życie. Teraz (byłem tam w sierpniu) sporo turystów, grillowania, samochodów, krzyków. Jak dla mnie – za głośno, za tłoczno. Ale ziemia w Pelniku pod zabudowę droga, bo mieć domek nad Isągiem to naprawdę coś szczególnego.


Podobno w jeziorze zatopione są czołgi z ostatniej wojny. Zawsze zamierzam się zabrać za ich wydobycie, ale jak dotąd nie mam odpowiednich maszyn i urządzeń. Ciekawe czy to są rosyjskie Te-34 czy niemieckie Tygrysy?


Może dzięki stronie Grzegorza Malinowskiego któregoś roku skrzykniemy się wszyscy i zabierzemy się za wydobycie czołgów. Nawet gdybyśmy sprzedali jako złom, starczyłoby na niejedną kolację w restauracji w Worlinach. Że o łukciańskiej „Wileńskiej” nie wspomnę.


Florczaki… O tej miejscowości dziś napiszę krótko, ponieważ będzie ona wracała jeszcze wiele razy w moich wspomnieniach. Tam, w sali, która jest do dziś, dziesiątki razy graliśmy na zabawach. Tak, Florczaki to osobna, barwna retrospekcja… O samej tylko muzykalnej rodzinie Załęskich mógłbym (jak ja to często podkreślam) napisać książkę. Nawet dziś nie potrafię zliczyć florczakowskich zabawowych bójek (głównie z „bandytami” z Żabiego Rogu), walczyków czekoladowych (nieraz musieliśmy rzępolić godzinę, by organizatorzy sprzedali wszystkie gorzkie, mleczne i nadziewane). Do dziś nie mogę zapomnieć tańczącej młodzieży, gdy nasz zespół – nie wiem dlaczego o morskiej nazwie – „Posejdon” grał „Dominikę”, „67”, albo jakiś inny rytmiczny kawałek…

 
Przepraszam mieszkańców Mostkowa, Koziej Góry, Ględ, Kojd, Małych Ramot. Obiecuję, że w najbliższych refleksjach wspomnę o tych miejscowościach. Szczególnie o Koziej Górze, bo tam spotkało mnie kiedyś coś wyjątkowego...  

   Z pozdrowieniem,    
                                        Stanisław Raginiak   

 

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.

© Ilustacje: Grzegorz Malinowski




komentarze (8) obserwator: Ten Pan Skinder to gołymi rękoma walczył z dzikami (pokonał nie raz jak i dostał wielu ran) dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

13 Kwietnia 2011, godz: 20:16

Rośnij razem z nami !!!


 

Głosowanie zostało zakończone!

Trwa weryfikacja oddanych głosów i obrady jury.
Wyniki konkursu opublikowane zostaną 20 kwietnia o godzinie 17.00

 Oddaj głos na Przedszkole w Łukcie !  

Wejdź i zagłosuj na projekt przedszkolaków z Łukty. Pomożesz wygrać wyposażenie placu zabaw. Nic nie kosztuje, a może wiele pomóc !

 

Z jednego adresu IP możesz zagłosować raz dziennie. Mile widziani sieciowi spryciarze na ruchomych modemach.


komentarze (8) miklaszewskam: Ogromne podziękowania dla tych, którzy wspierali nasze przedszkole oddając głosy na plakat. Tym razem pokonało nas Dobre Miasto.Liczymy na głosy w kolejnych konkursach. W imieniu wszystkich pracowników dziękujemy, że mogliśmy na was liczyć.
27 miejsce na ponad 500 przedszkoli to ogromny sukces nas wszystkich.
dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

13 Kwietnia 2011, godz: 11:48

Gdy myślę... Łukta (1)


Gdy myślę... Łukta (1) 

Gdy myślę ŁUKTA, przez przestrzeń minionych lat odnajduję w pamięci przede wszystkim to wszystko, co już dziś jest nieobecne podczas moich spacerów przez wieś i okolicę. Pisząc nieobecne mam na myśli przede wszystkim ludzi, domy, ścieżki i płoty.


Gdy myślę ŁUKTA, odnajduję w pamięci kilka nazwisk moich rówieśników, których niestety nie spotykam w mojej rodzinnej wsi. Niektórzy opuścili ją dawno temu, wyjechali, inni zmarli.


Pamiętam Edka Jaworskiego, chyba najzdolniejszego muzycznie chłopaka. Mieszkaliśmy po sąsiedzku. Dziś dom Jaworskich ( stoi po prawej stronie, za dawną agronomówką. Kto dziś z młodzieży wie, co to agronomówka? ) ma innego właściciela. To tam w jednym z pokoi odbywały się próby zespołu Posejdon, w którym przez kilkanaście lat grałem na perkusji. Na akordeonie wygrywał mój brat Andrzej, a na gitarach Edek i Witek Jaworscy. Muszę podkreślić, że nasza „kapela” nie była jedynym zespołem w Łukcie. Starsi od nas panowie Góralski, Majewski, Czapliński, Pyrzanowski i Szostak tworzyli Zgodę (co za piękna nazwa dla kłócących się często rodaków!). Góralski grał na skrzypcach, Majewski na saksofonie, Czapliński na werblu i czynelu (nazywał to perkusją…), Pyrzanowski na akordeonie, a Szostak na klarnecie. Konkurowaliśmy ze starszymi muzykantami, ale grania w Łukcie i okolicy starczało dla obu kapel.

 

Pamiętam Leszka Jakucia, najzdolniejszego piłkarza. Przez jakiś czas był nawet reprezentantem polskich juniorów. Ludowy Klub Sportowy z Łukty grał wtedy w klasie B. Z drużyną znad Łukcianki przegrywał nawet Sokół Ostróda. Trenerem-amatorem był Albert Łaszkowski, barwna postać Łukty. Z zawodu fryzjer, z zamiłowania klezmer (nikt tak nie  grał na dwóch łyżkach do zupy jak on). Często, nawet zapisałem to w jednym z wierszy, wspominam Adama Łaszkowskiego (syna Alberta, dziś mieszka w Małych Ramotach) i Zbyszka Sobolewskiego (niestety zmarł). Rok starsi ode mnie koledzy byli najlepszymi sprinterami. Wygrywali sześćdziesiątkę nawet z ostródziakami. W mojej pamięci często pojawia się Artur Barejko, dużo starszy ode mnie kolega też był świetnym piłkarzem. Wspólnie z Helmutem Popowskim tworzyli duet, którego bały się wszystkie drużyny. O tak, miała kiedyś Łukta prawdziwie zdolnych piłkarzy. I to swoich.

 

W mojej wsi był kiedyś duży dom kultury. W nim znajdowało się kino, kierownikiem był Nowakowski (przezywaliśmy go Bukiet, nie wiem dlaczego tak?) Była też sala, w której  naraz mogło tańczyć sto par. W latach 70-tych naczelnik Łukty kazał jednak zamknąć przybytek kultury, że niby budynkowi grozi katastrofa budowlana… Jeszcze stał zaplombowany kilka lat, a starsi i młodzież nie mieli gdzie się zabawić... Wypada mi wspomnieć o Ryśku Bereźnym, który pracował z Nowakowskim i jeździł furmanką do pobliskich wsi, gdzie z niewielkiego projektora wyświetlał filmy. Nazywało się to wtedy krzewieniem kultury na wsi.

 

Myślę, iż w miarę pisania moich refleksji na stronę Łukta City szerzej przypominał będę dawną rodzinną wieś. Tematów i wątków jest mnóstwo! Dziś to ledwie migawka, wycinek. Wierzę, że z czasem z moich wspomnień (mam nadzieję, że inni – obecni i dawni – mieszkańcy Łukty siądą do komputera i też coś napiszą na portal Grzegorza Malinowskiego) powstanie mała historia naszej wsi i okolicy. Będzie mi niezmiernie miło, jeśli mój pomysł pisania o dawnej Łukcie zostanie zaakceptowany i zachęci do dzielenia się własnymi przeżyciami, reminiscencjami. Serdecznie do tego zachęcam.

 

Grzegorz Malinowski przez swoją komputerową fachowość i pasję robi coś dobrego dla Łukty, jej mieszkańców. Należy wspierać poczynania młodych i ambitnych osób!

 

Ze swej strony dołożę wszelkich starań, aby to, co będę pisał do Łukta City było ciekawe i ważne dla mieszkańców mazurskiej wsi. Ale nie tylko. Nie wątpię, że przez przybliżanie spraw związanych z Łuktą zainteresujemy tą częścią Polski także tych, którzy dotąd nie słyszeli o tej malowniczo położonej miejscowości.

 

I na koniec: moje wspomnienia, refleksje będę przesyłał na portal Grzegorza raz na dwa tygodnie.


Pozdrawiam mieszkańców Łukty i okolicy.
Stanisław Raginiak, Grudziądz 
 

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.
©
Ilustacje: Grzegorz Malinowski



komentarze (3) malina: Przyjemnie się czyta takie teksty, zwłaszcza, że jest kilka słów o rodzinie:)
Po przeczytaniu, pobiegłam od razu do mamy i podpytałam o jeszcze więcej:) pozdrawiam
dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

12 Kwietnia 2011, godz: 19:17

Refleksje Stanisława Raginiaka


 

 

Drodzy mieszkańcy naszej gminy.


          Już za chwilę ruszy cykl refleksji i wspomnień na temat naszej gminy Łukta. Autorem tekstów będzie sam Stanisław Raginiak! Specjalnie dla Łukta-City i oczywiście dla Was drodzy internauci, podzieli się swoimi przemyśleniami o dawnej Łukcie, o ludziach tu mieszkających oraz o innych okolicznych wsiach (od Taborza po Kozią Górę, od Pelnika po Florczaki). Teksty będą ukazywały się co dwa tygodnie.


           Z tego co mi wiadomo, w tekstach odnajdziecie znajome miejsca i osoby. Co ciekawe, Autor w swoich wspomnieniach siegnie również czasów teraźniejszych. Zapowiada się zatem niezwykle ciekawy cykl, do czytania którego gorąco zachęcam! Pierwsza część o tytule "Gdy myślę Łukta..." ukaże się już jutro 13 kwietnia 2011r!



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

5 Kwietnia 2011, godz: 16:18

"Żona na niby"


 

 

 

Wyjazd do kina "HELIOS" do Olsztyna

na film "Żona na niby" (z napisami)

w dniu 07.04.2011 r.

Cena biletu wraz z transportem 24 zł (17 zł cena biletu + 7 zł transport)

Seans o godz. 19.oo !

Zgłoszenia do 06.04.2011 r.

Kontakt u Ewy Czaplejewicz lub w sekretariacie w Urzędzie Gminy

tel. 604 212 763 lub 89 647 50 70.


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq

4 Kwietnia 2011, godz: 20:03

Ochotnicza Straż Pożarna Łukta


Uwaga !

 

Poszukuję chętnych dziewczyn do wzięcia udziału w Zawodach Ochotniczej Staży Pożarnej! Niestety nasze wcześniejsze zawodniczki "się wykruszyły", a do Międzynarodowego Święta Strażaka niedaleko...

 

chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat? napisz! lukta-city@wp.pl !

a na pewno odpowiem na każde Twoje pytanie!


komentarze (15) nataliaxd: Wiadomo już coś o treningach ? dodaj komentarz autor:gosiaq

29 Marca 2011, godz: 12:07

I moto PIKNIK Łukta 2011


Przewidywana pogoda na 2 kwietnia według:
twojaPogoda.pl:
pogoda.onet.pl:
pogoda.wp.pl

Jeszcze takie małe info odnośnie organizatorów i ich koszulek:

Koszulki będą białe, a nie czarne tak jak wstępnie planowano

 


komentarze (16) gosiaq: oby więcej takich imprez :):):) dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

25 Marca 2011, godz: 12:49

Maryla Rodowicz


 

MARYLA RODOWICZ W OLSZTYNIE!

 

 

Kiedy? 2011-04-14 godzina 19:00
Do kiedy? 2011-04-14
Za ile? 70 pln
Bilety kup bilet w eBilet.pl
  kup bilet w Ticketpro.pl
Gdzie? Hala Urania Olsztyn

komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gosiaq

24 Marca 2011, godz: 18:57

"Diabelskie Podszepty"


W dniu 26.03.2011 r. o godz. 19:30 na sali rehabilitacyjno-sportowej odbędzie się spektakl teatralny:

DIABELSKIE PODSZEPTY !


komentarze (2) gres: Na Łukcie pojawiły się nowe plakaty zapraszające na przedstawienie 9 kwietnia dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

                                      
                                      
                             

 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski