login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Zapraszamy do galerii zdjęć "Łukta Dawniej".

10 Października 2011, godz: 16:49

Wybory parlamentarne 2011


Wyniki wyborów w Gmina Łukta:

 

frekwencja 31,39 %

PIS - 14,03 %
PJN - 1,89 %
SLD - 5,07 %
RP - 15,92 %
PSL - 16,12 %
"Sierpień 80" - 0,70 %
PO - 45,57 %
"
Nasz Dom" - 0,70 %

 

źród


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

3 Października 2011, godz: 08:58

Ćwokowampiria - fragment 3


III

    Od września, pracując w zakładzie elektryczno-budowlanym, rozpocząłem naukę w trzyletnim technikum mechanicznym, kierunek: maszyny rolnicze. Szkołę ukończyłem w 1980 roku.
    Jako działacz Związku Młodzieży Socjalistycznej przez trzy lata zapracowałem sobie na dobrą opinię u towarzysza Damazego Ciuliszkiewicza, jednego z ważniejszych lokalnych partyjniaków, notabene zastępcy Ildefonsa Patałacha, sekretarza Komitetu Miejskiego.
    Zgodnie z sugestią Ciuliszkiewicza, zaraz po maturze zwolniłem się z zakładu i przy jego poparciu podjąłem pracę w Fabryce Maszyn Rolniczych „Gleba”, której dyrektorem był January Koślewicz.
    W zakładzie pojawiłem się w trudnym dla niego okresie. Kraj od kilku lat pogrążał  się w kryzysie gospodarczym i politycznym. Brakowało surowców do produkcji maszyn, załamał się eksport. Robotnikom zaczęto obniżać zarobki, wielu zwolniono w wyniku redukcji etatów.
     W domu, głównie z ojcem, zastanawialiśmy się, co dalej będzie z Polską? Jego zakład gazowniczy też miał problemy, może nie aż takie jak mój, ale – jak mówił – „załoga czuła się tak, jakby siedziała na beczce prochu”.
    Z dnia na dzień zacząłem baczniej przyglądać się sytuacji w kraju i szybko zrozumiałem, że socjalizm w obecnym wydaniu nie ma szans na przetrwanie.
    Z ojcem przegadaliśmy na ten temat niejeden wieczór, a czasem nawet jeszcze po północy w naszym pokoju paliło się światło. Mówił głównie on. Z wielu ważnych zdań, jakie wtedy wypowiedział, jedno szczególnie utkwiło mi w pamięci: – Na moje to ten ustrój niedługo upadnie. Stanie się coś, w co dziś jeszcze prawie nikt nie wierzy. Synu, zobaczysz, że doczekamy się prawdziwej wolności.

    Kilka tygodni później, w iście ekspresowym tempie zostałem w zakładzie członkiem Podstawowej Organizacji Partyjnej, której przewodził Ignacy Komarowski. Był lipiec 1980 roku, rząd wprowadził podwyżki cen wędlin i mięsa, w efekcie czego w kilku miastach wybuchły strajki załóg zakładów wędliniarskich. W sierpniu do strajkujących dołączyli pracownicy Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Nie trzeba było długo czekać na dalsze protesty w całej Polsce.
    Wszystko to mnie przerażało. Po długim okresie w miarę normalnego samopoczucia znowu źle spałem, nieustannie bolała mnie głowa, wróciło lunatykowanie. Wyczuwałem, że moja choroba wynika z narastającego, bliżej nieokreślonego lęku. Widząc, co dzieje się w fabryce, zdecydowałem się pójść do leczącego mnie od lat psychiatry i poprosić o zwolnienie. Dostałem trzy tygodnie.
    Ojciec niemal codziennie przemycał do domu nielegalnie wydawane gazetki i broszury. Nigdy nie powiedział, skąd je ma. To z nich dowiadywałem się o tym, co dzieje się w kraju. Jedną z pierwszych informacji była ta, że w Gdańsku powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Na jego czele stanął Lech Wałęsa. Podobne komitety zostały utworzone w Jastrzębiu i Szczecinie.
    31 sierpnia, gdy byłem już w pracy, wicepremier Mieczysław Jagielski podpisał z Lechem Wałęsą porozumienie dotyczące przedstawionych postulatów. Na jego mocy Międzyzakładowy Komitet Strajkowy przekształcił się w Międzyzakładowe Komitety Założycielskie. Utworzyły one 17 września 1980 roku w Gdańsku Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. W ciągu roku liczba jego członków sięgnęła ponad 8 milionów. Możliwa stała się zmiana systemu politycznego w drodze demokratycznych przemian. Odwołano z zajmowanego stanowiska Edwarda Gierka. Na pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej mianowano Stanisława Kanię, zaś premierem nowego rządu i ministrem obrony narodowej został generał Wojciech Jaruzelski. Kierownictwo partii miało nadzieje, że przez zmianę sekretarza i wprowadzenie pozornych reform w aparacie władzy opanuje sytuację w kraju. W Komitecie Centralnym – jak wyczytałem w przemycanych przez ojca broszurach – istniał jednak podział na tych, którzy chcieli likwidacji „Solidarności” i tych, którzy stawiali na współpracę z tym związkiem. Ogromy wpływ na działania partii wywarł ZSRR. Jego przywódca Leonid Breżniew oraz szefowie pozostałych krajów socjalistycznych skłaniali się do użycia siły w Polsce. Chciano przeprowadzić nad granicą manewr wojskowy „Sojusz 81”.
    I Zjazd „Solidarności” odbył się we wrześniu 1981 roku w Gdańsku. Uczestnicy podzielili się na dążących do współpracy z władzą i radykalnych – tych, którzy nie wierzyli już partii. Uchwalono apel do robotników innych krajów „demokracji ludowej”, co spowodowało silny sprzeciw rządów tych państw, wzmogło presję PZPR i ograniczyło działalność „Solidarności”.
    W październiku zwołano nadzwyczajne plenum Komitetu Centralnego PZPR, na którym generał Jaruzelski został mianowany pierwszym sekretarzem partii. Od tego momentu miał w swych rękach całą władzę w kraju.
    W tym czasie również Kościół polski przeżywał bardzo trudny okres po zamachu na papieża i śmierci kardynała Wyszyńskiego.
    W sklepach brakowało towarów pierwszej potrzeby, ale rządzących niewiele to obchodziło.
    Władze komunistyczne, nie mogąc sobie poradzić z narastającymi protestami i ogromem problemów, dla obrony swych interesów zdecydowały się w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku wprowadzić stan wojenny. Tej nocy nastąpiły aresztowania przywódców „Solidarności”, a także osób związanych z opozycją. Wojsko zablokowało drogi do miast, przerwano wszystkie połączenia telefoniczne i teleksowe. Zamknięto przejścia graniczne, porty i lotniska.
    Władzę w Polsce przejęła Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Wszystkie kluczowe punkty w kraju obsadzone zostały przez ZOMO, Milicję Obywatelską, wojsko i funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Na ulice wyjechały czołgi i transportery opancerzone. Obowiązywała godzina policyjna od 22.00 do 6.00 rano. Na opuszczenie swojej miejscowości trzeba było mieć zgodę (wydawano specjalne przepustki), zamknięto szkoły i uniwersytety, wprowadzono cenzurę w mass mediach, zdelegalizowano związki zawodowe, zawieszono działanie wszystkich organizacji społecznych i politycznych, oprócz PZPR, ZSL, SD i Pax.
    Po ogłoszeniu stanu wojennego w zakładach pracy rozpoczęły się strajki okupacyjne. Do stłumienia buntów władza użyła siły. Na ulice miast wyszły oddziały milicyjne z ostrą amunicją.
    16 grudnia w kopalni „Wujek” w Katowicach pluton specjalny ZOMO zabił dziewięciu strajkujących, a wielu ranił.
    NSZZ „Solidarność” została rozbita.

    Czas biegł szybko. Jako młodemu partyjniakowi było mi wstyd, że stałem po tej stronie barykady, gdzie coraz częściej leciały kamienie rzucane rękami robotników.
    Żyjąc w nieustannym napięciu, niemal każdego dnia rozmawialiśmy z ojcem o tym, co dalej będzie z naszą ojczyzną? Tata był pewien, że dojdzie do narodowego nieszczęścia. Nie bardzo rozumiałem, co miał na myśli.
    – Powiem krótko – odezwał się kiedyś wieczorem – jak w nasze sprawy wmiesza się Związek Radziecki, to będzie tragiczna powtórka tego, co działo się na Węgrzech i w  Czechosłowacji – widząc moją zdziwioną minę dodał: – Nie wiesz, o czym mówię, tak? Chłopaku, czego oni was uczyli w tej szkole?! Kłamstw was uczyli, komuniści przeklęci! – krzyknął, ale zaraz ucichł. Spojrzał na drzwi. – Ruskie napadli na jednych i drugich, kiedyś ci o tym opowiem. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jak ruszą i na nas, to my ruszymy na nich i krew się poleje. A Ameryka wypnie się na Polskę. Alfred, dla własnego bezpieczeństwa, oddaj czerwoną legitymację! – znowu podniósł głos, aż matka musiała go uciszyć.
    – Józef, opanuj się. Chyba nie chcesz, żeby cię zamknęli? – przestrzegła.
    – A niech przychodzą i zamykają, mam to w nosie – mówił zaciągając się papierosem. – Robotnicy i beze mnie zrobią porządek w kraju. Na początek powieszą paru zatwardziałych partyjniaków… Dalej tak być nie może!
     Przerażało mnie to, co usłyszałem. Może i oddałbym legitymację, ale nie do końca podzielałem zdanie ojca. Żeby jednak niepotrzebnie go nie denerwować, powiedziałem, że zastanowię się nad dalszą przynależnością do partii. Pojęcia nie miałem dlaczego, ale wciąż jeszcze wierzyłem w uczciwość, patriotyzm i słuszne intencje towarzyszy z Warszawy.
   
    Nie mogłem jednak nazajutrz porozmawiać z towarzyszami w fabryce, ponieważ po dłuższym okresie nie najgorszego samopoczucia znowu zaczął się problem z moją psychiką. Z rana wybrałem się do psychiatry. Ciągle miałem mu za złe, że nie potrafił wytłumaczyć przyczyny moich okresowych depresji. Za każdym razem, gdy opuszczałem gabinet, zadawałem mu to samo pytanie:
    – Kiedy pan mnie wreszcie wyleczy?
    – Z taką chorobą niełatwo sobie poradzić, to nie wyrostek robaczkowy – odpowiadał nerwowo. – Psychozy wciąż są zagadką dla medycyny. Twoje zaburzenia, wahania charakteru albo mówiąc ogólnie osobowości, mają niewątpliwie swe źródło w dzieciństwie. Nie mogę nie wspomnieć o twoich młodzieńczych zabawach seksualnych, o których wielokrotnie opowiadałeś. Na dobre ci to nie wyszło. Możliwe, że nadal to robisz. – Aż się wzdrygnąłem, bo miał rację. – Lejek, jeśli tak jest, to weź się ostro za siebie, popracuj nad sobą. Seksualne imaginacje mogą całkowicie rozregulować twoją psychikę. Robię, co mogę, ale w tym wszystkim dużo zależy od ciebie. – Łatwo ci się mówi, fachowcu zakichany, pomyślałem. Lekarz tradycyjnie na koniec poczęstował mnie papierosem i wyrecytował znaną mi na pamięć formułkę: – Nie niszcz bardziej psychiki, pomyśl o uprawianiu sportu, graj w piłkę, kładź się do łóżka zmęczony. Nie bierz do rąk zdjęć nagich babek, w telewizji nie oglądaj scen miłosnych i jak najszybciej rozejrzyj się za dziewczyną…
    – … ona wyleczy cię ze wszystkiego – dokończyłem za niego.
    – Dokładnie tak. Skąd to wiesz? – udawał głupiego, zawsze parskając przy tym śmiechem i podając mi wcześniej wypisane zwolnienie.
    Podczas kolejnej wizyty, gdy wręczył mi druk L-4 i zaczął mnie żegnać wyświechtaną radą, nie wytrzymałem. Chwyciłem za popielniczkę i już miałem rzucić w konowała, gdy zniknął mi z oczu. – Gdzieś się schował, nieudaczniku?! – zawołałem.
    – A kuku, tu jestem!
    Spojrzałem w prawo, stał za szafą i celował we mnie z… pistoletu!
    – Wynocha albo zastrzelę!
    Przerażony rzuciłem się do ucieczki.
    Nazajutrz specjalista odwiedził mnie w domu, przeprosił za głupie zachowanie, później otworzył torbę, wyjął pistolet.
    – To zwykły korkowiec, noszę go już z dziesięć lat, sam nie wiem po co? – wyznał i położył na stole kilka banknotów. – Weź, kup sobie coś. Proszę jednak, abyś nikomu nie mówił o tym, co wczoraj zaszło w gabinecie.
    Sięgnąłem po pieniądze. – Ma się rozumieć... 

    Do pracy wróciłem w połowie stycznia 1982 roku. W kraju i mojej fabryce działo się coraz gorzej. W domu też panowała wisielcza atmosfera, gdyż ojcu groziło zwolnienie z pracy. Jakby tego było mało, na początku lutego pojawiły się u mnie początki paranoi.
    – Miejmy nadzieję, że to chwilowe – pocieszył mnie psychiatra i przepisał całą masę tabletek.
    Mój stan psychiczny powodował, że w pracy i w domu wymyślałem najróżniejsze historie i opowiadałem je z takim przekonaniem, iż często brano je za prawdziwe. Najoryginalniejsza dotyczyła wyjazdu na… Kubę.
    – Mamo, tato, wasz syn wyjeżdża za granicę, na Kubę! Wysyła mnie tam partia – oświadczyłem któregoś popołudnia i dla podkreślenia wagi moich słów wyjąłem legitymację i głośno ją pocałowałem.
    – Synu, już nam opowiadałeś różne dziwne rzeczy, ale ta przerasta wszystkie. Coraz gorzej z tobą… – pierwsza odezwała się matka. – Tyle pieniędzy wydaliśmy już na twoje leczenie, ten psychiatra złupił nas do cna, a poprawy jak nie było, tak nie ma – utyskiwała.
    Ojciec chwilę mi się przyglądał, w końcu rzekł: – A ja myślałem, że już się wypisałeś z tej czerwonej bandy.
    – Uważaj, co mówisz, za takie słowa możesz zostać aresztowany! – odparłem zdecydowanie.
    – Matko Boska, własnemu ojcu grozi! Całkiem mu rozum odebrało! – rozpaczała mama.
    Jej łzy wyrwały mnie z jakiegoś dziwnego otępienia. Powiedziałem pospiesznie: – Jak partia każe, to muszę jechać – kontynuowałem nie pojmując, dlaczego mówię takie rzeczy. – Niedługo wyjadę, będziecie mieli święty spokój… W Hawanie czekają na mnie kubańscy towarzysze, razem będziemy budować socjalizm.
    Matka przeżegnała się kilka razy, ojciec natomiast nalał sobie pół szklanki wódki i wypił jednym haustem. – Trzeba będzie… porozmawiać z tym twoim znachorem… przecież ty już nie wiesz… co mówisz – wycedził z trudem i jak zwykle sięgnął po papierosa.
    Nagle jakby coś dotarło do mojej świadomości. – Mamo, tato… tak mi przykro, że czasami nie wiem, co się ze mną dzieje… Bywają chwile, że wszystko mi się plącze… – zakończyłem i pobiegłem do pokoju.
    Następnego dnia, kiedy wróciłem z pracy, w której – jak zresztą większość zatrudnionych – spędzałem czas na chodzeniu z kąta w kąt, ponieważ produkcja stała, ojciec niespodziewanie zapytał:
    – Synu, jak to możliwe, że wciąż trzymają cię w fabryce, zamiast skierować na komisję lekarską, która – moim zdaniem – na pewno przyzna ci rentę?
    Odpowiedziałem, że też jestem zdziwiony tym faktem, tym bardziej, że właściwie nie ma dnia, żebym się czymś nie p o p i s a ł.
    Na szczęście po paru dniach stan mojej psychiki poprawił się. Stało się tak na pewno dlatego, że sytuacja w fabryce polepszyła się, dostaliśmy surowce do produkcji. Wróciłem do domu spokojniejszy, co od razu zauważyli rodzice. Przy obiedzie wyjaśniłem im przyczynę dobrego samopoczucia.
    Nazajutrz nie omieszkałem powiadomić o tym psychiatrę, który kazał o połowę zmniejszyć dzienną dawkę leków.
    Rodzice wreszcie odetchnęli, w domu zapanowała lepsza atmosfera. Wszystkim nam sił dodał też fakt, że ojca – przynajmniej na razie – nie zwolnią z zakładu. Czułem się lepiej i powoli zacząłem sobie też radzić z moim wstydliwym nałogiem. Za radą psychiatry unikałem gazet, w których mogłem natrafić na roznegliżowane zdjęcie kobiety. Jeśli natomiast chodzi o telewizję, to tu akurat nie musiałem specjalnie mieć się na baczności, bowiem wieczorny program wypełniały głównie filmy radzieckie, a w nich nigdy nie pokazywano rozebranej aktorki.
    Jednak po kilkunastu dniach, w sobotę, znowu nie wytrzymałem. Wszystko przez przypadkowe wspomnienie, w którym po długim czasie pojawiła się Iga. Oczywiście ta ze snu.
    W niedzielę od samego rana czułem do siebie taką nienawiść i wstręt, że postanowiłem, po latach przerwy, pójść do spowiedzi. Gdy na koniec wyznałem najcięższy grzech, ksiądz tak energicznie odwrócił głowę w moją stronę, że aż się wystraszyłem. Mało tego, przykleił twarz do podziurkowanej ścianki, niewątpliwie chciał mnie rozpoznać. Natychmiast lekko się odsunąłem, spuściłem głowę. Czekając na słowa wielebnego, słyszałem bicie własnego serca. Przeciągająca się cisza działała mi na nerwy. Czemu nic nie mówi? Już miałem wstać i odejść, gdy usłyszałem:
    – Ile masz lat?
    – Prawie dwadzieścia trzy... – ostrożnie uniosłem głowę. 
    – W tym wieku… to jakby normalne… ale bardzo grzeszne – mówił z przerwami, ale za to głośno i oderwał twarz od ścianki, patrzył przed siebie. Obawiając się, że ktoś stojący przed konfesjonałem usłyszy, z czego się spowiadam, poprosiłem, by mówił ciszej. – Ja ci dam ciszej, grzeszniku! – zirytował się. – Powinienem wyciągnąć cię na środek kościoła i pokazać wszystkim, jaki to z ciebie chrześcijanin. Zostawmy to… Żebyś mi tego od dziś nie robił! Pan Bóg przecież wszystko widzi. Nie wstyd ci?
    – Wstyd… i to nawet bardzo… – wyznałem ze skruchą. – Przyszedłem do spowiedzi, bo nie chcę już więcej tego robić…
    – To dobrze, że tak mówisz. Widać, że jeszcze do końca szatan cię nie opętał, że twoja dusza nie całkiem stracona. Młodzieńcze, musisz żarliwie się modlić. Tylko wówczas opuści cię nie tylko sam grzech, ale nawet grzeszne myśli. Te rzeczy można robić tylko po ślubie, z żoną – urwał i chrząknął. – Może czas się ożenić? Pamiętaj, że Pan Bóg błogosławi każdemu małżeństwu, które przepełnione miłością miłuje się w łóżku. I zawsze będzie błogosławił owoc ich miłości. W twoim wieku już wypada mieć żonę…
    – Jakoś dotąd żadna mnie nie chce… – wtrąciłem z zażenowaniem. – Brzydki jestem, nieśmiały, ze zdrowiem też nie najlepiej…
    – Posłuchaj, grzeszniku, a jak robisz to pod pierzyną albo w innym miejscu, to śmiałości ci nie brakuje? – spytał arogancko.
     – Jakoś nie…
    – Powiedziałem, módl się gorliwie, a Opatrzność ci pomoże. I szukaj kobiety, która zostanie twoją żoną.
    – Proszę księdza, będę się starał, ale co mam zrobić, jak znowu mnie… 
    – Odrzucaj od siebie szatańską pokusę. Gdy cię weźmie, módl się wtedy, proś Pana Boga o pomoc… – wtrącił spowiednik.
    – A jak to nie pomoże?
    – Jest jeden stary, wypróbowany sposób… Posłuchaj uważnie – odwrócił głowę w moją stronę, poczułem jego oddech – jak cię znowu najdzie ta pokusa, zwiąż sobie ręce, najlepiej  z tyłu… – przerwał nieoczekiwanie, chrząknął raz i drugi. Nie wierzyłem własnym uszom. Chyba sobie kpi ze mnie. – Wiem, że to trudne, ale może sobie poradzisz. A jak nie, to poproś kogoś, komu możesz zaufać, bo ktoś przypadkowy może cię wziąć za… no wiesz…
    – Za wariata – dodałem.
    – Można to i tak określić. Za pokutę, przez miesiąc odmawiaj Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Teraz bij się w piersi…
    Co za osioł z tego księdza, powtarzałem w kółko w drodze do domu, mam sobie wiązać ręce! Chyba jego o to poproszę!
    Wieczorem odmówiłem pokutę. Ale na niewiele to się zdało, ponieważ jakieś pół godziny przed snem ogarnęła mnie pokusa. Przyczyna była zgoła prozaiczna.
    Przechodziłem akurat z łazienki do swego pokoju, gdy usłyszałem jak ojciec powiedział do matki: – Zapamiętaj, prawda jest naga.
    Słowo naga wystarczyło, żebym puścił wodze wyobraźni. Przed oczyma stanęło mi zdjęcie rozebranej babki, które wczoraj zauważyłem na stoliku kierownika. Siedząc na łóżku wiedziałem, że już się nie uwolnię od pokusy. Raptem przypomniałem sobie wielebnego i jego radę, wyciągnąłem pasek ze spodni, wpadałem do kuchni i prostując ręce zawołałem:
    – Tato, wiąż, wiąż mi ręce!
    – Alfred, znowu cię napadło?! – krzyknął. – Dlaczego mam to robić?!
    Widząc, że nic z nim nie wskóram, podszedłem do matki.
    – Natychmiast zwiąż mi ręce!
    Wbiła we mnie wzrok i załamawszy ręce przyklęknęła. – Jezuniu kochany, stało się! Już po Alfredzie! – i rozpłakała tak głośno, że na pewno było ją słychać na całej klatce schodowej.
    Przerażony chwyciłem kurtkę, włożyłem buty i wybiegłem z bloku, a stąd do pobliskiego lasku. Wycieńczony, usiadłem pod drzewem i zacząłem szlochać. Gdy się wreszcie uspokoiłem, pomyślałem o moim zachowaniu. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że moja choroba pogłębiała się.
    Wróciłem do domu, rodzice nadal siedzieli w kuchni. Przeprosiłem ich. Obiecałem, że jutro pójdę do psychiatry i opowiem o wszystkim. 
    Będąc już w łóżku, długo wpatrywałem się w sufit rozjaśniony słabym światłem przyblokowej latarni. Myślałem o jednym, że nie na darmo kiedyś w szkole, a teraz w „Glebie” mówiło się za moimi plecami, że ze mną coś nie tak. Wszyscy na pewno mają mnie za durnia, tylko nikt nie mówi mi tego w oczy. Nagle zacząłem się zastanawiać, dlaczego przy tylu zwolnieniach lekarskich i moim konfliktowym charakterze dotąd mnie nie zwolniono? Hm, pewnie dlatego, wykoncypowałem, że w ciągu kilku ostatnich miesięcy zgłosiłem najwięcej wniosków racjonalizatorskich, które – według mnie – były interesujące.
    Ot, chociażby dziesięcioskibowy pług, dodatkowo wyposażony w zbieracz określonej wielkości kamieni zalegających na polu, z wykorzystaniem ich jako budulca, czy zdalnie kierowany rozsiewacz nawozów mineralnych najbardziej szkodliwych dla zdrowia. Oczywiście, nie wszystkie wnioski się podobały, absolutnie zdecydowaną większość komisja odrzuciła, nazywając je „Lejkowym szczytem głupoty”. Nie rozumiałem, dlaczego ponad dziewięćdziesiąt procent moich pomysłów nie jest akceptowanych? Po wielu przemyśleniach znalazłem odpowiedź: inżynierów zasiadających w komisji najzwyczajniej w świecie zżerała zawodowa zazdrość. Większość z nich, jak zdążyłem się zorientować, nigdy nie wymyśliła nawet jednej najprostszej rzeczy, która usprawniłaby produkowane u nas maszyny czy urządzenia.
    Patrzyłem w sufit i dumałem dalej. Niewiele było we mnie rzeczy, które w pełni akceptowałem, mogłem je policzyć na palcach jednej ręki. Bez wątpienia jednak najbardziej ceniłem w sobie upór i odporność na wszelką krytykę. Myślę, że właśnie dzięki temu nie zrażałem się negatywnymi opiniami inżynierów. Po odrzuceniu mojego wniosku racjonalizatorskiego niemal natychmiast szukałem kolejnego, nowego rozwiązania. Na szczęście pomysłów mi nie brakowało. W pewnym okresie miałem ich tyle, że gdy komisja odrzuciła jeszcze ciepły projekt, już następnego dnia przynosiłem kolejny.
    Apogeum wynalazczości osiągnąłem na przełomie 1982 i 1983 roku, w ciągu kilku miesięcy przedłożyłem ponad pięćdziesiąt wniosków. Do dziś nie mogłem pojąć, dlaczego wszystkie zostały zignorowane? Tak, bez wątpienia w grę wchodziła zazdrość. Inżynierowie przecież nie mogli dopuścić do tego, aby wyszło na jaw, że przy ich indolencji zawodowej jakiś tam technik co rusz zasypuje komisję ciekawymi pomysłami.
    Kilka razy poszedłem na skargę do sekretarza zakładowego PZPR, ale nic to nie dało. Przyciśnięty do muru towarzysz Komarowski odpowiadał, że w kwestii wynalazczości i racjonalizacji niewiele może zrobić. Po pierwsze dlatego, że jest od spraw partyjnych, a po wtóre, skończył tylko zawodową szkołę i nie czuje się na siłach, by dyskutować z komisją. Podpowiedział, żebym udał się z tym do dyrektora Januarego Koślewicza. Tak też zrobiłem. Niestety, on też rozłożył ręce twierdząc, że komisja składa się z samych autorytetów i jest suwerenna. Opuszczając gabinet, usłyszałem: – Któryś z inżynierów mówił mi, że w tym, co towarzysz wymyśla, jest za dużo abstrakcji!
    Fakt, czasem sam w duchu przyznawałem, że niektóre moje propozycje nie zostały do końca przemyślane. Tak chociażby było ostatnio, kiedy to zaproponowałem kultywator na poduszkach powietrznych, chcąc w ten sposób – używając energii elektrycznej jako głównego napędu – zmniejszyć zużycie paliwa, którego deficyt był coraz bardziej odczuwany nie tylko w fabryce. Już po kilku minutach rozmowy usłyszałem, że to co przyniosłem, to „science fiction”. Takiego określenia użył szef opiniującego, nieprzychylnego mi zespołu.
    Dlaczego więc, będąc niezbyt przydatnym pracownikiem, wciąż pozostawałem na etacie? Być może sekretarz zakładowy PZPR wciąż wierzył, że wyrosnę na rasowego działacza. Wielokrotnie napomykał o tym w rozmowie ze mną. Nie bez znaczenia było też  to, co na jednym z ostatnich zebrań partyjnych powiedział dyrektor January Koślewicz:
    – Towarzysze, wiem, że młody towarzysz Alfred Lejek wzbudza wiele kontrowersji, szczególnie jako, tak to określę, notoryczny wynalazca. Byłbym jednak ostrożny w ferowaniu pospiesznych, często krzywdzących go opinii. Tacy jak on szaleńcy, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, są potrzebni fabryce! Wiem, towarzysz Lejek często wymyśla rzeczy, które irytują komisję odpowiedzialną za wdrażanie wszelkich technicznych nowości. Zgoda, przy tak licznych innowacjach na pewno zdarzają się nieporozumienia. Ale, proszę szanownych towarzyszy, nie można wykluczyć, że któregoś dnia nasz technik wpadnie na genialny  pomysł i przedstawi wniosek racjonalizatorski, który zrewolucjonizuje nie tylko nasz zakład, naszą produkcję, ale wstrząśnie całą polską gospodarką rolną! Towarzysze, chciałbym zakończyć mocnym akcentem – uważnie rozejrzał się po sali – nie od dziś wiadomo, że tylko tacy nietuzinkowi ludzie pchają świat do przodu!
         
    – Alfredzie Lejek, jesteście pracowici, ambitni, na wskroś przesiąknięci patriotyzmem i, na swój sposób, zdolni – usłyszałem w połowie 1984 roku od Ignacego Komarowskiego, sekretarza zakładowego. – Zatem informuję was, że po długich rozmowach, najpierw z towarzyszem Patałachem, później z towarzyszami Ciuliszkiewiczem i Koślewiczem, uznaliśmy, że trzeba was wykształcić na inżyniera. – Niewiele brakowało, a spadłbym z krzesła. Nigdy nie spodziewałbym się, że może spotkać mnie coś takiego! – Widzę, że  bardzo was zaskoczyłem...
    – Towarzyszu sekretarzu… w życiu nie pomyślałbym, że mogę zostać studentem… – odezwałem się wzruszony.
    – Dla partii nie ma rzeczy niemożliwych – stwierdził Komarowski i podszedł do okna, skłonił się komuś, a odwracając się do mnie rzekł: – Od razu zaznaczę, że nie będziecie się uczyć na studiach zaocznych, tylko na normalnych, dziennych. Roboty w fabryce nie ma, to dajemy wam szansę. W trójkę… we czwórkę, bo przecież nie mogę zapominać o towarzyszu Patałachu, doszliśmy do wniosku, że pomimo najróżniejszych zawiei w „Glebie”, wy – przy nękających was chorobach – daliście robotnikom przykład zawodowej determinacji i odpowiedzialności za zakład, czyli również za ojczyznę. – Otworzyłem szeroko oczy, gdyż nie bardzo rozumiałem, o czym sekretarz mówi. – Mimo iż często sami potrzebowaliście wsparcia w fabryce, którego z najróżniejszych, przeważnie obiektywnych powodów nie otrzymaliście, was to nie zrażało. Obserwowaliśmy towarzysza, ocenialiśmy – Komarowski usiadł. – Niejednokrotnie kiwaliśmy głowami ze zdumienia, że mimo młodego wieku i niedługiego stażu w partii tak dobrze sobie radzicie. Częstokroć wyśmiewani przez wyższe kadry techniczne, szczególnie przez inżynierów z komisji racjonalizatorskiej, znajdowaliście siły, by nieść pomoc innym, od fachowych podpowiedzi aż po dzielenie się śniadaniem, wszak i taki przypadek został odnotowany. I, co bardzo istotne, nie odtrącaliście robotników niezrzeszonych w PZPR-ze. Pewnie o tym nie wiecie, ale te koleżeńskie gesty, jak najbardziej wynikające z filozofii partii, zostały dostrzeżone i wysoko ocenione zwłaszcza przez tych, którzy wahali się z wstąpieniem w nasze szeregi. – Coraz bardziej gubiłem się w monologu sekretarza, ale patrząc mu w oczy, udawałem, że wszystko jest dla mnie jasne. – To na pewno dzięki wam, towarzyszu Lejek, dzięki waszemu właściwemu oddziaływaniu na załogę, nie dalej jak wczoraj usłyszałem, że kilkunastu młodych robotników poprosiło o deklarację, a to oznacza, że lada dzień powiększą się szeregi naszej organizacji – Komarowski przerwał wreszcie i pierwszy raz poczęstował mnie carmenem. Ostatnio rzadko sięgałem po papierosa, ale podniecony sytuacją zapaliłem z przyjemnością. – Postanowiliśmy, że mimo problemów osaczających fabrykę – kontynuował partyjny zwierzchnik – zapłacimy za akademik, kupimy też podręczniki. Istotne w tym wszystkim jest także i to, że na wniosek towarzysza Ciuliszkiewicza poparcia udzielił wam towarzysz Ildefons Patałach. Miejski sekretarz   obiecał dać ze swojej puli część pieniędzy na waszą edukację. Obaj towarzysze, również dyrektor i ja uznaliśmy, że należy w was zainwestować! Alfred – niespodziewanie przeszedł na ty – musisz tylko dobrze się uczyć, by nas nie zawieść – wstał, położył mi rękę na ramieniu. – Mój niezawodny partyjny instynkt mówi mi, że za cztery lata wrócisz do nas jako inżynier. Aha, jeszcze jedno, dość ważne: o egzaminy się nie martw. Towarzysz Ciuliszkiewicz ma świetne kontakty z towarzyszem rektorem, który zresztą pochodzi z Sarwera.
    Byłem tak szczęśliwy, że przez chwilę nie mogłem wypowiedzieć słowa. W końcu jednak ochłonąłem i serdecznie podziękowałem Komarowskiemu. Obiecałem też, że nie omieszkam przy najbliższej okazji zrobić to samo w stosunku do towarzyszy Patałacha i Ciuliszkiewicza. Gdy opuszczałem gabinet, sekretarz poprosił, abym naszą rozmowę zachował dla siebie. – Tak będzie najrozsądniej. Im mniej pracowników będzie o tym wiedziało, tym lepiej dla ciebie i dla partii.
    Rodzicom odjęło mowę, gdy po powrocie z pracy oznajmiłem, że będę studiował i prawdopodobnie za kilka lat zostanę inżynierem. Stałem koło kredensu i bębniąc palcami po blacie czekałem, aż dojdą do siebie. Pierwsza, zalewając się łzami, uściskała mnie mama.
    – Przejdziesz do rodzinnej historii jako pierwszy inżynier Lejek. Szkoda tylko, że idziesz na studia przez partię, a nie normalnie, jak to się idzie po maturze – oschle powiedział ojciec, ale też mnie objął i, ku memu największemu zaskoczeniu, pocałował w czoło. – Będziesz kimś, synu.
     
    Na początku września 1984 roku złożyłem dokumenty na Politechnikę Gdańską i po zdaniu egzaminów – pytania dzięki Ciuliszkiewiczowi dostałem kilka tygodni wcześniej – od października rozpocząłem studia.
    Na uczelni, mimo że niewiele się uczyłem, szło mi nieźle. Niemal po każdym egzaminie, podczas którego tradycyjnie niewiele miałem do powiedzenia, z niedowierzaniem wpatrywałem się w indeks na korytarzu, jakimś c u d e m zaliczałem przedmiot za przedmiotem!
    Tajemnica moich pozytywnych ocen wydała się podczas pierwszych wakacji. Żeby wspomóc rodziców finansowo, podjąłem pracę na pół etatu w „Glebie”. Któregoś dnia  Ignacy Komarowski wezwał mnie do siebie i zapytał o studia. Odpowiedziałem uczciwie, że radzę sobie kiepsko, że nauka przychodzi mi z trudem. – Towarzyszu sekretarzu, nie będę ukrywał, że bardzo mnie zaskakują pozytywne wpisy do indeksu – dodałem jednym tchem.
    – Studencie Alfredzie, pozytywne oceny same z nieba nie spadają, załatwia to Ciuliszkiewicz – wyjaśnił gładząc dłońmi włosy. – Damazy i ja dobrze wiemy, że masz kłopoty na uczelni. Musimy trzymać rękę na pulsie, żebyś jakoś przebrnął przez następne  lata. Na pewno dobrze zrobiłeś, zapisując się w drugim semestrze do ZSMP. Wiem, że Ciuliszkiewicz wybiera się w październiku służbowo do Gdańska, znajdzie też czas na spotkanie z rektorem, pomówią o tobie. Nie zmienia to jednak faktu, że od nowego roku musisz wziąć się w karby, przyłożyć do nauki. Partia będzie ci pomagać, jednak czegoś musisz się nauczyć jako przyszły inżynier mechanik. Jeśli wrócisz do nas niedoedukowany, pewni inżynierowie, którzy nie darzą cię sympatią, szybko się na tym połapią i będą śmiać się z ciebie – postraszył Komarowski. Zapewniłem, że dołożę wszelkich starań, by nie zawieść pokładanych we mnie nadziei.
 
    Nie wiem, jak to się stało, ale na drugim roku, w grudniu, gdy wróciłem na politechnikę po dwutygodniowej kuracji w szpitalu (znowu wróciły problemy ze zdrowiem), ku memu przeogromnemu zaskoczeniu wybrany zostałem… przewodniczącym uczelnianego koła Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Domyślałem się, że na pewno w tym wszystkim maczali palce Ciuliszkiewicz i rektor.
    Niemal z dnia na dzień zaczęto o mnie pisać w gazecie studenckiej i lokalnej prasie, zapraszano do radia i telewizji, gdzie przedstawiany byłem jako „zdolny i ambitny działacz zetesempowski”. Nie zapominano dodać, że mimo młodego wieku byłem już kilkuletnim członkiem PZPR w sarwerowskiej fabryce.
    Wszystko to było bardzo miłe, ale cały ten szum wokół mojej osoby szybko zaczął mnie męczyć. Tym bardziej, że – jak zauważyłem – większość członków organizacji niemal od pierwszej chwili, gdy zostałem przewodniczącym, patrzyła na mnie nieufnie. Hm, ciekawe z jakiego powodu? Postanowiłem trochę odpocząć od uczelnianej atmosfery. Pod koniec stycznia poszedłem na zwolnienie lekarskie i na tydzień opuściłem Gdańsk.
    Rodzice ucieszyli się z niespodziewanych odwiedzin. Już od progu zasypali mnie pytaniami, najczęściej powtarzane brzmiało: czy radzę sobie z nauką? Odpowiadałem zdawkowo, że nie jest źle. Kłamałem, ale nie widziałem najmniejszego sensu w tym, by powiedzieć prawdę: że studentem jestem wyłącznie dzięki partii i znajomości Ciuliszkiewicza z rektorem.    
    Gdy po jakimś czasie usiedliśmy do stołu, postanowiłem uprzedzić kolejne pytania rodziców i oznajmiłem, że teraz jestem kimś na politechnice, bo niedawno wybrano mnie przewodniczącym Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Prawie w ogóle ich to nie zainteresowało. Jedząc zrobione przez matkę gołąbki, stwierdziłem w duchu, że nie powinienem być zaskoczony brakiem reakcji. Mamę przecież te sprawy nigdy specjalnie nie obchodziły, a znając stosunek ojca do komunistów, trudno było spodziewać się u niego entuzjazmu dla mojej politycznej kariery.   
    Podczas każdego pobytu w Sarwerze odwiedzałem towarzyszy Komarowskiego i Ciuliszkiewicza, dyrektora zdecydowanie rzadziej, sam nie wiem dlaczego. 
    Tym razem obu partyjniaków spotkałem późnym popołudniem w Komitecie Miejskim. Patałach poszedł na urlop i sprawy miejskiej organizacji prowadził właśnie Ciuliszkiewicz. Po krótkim, ale miłym powitaniu zapytałem towarzyszy o zdrowie i o nastroje w partii dodając, że w mojej organizacji są one nie najlepsze. – Studentom marzy się zachodnia demokracja… cha! cha! cha! – roześmiałem się trochę sztucznie.
    – Widzę, że studentowi wesoło… – zaczął Damazy Ciuliszkiewicz i spojrzał na mnie uważnie. –Partia, towarzyszu, ma się dobrze, może nawet bardzo dobrze – zerknął na Komarowskiego. – Z pomocą wojska i milicji rządzimy na całym froncie. Chociaż, nie będę ukrywał, niepartyjni są do nas wrogo nastawieni. Gdyby tylko było to możliwe, ta część mieszkańców Sarwera skoczyłaby nam do gardła. Nie ich doczekanie…
    – Trzeba przyznać, że sytuacja w kraju jest kiepska – wtrąciłem nieopatrznie i zaraz tego pożałowałem.
    – Takie uwagi schowaj dla siebie! – wrzasnął Ciuliszkiewicz zrywając się z fotela.
    Przeprosiłem, ale jego reakcja mnie zaskoczyła. Komarowski, by ratować sytuację, zaczął się głośno zastanawiać, czy nie powinienem na okres studiów zawiesić członkostwa w PZPR? – Mówię o tym dlatego, ponieważ niektórzy zakładowi działacze mają mi za złe, że jesteś tak zwanym martwym członkiem.
    – A co fabrycznym towarzyszom do tego?! – niespodziewanie w mojej obronie stanął Ciuliszkiewicz. – Niech chłopak trzyma legitymację, nigdy nic nie wiadomo!
    Nie wiedziałem, co miał na myśli mówiąc: nigdy nic nie wiadomo. Dopiero chwilę później, gdy na stoliku pojawiła się wódka, dowiedziałem się, że w razie interwencji ZSRR „ten dokumencik może się bardzo przydać”.
    Chyba przy trzeciej kolejce Komarowski niespodzianie zapytał mnie o zdrowie.
    – Jest zdecydowanie lepiej – odpowiedziałem szczerze. – Czasem, owszem, dopada mnie kryzys, wtedy biorę tabletki i jakoś daję radę.
    – Świetnie. Wiesz przecież, że postawiliśmy na ciebie, nie możesz zawieść Patałacha, Ciuliszkiewicza, dyrektora, mnie, partii i załogi. Na ucho ci powiem, że odkąd poszedłeś na studia, ciągle dostaję anonimy, wszystkie o podobnej treści… Jakiś drań ciągle pyta, jak to się stało, że na uczelnię posłaliśmy chorego psychicznie?
    – Kanalie zawsze się znajdą! Za naszego przyszłego inżyniera! – zaproponował towarzysz Damazy.
    Gdy wypiliśmy, postanowiłem poruszyć temat egzaminów. – Jeśli mogę, to w tej chwili chciałbym z całego serca podziękować towarzyszowi Ciuliszkiewiczowi za pomoc… Za to, że mimo kłopotów z nauką otrzymuję pozytywne oceny – wstałem i mocno uścisnąłem dłoń zastępcy sekretarza Komitetu Miejskiego.
    – Co za wzruszający moment… Podziękowanie przyjmuję, miło mi je słyszeć, ale nie zawracaj sobie głowy takimi pierdołami, Lejek. W twoim przypadku nie profesor stawia stopnie, lecz partia.
       
    Po tęgiej popijawie, gdy wracałem do domu zygzakiem, nie mogłem sobie darować, że nie powiedziałem towarzyszom o czymś, co było moim niewątpliwym sukcesem, nie mniejszym niż studiowanie i przynależność do PZPR i ZMS. Chodziło o wstydliwą rzecz, z którą chyba ostatecznie się uporałem.
    Niestety, wciąż nie chodziłem z żadną dziewczyną. Jeśli nawet któraś namawiała mnie na randkę, a z chwilą, gdy zostałem przewodniczącym, stało się to nagminne, pod byle pretekstem odmawiałem. Być może dlatego, że chyba wciąż kochałem Igę. Ale może nie tylko…




Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

26 Września 2011, godz: 10:34

Ćwokowampiria - fragment 2


II

    W poniedziałek, po tygodniowej przerwie wróciłem do szkoły i już przed pierwszą lekcją dowiedziałem się, że w piątek klasa organizuje potańcówkę. Wiadomość ta sprawiła,  że spociłem się w jednej chwili. Jednak prawdziwe nieszczęście nadeszło później. Na długiej przerwie kolega Zdzisiek zapytał, czy wiem, z której klasy zaproszono dziewczyny? Wzruszyłem ramionami. – Przyjdą kelnery – oznajmił. Momentalnie pociemniało mi w oczach. Zemdlałem.
    Gdy odzyskałem świadomość, ujrzałem matkę. Byłem w domu. – Nareszcie, nareszcie otworzył oczy, wraca do siebie! – usłyszałem. Zapytałem, co się stało i chwyciłem się za obolałą głowę. – Zemdlałeś, biedaczku. Upadając uderzyłeś głową o schody, masz lekko rozciętą skórę i wielkiego guza, ale do wesela się zagoi. Najważniejsze, że żyjesz! – cieszyła się mama. – Doktor miał rację mówiąc, że zaraz się obudzisz. Dał ci zastrzyk i poszedł sobie. – Zapytałem, jak znalazłem się w domu. – Sam pan dyrektor przywiózł cię swoim autem. Kazał ci przez trzy dni nie przychodzić na zajęcia.
     
    W czwartek wróciłem do szkoły. Chłopaki trochę mi dokuczali, śmiejąc się z guza, który jeszcze całkiem nie zginął. Starałem się nie reagować na głupie zaczepki.
    Nazajutrz, w dniu zabawy, od rana biegałem do ubikacji. Z nerwów dostałem biegunki. Śmiała się ze mnie cała klasa. Wiedziałem, że dolegliwość jest wynikiem stresu związanego z zabawą, a konkretnie – ze spotkaniem z Ewą. Czując wielką słabość do tej dziewczyny, od momentu przebudzenia nieustannie myślałem o tym, jak jej udowodnić, że nie jestem eunuchem. To właśnie ta natrętna myśl powodowała, że nie było we mnie odrobiny spokoju.
    Potańcówka zaczęła się o piątej. Grał zespół Czerwone maki z technikum. Porządku pilnowali wychowawcy naszej klasy, magister Michał Tchórz-Żewredny, dziewczyn, magister Klementyna Pokakara. Nad wszystkim, z ramienia dyrekcji, czuwał inżynier Jan Iskierka-Trąba.
    Z Ziutkiem i Staśkiem prawie do szóstej podpieraliśmy ścianę. Przykleiłem się do nich, ponieważ wiedziałem, że w tańcu są takimi samymi niedorajdami jak ja, i – co było nie mniej istotne – też nie lubili dziewczyn.
    Wychowawca kilka razy spojrzał wymownie w naszą stronę, a raz nawet pogroził palcem. Pewnie nie podobało się mu, że sterczymy jak kołki. W końcu poirytowany podszedł do nas i krzyknął:
    – Dobrali się, najgorsi w nauce, najgorsi na potańcówce! Ruszać się, głąby kapuściane!
    Miałem ochotę rzucić się na niego z pięściami, ale akurat zawołał go Iskierka-Trąba i odeszli w głąb sali.
    – Alfred, idziesz ze mną? – niespodziewanie zaczepił mnie Tadek, którego lubiłem najbardziej z całej klasy, gdyż tylko on dawał mi ściągi na klasówkach z matmy. – Mam schowane wino, wypijemy i wrócimy.
    Propozycja była kusząca. Zostawiłem kolegów i dyskretnie opuściliśmy salę. Tadek kazał mi zaczekać, a sam zszedł do piwnicy, gdzie ukrył Patykiem pisane (tak potocznie mówiło się o najtańszym winie). Butelkę opróżniliśmy w toalecie w iście rekordowym tempie, głównie ze strachu przed nauczycielami. Kolega wyrzucił flaszkę przez okno i z lekkim uśmieszkiem na ustach wróciliśmy do świetlicy. Tadek od razu ruszył do tańca, natomiast ja dołączyłem do „podpieraczy”.
    Raptem, jak spod ziemi, wyrósł przed nami wychowawca i pociągając nosem, jakby coś poczuł, bacznie nam się przyglądał. – Jak zaraz nie zaczniecie tańczyć, to pójdziecie ze mną do gabinetu! – zagroził i wbił we mnie wzrok. – Chyba czuję jakiś podejrzany zapach… 
    Momentalnie spociłem się ze strachu. Wiedziałem, że za picie alkoholu groziło wyrzucenie ze szkoły. Bojąc się, że Tchórz-Żewredny wywąchał wino, natychmiast ruszyłem na parkiet, a za mną ślamazarnie Ziutek i Stasiek. Dołączyliśmy do kilku dziewczyn tańczących w kółku. W sama porę zacząłem nabierać odwagi. Przestępując z nogi na nogę, lekko machając opuszczonymi rękoma i kiwając głową na boki, prezentowałem jedyny   znany mi taniec, który tak rozśmieszył koleżanki, że przerwałem pląsy. Musiałem się okropnie zawstydzić, gdyż jeden z kolegów krzyknął, że jestem czerwony jak burak! Zmieszany, rozejrzałem się na boki. Ziutek i Stasiek gdzieś przepadli, nie widziałem też Tadka. Już miałem ruszyć do wyjścia, gdy nagle zobaczyłem Ewę. Była dwa kroki ode mnie. Kompletnie zaskoczony i oszołomiony winem, w przypływie jakiejś dziwnej odwagi podszedłem do niej i powiedziałem, że nie jestem eunuchem. – To mi to dziś udowodnij – odezwała się delikatnie i jakoś dziwnie spojrzała mi w oczy. Półprzytomny wybiegłem z sali, chciałem jak najszybciej znaleźć się poza szkołą! Propozycja Ewki była czymś tak nieprawdopodobnym, że biegłem i biegłem! Chciałem uciec jak najdalej od miejsca, gdzie padły grzeszne, ale zarazem kuszące słowa.
    Zatrzymał mnie opuszczony szlaban kolejowy niedaleko octowni. Byłem przynajmniej kilometr od szkoły. Dysząc, nieustannie myślałem o tym, co usłyszałem od koleżanki. Ale z niej świnia, doszedłem do wniosku. Gdy wreszcie pociąg przejechał, przeszedłem na drugą stronę i usiadłem na rozsypującym się murku. Uspokoiłem się nieco i pomyślałem, że chyba niesłusznie nazwałem Ewę świnią. To raczej ja nią jestem. Przecież już od wielu dni nieustannie myślę o tym, żeby udowodnić jej, iż nie jestem niedołęgą.
    Wracałem do domu w kiepskim nastroju. Wiedziałem przecież, że w poniedziałek  będę musiał się tłumaczyć przed wychowawcą, dlaczego opuściłem potańcówkę. A guzik, niczego nie będę wyjaśniać, jak chce, niech stawia lufę ze sprawowania, postanowiłem.
    Byłem już blisko domu, gdy wróciłem myślami do Ewy. Nie miałem wątpliwości, że gdyby między nami coś zaszło, to na pewno pokochałbym ją na całe życie! Pomny jednak na słowa ojca pomyślałem, że pewnie szybko by mnie zdradziła, jak Kryśka Witka. Oszukany, odtrącony na pewno też odebrałbym sobie życie.
    Od poniedziałku bardzo uważałem, żeby nie natknąć się na Ewkę. Obawiałem się, że nawet najkrótsze spotkanie się naszych spojrzeń może zachęcić ją do kolejnego ataku, że zrobi wszystko, aby namówić mnie do złego.
    Niełatwo było mi dotąd w szkole, ale teraz, po nieszczęsnej potańcówce, przeżywałem prawdziwy koszmar. Nie dość, że Tchórz-Żewredny obniżył mi ocenę ze sprawowania, to jeszcze Ewka, czego absolutnie się nie spodziewałem, o wszystkim, co zaszło między nami, opowiedziała koleżankom. Małpy – tak nazwałem je w myślach – na każdym kroku śmiały się ze mnie. Iwona, która najbardziej działała mi na nerwy, nazwała mnie tchórzem i impotentem. Nie znałem tego słowa, ale w domu znalazłem podniszczony słownik i przeczytałem, co ono oznacza. Ze złości chwyciłem stojącą na oknie doniczkę i rozbiłem o podłogę! Rodzice widząc, że wpadłem w szał, chcieli dzwonić po pogotowie, ale uprosiłem, żeby tego nie robili.
    – Zaraz mi przejdzie – zapewniałem, z trudem powstrzymując łzy. Z twarzą ukrytą w dłoniach wytłumaczyłem, co mnie tak zdenerwowało. Chyba zrobiłem źle, bo ojciec uderzył pięścią w stół i krzyknął, że jutro pójdzie do dyrektora i z nim porozmawia!
    Jak powiedział, tak zrobił. Pomogło. Małpy przestały mi dokuczać.
    Niestety, znowu podupadłem na zdrowiu. Nie mogłem spać, niemal zupełnie straciłem apetyt, w dodatku zacząłem mieć jakieś dziwne przywidzenia. Po powrocie ze szkoły, podczas odrabiania lekcji, widziałem w pokoju jasne postaci. Niektóre stały pod ścianą nieruchomo, inne natomiast siadały na stole i próbowały mnie rozśmieszyć. Nie mówiłem o tym rodzicom, gdyż obawiałem się, że zaprowadzą mnie do psychiatry, a ten na pewno tylko czekał, by znów odesłać mnie do szpitala. 
    Na szczęście po około dwóch tygodniach poczułem się lepiej. Przywidzenia ustały.
    Każdego dnia z duszą na ramieniu szedłem do szkoły. Zbliżając się do budynku, już z daleka widziałem dziewczyny i chłopaków patrzących na mnie i wytykających palcami. Być może były to moje urojenia, ale jeśli nawet, to z czegoś przecież wynikały... W ciągu kilku miesięcy stałem się pośmiewiskiem wszystkich. Coraz częściej myślałem o tym, żeby przerwać naukę albo przenieść się do innej szkoły.
    I wtedy właśnie zdarzył się c u d.
    W piątek, po ostatniej lekcji podeszło do mnie czworo uczniów z technikum elektrycznego.
    – Jestem Iga, maturzystka, przewodniczę szkolnemu kołu Związku Młodzieży Socjalistycznej – głośno i zdecydowanie przedstawiła się urocza szatynka i poprosiła,  abyśmy przeszli na koniec korytarza. – To jest Ewelina, a to Janek i Leszek, czołowi działacze organizacji – zaprezentowała pozostałych. – Związek chce ci pomoc w nauce, zajmie się też twoją symbiozą ze szkolną społecznością. – Nie znałem słowa symbioza, więc poprosiłem o wyjaśnienie. – Mówiąc najprościej oznacza ono współżycie.
    – O nie! – zawołałem i oczyma wyobraźni zobaczyłem Ewę. – Wszystko, tylko nie współżycie!
    – Chłopaku, uspokój się! Co się z tobą dzieje?! Nie mam na myśli czegoś niemoralnego! – stwierdziła zdecydowanie, a ja płonąłem ze wstydu. – Kolego Alfredzie, chodzi o symbiozę społeczną – wyjaśniła uśmiechając się i pokazując białe jak mleko zęby. Piękna, sto razy piękniejsza od Ewy, uznałem. – Jako zetemesowcy zajmujemy się uczniami mającymi problemy nie tylko z nauką, ale także z przystosowaniem się do społeczności szkolnej – informowała Iga, uważnie mi się przyglądając. – W twoim przypadku poprosił nas o to pan dyrektor Jan Iskierka-Trąba, dlatego tu jesteśmy. Na pewno ci pomożemy, wszystko powoli się ułoży, zobaczysz. Za kilka dni poprosimy cię na zebranie, zapoznamy z naszą działalnością, opowiemy o sobie. Postaramy się przekonać, że bardzo nam zależy na przywracaniu społeczeństwu jednostek aspołecznych – zakończyła niezbyt dla mnie zrozumiale i podała mi dłoń na pożegnanie. Byłem pod wrażeniem niespodziewanego spotkania, a jeszcze bardziej pięknej przewodniczącej.
    Tego dnia chyba pierwszy raz wracałem do domu zadowolony z faktu, że jestem uczniem zawodówki. Jak chcą, to niech się mną zajmą, niech pomogą, powtarzałem, co rusz podrzucając torbę z książkami. Dobry nastrój prysł jednak jak bańka mydlana, gdy pomyślałem o Idze. W jednej chwili zrozumiałem, że ta piękna dziewczyna – w której prawdopodobnie zakochałem się od pierwszego wejrzenia – jest nie dla mnie. Taka nigdy   nie zechce elektryka. Być może moje przeświadczenie wzięło się stąd, że przypomniałem sobie niemiłe słowa ojca, gdy skończyłem podstawówkę. Podpity powiedział: – Alfredku, ty do technikum nie pójdziesz, boś za durny. Tam idą tylko tacy, co mają same piątki na świadectwie. Ty najwyżej będziesz miał jedną, z rosyjskiego… jakimś cudem ten przedmiot wchodzi do twojej pustej głowy!
    Wieczorem opowiedziałem o spotkaniu rodzicom.
    Matka z radości aż klasnęła w ręce. – Bogu dziękować, że wreszcie ktoś chce ci pomóc!
    Ojciec natomiast odezwał się ozięble: – Już komuniści cię znaleźli, oby ich gęś kopnęła! Sięgają po uboższych rozumem, bo takich łatwo otumanić!
    – Co też tato opowiada?! – zirytowałem się, bo poczułem się obrażony. – Odnosili się do mnie tak, jakbym był im równy! Nie wywyższali się! Na pewno pójdę na zebranie, a jak zobaczę, że mówią ciekawe rzeczy, to może do nich dołączę, zapiszę się do organizacji!
    – Rób, jak chcesz. Tylko nie sprowadzaj ich do domu. Wystarczy mi komunistów z pracy i z naszej klatki – podszedł do okna, lekko odsunął firanę i dodał ciszej: – Nienawidzę czerwonych – odwrócił się w moją stronę – może kiedyś powiem ci dlaczego. Synu, tyle to chyba zauważasz, że z nikim z klatki nie gadam, bo większość to partyjniaki, sprzedawczyki  i donosiciele. Im większa szuja, tym bardziej zagorzały partyjniak! – zakończył i splunął na niby.
    – Józef, bój ty się Boga, nie opowiadaj takich rzeczy dzieciakowi, nie buntuj go przeciwko ludziom i partii! – wmieszała się mama. – Nie zniechęcaj go do koleżanek i kolegów, dość już się sam w domu nasiedział! Może akurat ten związek mu pomoże?
    – Pogadaj sobie babo… pogadaj… – skwitował niegrzecznie ojciec i wyszedł do drugiego pokoju.

    Tygodnie mijały, a ja – ku wielkiej uldze rodziców i nauczycieli – uczyłem się coraz lepiej. Była to niewątpliwie zasługa członków organizacji. Niemal każdego dnia ktoś  zostawał ze mną po lekcjach i udzielał korepetycji z polskiego, matematyki czy przedmiotów zawodowych. Efektem wspólnej pracy było to, że po pierwszym okresie awansowałem w klasie z ostatniego, trzydziestego miejsca na siódme! Nawet wychowawca, który przecież nie darzył mnie sympatią, pogratulował mi wyników.
    Byłem wdzięczny koleżankom i kolegom z technikum, że poświęcają mi tyle czasu i pracy. Wszystkich tak polubiłem, że chciałem jak najszybciej zapisać się do ZMS, ale nic z tego nie wyszło.
    – Jesteś jeszcze za młody, pomyślimy o tym w przyszłym roku szkolnym – usłyszałem od Igi.
    Mimo odmowy, moja sympatia do członków ZMS nie uległa zmianie. Tylko ja wiedziałem, że w dodatkowej edukacji kryła się moja wielka tajemnica. Otóż uczyłem się głównie… dla Igi! Mój zapał jeszcze się zwiększył, gdy powiedziała, że jeśli będę dalej robił takie postępy w nauce, to na pewno zdam do technikum, a później po maturze – roztaczała przede mną piękną wizję – może nawet zostanę studentem?
    Dziewczyna imponowała mi nie tylko urodą, ale i ambicją. Byłem pewien, że   zostanie magistrem i zacznie pracować na ważnym stanowisku. Nie to co Ewka, raptem przypomniałem sobie moją poprzednią miłość. Po skończeniu zawodówki pójdzie do pracy do jakiejś knajpy i całe życie będzie biegać od stolika do stolika obsługując pijaków.
    Po kilku tygodniach spokoju, pod koniec lutego, znowu zaczął dokuczać mi ból głowy, głównie w lewej skroni. Szybko odbiło się to na nauce, nie byłem w stanie zostawać po lekcjach na korepetycje. Ból najbardziej dawał się we znaki wieczorem i nocą. Po paru dniach, gdy w żaden sposób nie mogłem zasnąć, rodzice wezwali lekarza. Przebadał mnie i stwierdził, że „coś musi być nie tak z moim mózgiem” i kazał poradzić się specjalisty.
    Nazajutrz udaliśmy się z matką do neurologa, który skierował mnie na prześwietlenie. Po dwóch dniach wróciliśmy do niego ze zdjęciem. Długo przyglądał się rentgenowi, wreszcie powiedział, że widzi coś drobnego z lewej strony, ale to na pewno nic groźnego. Z radości rzuciłem mu się na szyję, ale mnie odepchnął. Stanąłem za matką i zapytałem:
    – Jak pan doktor mówi, że wszystko w porządku, to czemu ten łeb tak boli?
    – Synku, nie łeb, głowa…
    – Może to mieć związek z nerwami – stwierdził lekarz. – Proszę pani, jak się patrzy na chłopaka, to od razu widać, że nerwicowiec: rozdygotane ręce, poobgryzane paznokcie… – dodał coś jeszcze o spokoju wewnętrznym i relaksie. Matka poinformowała go, że już była ze mną u psychiatry, ale jak dotąd nic to nie dało. – To trzeba iść jeszcze raz – zbył ją krótko i kazał pielęgniarce zawołać następnego pacjenta. Byłem zły, że tak nas potraktował.
    Codziennie brałem po kilka tabletek przeciwbólowych, głowa jednak wciąż dokuczała, powróciły też koszmarne postaci. Teraz odwiedzały mnie głównie nocą, ściągały kołdrę, a nawet dusiły! Gdy zapaliłem światło, znikały.
    Następnego popołudnia postanowiłem o wszystkim powiedzieć rodzicom. Wysłuchali mnie uważnie. Gdy skończyłem, tato zdecydował, że zaraz pójdzie do sklepu po nocną lampkę.
    – Mogę nie dostać, bo to rzadkość, ale może będą mieli jakieś latarki – dodał. – Jak to nie pomoże, to pójdę do księdza, opowiem o wszystkim i poproszę, żeby wyświęcił pokój, a najlepiej całe mieszkanie…
    – Józef, toć święcił na kolędzie – wpadła mu w słowo mama.    
    – Ale wtedy jeszcze duchów nie było! – warknął. Chciałem powiedzieć, że były, tylko o nich nie mówiłem, ale powstrzymałem się. – W zjawy żadne nie wierzę, ale licho nie śpi – stwierdził niezwykle poważnie, zapalił papierosa i kilka razy obszedł mój pokój, czasem przystawał, uważnie na coś patrzył. Zamierałem wówczas ze strachu, bałem się, że powie   coś strasznego. – Różne dziwy zdarzają się na tym świecie, oj, różne… – zaczął i usiadł na łóżku. – Takich objawów nieczystych sił lekceważyć nie można. Tym bardziej, że demony, z tego co mi wiadomo, atakują głównie słabych, chorowitych... – stwierdził i wyszedł do kuchni.
    Trochę się przestraszyłem. Demony w moim pokoju? Nie, to niemożliwe. Postanowiłem, że jeśli przy zapalonej lampce lub latarce coś zacznie mnie straszyć, to   obudzę ojca i poproszę, aby niezwłocznie przyprowadził księdza.
    Nie mam pojęcia, czy pomogła zapalona lampka (jednak ojcu udało się ją kupić), czy to, że ojciec wspomniał o poświęceniu pokoju, w każdym razie duchy przepadły. Wreszcie, mimo iż głowa nadal mnie bolała, mogłem zasnąć.
    Któregoś dnia przed szkołą zaczepiła mnie Iga i ni stąd, ni zowąd powiedziała:
    – Wiem, że nie masz jeszcze dziewczyny. Słyszę, że prawie wszystkie mają cię za głupka – przerwała i uśmiechnęła się, pokazując swoje białe zęby. Dlaczego moje są szare i nierówne? – pomyślałem. – To jest poważny problem… brak dziewczyny. W tym wieku już powinieneś kręcić z którąś – zamilkła, a rozejrzawszy się na boki i upewniwszy się, że  nikogo nie ma obok, spytała cicho: – Alfred, a może ty, jako jednostka aspołeczna,   uprawiasz to… co większość chłopaków?
    Myślałem, że zapadnę się pod ziemię! W pierwszym odruchu chciałem dać jej w twarz, ale jakoś się powstrzymałem. Jak może zadawać tak świńskie pytanie, zastanawiałem się nie patrząc na nią.
    – Jeśli tego nie robisz, to powinieneś zacząć, to pomaga psychice – bezwstydnie ciągnęła dalej. – Wielokrotnie słyszałam od chłopaków, jak opowiadali, że zawsze po tym czują się rozluźnieni… Cha! cha! cha! – roześmiała się jak głupia i odeszła bez słowa.
    Przez ponad tydzień nawet na chwilę nie mogłem uwolnić się od idiotycznych słów działaczki. W żaden też sposób nie mogłem zrozumieć, jak taka piękna dziewczyna mogła zaproponować coś tak nieprzyzwoitego? W końcu uznałem, że w organizacji nie robią nic innego, jak tylko rozmawiają o tych sprawach. Tak, na pewno tak. Gdyby było inaczej, już dawno zaprosiliby mnie na zebranie.
    Chyba tydzień później, gdy zasnąłem czytając jakąś nudną lekturę, przyśniła mi się Iga. Była naga. Rzuciłem się na nią i zacząłem całować. Wszystko szło mi dobrze, gdy nagle przebudziłem się. Byłem zły, że akurat w tym najważniejszym momencie. Zorientowawszy się, że rodzice śpią, poszedłem do łazienki. I właśnie wtedy, w marcową noc zrobiłem to, co podpowiedziała mi Iga. Zamknąłem oczy, wyobraziłem sobie ją nagą i przeżyłem coś, co na moment odebrało mi świadomość!
    Kiedy wróciłem do łóżka, byłem jednak przerażony tym, co się stało. To wszystko przez działaczkę, szukałem usprawiedliwienia. Gdyby o tym nie mówiła i nie przyśniła mi się, na pewno by do tego nie doszło. Gdy już trochę ochłonąłem i upewniłem się, że rodzice nic nie słyszeli, stwierdziłem w duchu, że było to przyjemne… Czułem się zdecydowanie lepiej. Pierwszy raz od długiego czasu ustąpił ból głowy! Zasypiając doszedłem do wniosku, że to co zrobiłem, pomogło mi więcej niż wszyscy dotychczasowi lekarze! Od tej chwili zacząłem bardziej optymistycznie patrzeć na życie.
    Po lekcjach natknąłem się na Wandę, która chodziła w najkrótszej spódniczce w szkole. Pierwszy raz uśmiechnęła się do mnie i wytrzeszczając oczy, zapytała: – Alfredzie, jakiś ty dziś ładny? Prawie zniknął ci trądzik!
    – Ja… ła…dny? – wystękałem zmieszany.
    – Jakby tak nie było, to bym nie mówiła. Chyba coś ze sobą zrobiłeś! – zawołała i chichocząc pobiegła do koleżanek. Myślałem, że spłonę ze wstydu. Jak to po mnie poznała, nieustannie zastanawiałem się, wracając do domu.
    Wieczorem, gdy rodzice poszli spać, wróciłem myślami do Igi. Położyłem się na łóżku, zwinąłem pierzynę i wyobrażałem sobie, że obok leży ta, którą tak bardzo kocham. Szeptałem czułe słówka, zapewniałem o wiecznej miłości i głaskałem miejsce, które zawładnęło całą moją wyobraźnią. W którymś momencie poprosiłem Igę, aby mnie objęła, przytuliła. Gdy to zrobiła, powiedziałem, że się z nią ożenię. I wtedy położyłem się na niej i zrobiłem to samo, co w łazience.
    Niestety, już po tygodniu zostałem okrutnie doświadczony przez los. Podczas jednej z przerw lekcyjnych Iga podeszła do mnie i odciągając na bok powiedziała, że żegna się ze mną.
    – W najbliższą sobotę przeprowadzam się z rodzicami na drugi kraniec Polski, do Rudy Śląskiej. Ojciec jest wojskowym i przenoszą go służbowo – oznajmiła, a ja z największym trudem powstrzymywałem łzy. – Może jeszcze kiedyś przyjadę do Sarwera, to na pewno się spotkamy. – Raptem usłyszałem: „Romeo i Julia!”. Spojrzałem w lewo, pod ścianą stało kilku kolegów z klasy i śmiali się z nas. Dziewczyna rzuciła: „Cześć!” i odeszła, natomiast ja schowałem się w ubikacji. Musiałem ochłonąć po tym, co przed chwilą usłyszałem od Igi.
    Wyjazd ukochanej był dla mnie straszliwym ciosem. Moje życie straciło sens.
    Mając za sobą kilka nieprzespanych nocy, któregoś dnia wstałem z łóżka, zrobiłem dwa kroki i tracąc równowagę upadłem. Wezwany przez matkę lekarz stwierdził ogólne osłabienie, przepisał leki i przez trzy dni nie kazał chodzić do szkoły. Leżąc w łóżku, nie mogłem powstrzymać łez z tęsknoty za Igą. Któregoś dnia matka nie wytrzymała i zapytała, dlaczego tak ciągle płaczę.
    – Gówno cię to obchodzi! – krzyknąłem, ale zaraz rzuciłem się jej na szyję, pocałowałem w policzek i przeprosiłem.
    – Matko Boska, synku, jak ty się odzywasz? – zapytała i rozpłakała się.
    – Ja nie chciałem… bardzo cierpię…
    – Mimo wszystko… syn… nie może się tak odzywać… do matki… – usiadła. Było mi jej żal.
    – To wszystko przez Igę… moją dziewczynę… która wyjechała…
    – Masz dziewczynę? – zdziwiła się i otarła łzy. – Nic o tym nie mówiłeś… To może teraz coś usłyszę – przytuliła mnie. W skrócie opowiedziałem o Idze, pomijając oczywiście to, czego moim zdaniem mówić nie powinienem.
    – Teraz wszystko rozumiem – szepnęła mama i obiecała, że już nie będzie pytać, dlaczego płaczę. Starała się mnie uspokoić i pocieszała, jak mogła.
     
    W ostatnim dniu zwolnienia, gdy już czułem się całkiem nieźle, przyszli do mnie Ziutek i Stasiek. Mama akurat wyszła na zakupy. Koledzy przynieśli wino, które pospiesznie wypiliśmy. Jednak to było za mało. Ziutek zapytał, czy przypadkiem nie mam w domu czegoś mocniejszego. Przypomniałem sobie, że ojciec lubił trzymać flaszkę w kredensie. Znalazłem ją bez trudu.
    – Jest pół ćwiartki, chyba nas nie poprzewraca – postawiłem butelkę. – Zaraz dam kieliszki. Jutro musimy odkupić, bo jak ojciec się kapnie, to koniec.
    – Jasne. Masz coś na popitkę? – zapytał Stasiek.
    Rozlałem wódkę, przechyliliśmy kieliszki, które zaraz umyłem i postawiłem na miejsce. Ziutek schował do teczki pustą butelkę. – Przewietrzę pokój, matka niedługo wróci i może coś wyczuć – wtrąciłem niemal biegnąc przez pokój. Akurat, gdy Stasiek chciał zapalić, usłyszałem odgłos otwieranych drzwi.
    – A co tu tak śmierdzi gorzałką?! – krzyknęła po chwili matka. – Czy to ojciec już wrócił?!
    – Nie mówiłem, że wyczuje? – szepnąłem przestraszony. Koledzy zbledli.
    – O, widzę, że masz gości… – mama stanęła w drzwiach. – A fuj, to chyba od nich tak śmierdzi! Pijaki do ciebie przyszli! Wynocha z mojego domu! – Chłopaki złapali za teczki i rzucili się do wyjścia. – Ja wam dam, syna mi będą bałamucić!
    Ostrożnie ruszyłem do łazienki, umyłem zęby i uważając, aby o coś nie zawadzić, wróciłem do kuchni, gdzie mama wypakowywała zakupy. Usiadłem na taborecie i chwytając się za czoło udawałem, że boli mnie głowa.
    – Znowu źle się czujesz? – usłyszałem. – Wcale ci się nie dziwię, tak śmierdziało od tych twoich kolegów… Masz batona – odezwała się łagodnie. – Nie zadawaj się z tymi dwoma. Już nieraz widziałam ich podchmielonych na mieście, słyszałam nawet, jak przeklinali. Koleguj się z Tadkiem, z niego bierz przykład. Mieszka nieopodal, w sąsiednim bloku, znam jego rodziców, porządni ludzie – spojrzała na mnie. – Chyba masz jeszcze gorączkę, bo jesteś czerwony…
    – E, dobrze się czuję – wtrąciłem natychmiast. – Mamo, lubię Tadka… – by ukryć przed nią wzrok, wstałem wolno, podszedłem do zlewu, przemyłem ręce – ale on nigdy nie   ma czasu, żeby się ze mną kolegować, ciągle się uczy…
    – I dobrze, też tak powinieneś robić.
    – I tak uczonym nie zostanę – powiedziałem z jakąś goryczą i ugryzłem batona.
    – Ale może zawodówkę skończysz z wyróżnieniem, bo na to się zanosi, to wtedy pójdziesz do technikum. Nie dalej jak wczoraj mówiliśmy o tym z ojcem… Zawód elektryka na całe życie to może być za mało, przydałaby się matura.
    Byłem zaskoczony. Nigdy dotąd rodzice nie wspominali o tym, żebym miał zostać technikiem. Spojrzałem na matkę uważnie, chyba dalej jest zdenerwowana i mówi od rzeczy, pomyślałem. Nagle przypomniała mi się Iga, ona też mówiła, żebym nie poprzestał na szkole zawodowej.
    Wróciłem do pokoju. Leżąc na łóżku i rozmyślając postanowiłem, że chociażby przez pamięć o ukochanej zrobię wszystko, by skończyć średnią szkołę.
   
    Po dwóch latach zostałem elektrykiem. Rodzice jakoś nie wspominali już o dalszej edukacji. Uznałem, iż doszli do wniosku, że wystarczy mi zdobyty zawód. Tato nawet powiedział któregoś dnia, że wstępnie rozmawiał już w pracy z kolegą, którego brat ma zakład elektryczno-budowlany niedaleko naszego osiedla i jeśli wszystko dobrze się ułoży, po wakacjach mógłbym podjąć tam pracę. Nawet się ucieszyłem, wreszcie będę miał własne pieniądze.
    Jednak już dwa dni potem, gdy malowaliśmy kuchnię, usłyszałem od ojca:
    – Synu, odpocznijmy chwilę, musimy pogadać. Chyba dziś rano uprzytomniłem sobie, że skoro prawie na samych czwórkach skończyłeś zawodówkę, to – póki jeszcze czas –  trzeba złożyć dokumenty do technikum mechanicznego, dla pracujących. Będziesz robił, zarabiał i się uczył! – rzekł twardo. – Trzy lata miną raz-dwa, jako technik na pewno w życiu nie zginiesz. Mając maturę, nie będziesz w pracy każdego dnia pomiatany przez kogoś innego, jak to jest ze mną.
    – Tak, synku, słuchaj ojca, dobrze mówi, dobrze ci radzi. Musisz iść do tej szkoły, wszystkie dzieci naszych sąsiadów są na drodze do matury – włączyła się matka. – Przecież nie może być tak, żeby jeden Lejek z całej klatki, a może i z bloku, nie miał matury.
    Zmówili się, na pewno się zmówili, pomyślałem i znowu wróciłem myślami do Igi.
    – Alfred, wiem, że nie najlepiej jest u ciebie ze ścisłymi, ale jak zajdzie konieczność, to grosza nie poskąpię, dam na dodatkowe nauczanie. Może też nadal pomagać ci będzie organizacja? – wyraził nadzieję ojciec, co trochę mnie zdziwiło, bo przecież „komunistów” nie lubił. – Jakoś dasz radę. Myślę sobie też i tak, że jak rozpędzisz się z nauką, zasmakujesz wiedzy, to jeszcze nam inżynierem zostaniesz! – wstał, uśmiechnął się i klepnął mnie w ramię. Kompletnie nie wiedziałem, co o tym wszystkim sądzić. Hm, może i starzy mają rację… W myślach znów powróciła Iga. Och, jakże byłoby pięknie spotkać ją kiedyś, a podając rękę, spojrzeć w jej piękne oczy i powiedzieć: „Dzięki tobie zostałem inżynierem”. – Synu, taki co ma studia, to nic nie robi, a pieniędzy zarabia tyle, że fizyczny to może tylko pomarzyć! – tato pobudzał moją wyobraźnię.



Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

22 Września 2011, godz: 13:37

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy


Wielka Orkiestra 

              Świątecznej Pomocy

 

                                      Chcesz pomóc w organizowaniu sztabu WOŚP w styczniu 2012 roku?

                                        A może dołączysz do nas jako wolontariusz pomagając zbierać pieniądze?

 

                             Już w poniedziałek 26.09.11 o godzinie 18.00 zapraszamy Cię

                               na zebranie do Sali OSP w Łukcie.

 


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq

19 Września 2011, godz: 12:48

Ćwokowampiria - fragment 1


 

I

     Na tym dziwnym świecie pojawiłem się 13 maja 1959 roku. Matka powiła mnie w maleńkiej wsi Dzirdzie, w powiecie bździanowskim.
     Gdy miałem pięć lat, rodzice, Elżbieta z domu Kowalik i Józef Lejek, przeprowadzili się do Bździanowa. Tu, po dziesięciu latach pracy w gazowni, ojciec otrzymał jednopokojowe mieszkanie. Trzy lata później natomiast został przeniesiony służbowo do pobliskiego Sarwera, stutysięcznego miasta leżącego nad rzeką Kicią. Tato nie dość, że awansował na brygadzistę i otrzymał wyższe uposażenie, to jeszcze otrzymał od przedsiębiorstwa większy, dwupokojowy lokal, który w porównaniu z poprzednim był luksusem… Mieliśmy centralne ogrzewanie i gaz! Matka nie pracowała zawodowo i tylko czasami zarobiła parę groszy, robiąc na drutach sweter lub skarpety.
    Do bloku przy ulicy Włodzimierza Iljicza Lenina wprowadziliśmy się 25 kwietnia 1967 roku.
    Tydzień później niewiele brakowało, a utopiłbym się w rzece.
    Była niedziela, matka jak zwykle krzątała się po domu, a ojciec wziął mnie i wędkę i ruszyliśmy nad Kicię. – Nazbieraj matce szczawiu! – polecił mi, sam zaś zajął się łowieniem i ćwiartką wódki, którą kupił po drodze. Gdy po jakimś czasie wróciłem z kieszeniami wypchanymi szczawiem, chrapał w najlepsze. Po wędce nie było śladu, popłynęła albo ktoś  ją ukradł. Z nudów zacząłem zbierać kamyki i czekając, aż tato się obudzi, rzucałem je do rzeki. W którymś momencie pośliznąłem się, wpadłem do wody i zostałem porwany przez nurt. Na szczęście zobaczył mnie inny wędkarz i cudem uratował.
    Przez ponad dwa tygodnie leżałem w szpitalu. Lekarz, wypisując mnie, powiedział rodzicom, że z powodu krótkotrwałego niedotlenienia nastąpiło u mnie lekkie uszkodzenie mózgu. – Fakt ten nie musi, ale może na zawsze mieć wpływ na zdrowie syna – dodał.
    Chyba urodziłem się pod złą gwiazdą, bo już po kilku miesiącach ponownie znalazłem się w szpitalu, tym razem ze wstrząśnieniem mózgu. Podczas bójki oberwałem kamieniem.
    – Drobniutki jest ten wasz chłopak, chucherko! – usłyszałem lekarza, gdy dwa dni później przy moim łóżku rozmawiał z rodzicami. – Uważajcie na niego, żeby znowu nie stało mu się coś złego.
     Jeszcze teraz, gdy wracam pamięcią do tamtych czasów, widzę rodziców pochylonych nad moim łóżkiem i załamujących ręce.    
    – Panie Boże, nie dość, że dałeś nam tylko jedno dziecko, to jeszcze takie pechowe! – ubolewała głównie matka.
    Ojciec lamentował nade mną przeważnie w soboty, zawsze po tym, jak już z sąsiadem Mietkiem opróżnili dwie, czasem trzy ćwiartki wódki. – Gdzie ten mój Alfredzio? – zaczynał zawsze tak samo i zaraz dodawał: – Alem się doczekał synka, mały ci on, chudy, słabowity…

W kogo on się wdał?!

     Prawdopodobnie, a może i na pewno, przez moje prawie utonięcie i bójkę rozwijałem się gorzej od rówieśników. Byłem tak chudy, że przezywano mnie Szczypiorek. Miałem lekkiego zeza, poruszałem się niezdarnie i trochę sepleniłem.
    Jeśli natomiast chodzi o naukę, to najlepiej będzie, jak przytoczę zdanie kierownika szkoły, które prześladuje mnie do dziś. Ten wredny, rudy okularnik niemal przez całą podstawówkę mówił o mnie: „Jak sięgam pamięcią, a mam ją bardzo dobrą, to takiego beznadziejnego ucznia, jak Alfred Lejek, nigdy nie było w naszej szkole”.
    Na szczęście, dzięki ambicji i pomocy ojca, z trudem bo z trudem, ale przechodziłem z klasy do klasy. I nigdy nie uwierzyłem w to, co któregoś dnia powiedział mi Franek Karmecki, z którym siedziałem w ławce od drugiej klasy, a mianowicie, że słyszał, jak jeden  z nauczycieli gadał do mojego starego, że z oddziału do oddziału przepuszczany byłem z litości.
    – Wiesz, Alfredku – koleżka przeważnie tak zaczynał – faktycznie, jak się na ciebie popatrzy, to aż żal ściska za serce.
    Patrząc z perspektywy upływającego czasu uważam, że lata mojej podstawowej edukacji wcale nie były takie złe dla mnie i rodziców. Przede wszystkim dlatego, że – wbrew wcześniejszym obawom lekarzy – nie przydarzyły mi się więcej jakieś szczególne wypadki  ze zdrowiem, które uniemożliwiłyby ukończenie szkoły.
   
    Zawsze będę pamiętał koniec ósmej klasy. Po powrocie do domu dostałem w nagrodę kilka paczek herbatników petit beurre i cztery oranżady. Dzień był wyjątkowo gorący. Zajadając się ciastkami, z radością patrzyłem na siedzących obok, uśmiechniętych rodziców.
    Po wypiciu pierwszej oranżady zauważyłem jednak, że ojciec jest jakiś inny niż był zazwyczaj. Spojrzał na zegarek, później na mnie, w końcu na matkę i kazał jej wyjść z pokoju.
    – No, Alfred, teraz to ty już kawaler – powiedział, gdy zostaliśmy sami i klepnął mnie mocno w plecy, aż się zakrztusiłem.
    – Jaki tam… ze mnie… kawaler – wystękałem.
    – E, kawaler i już!
     – Skoro tata tak uważa, to niech tak będzie – i nagle zerwałem się z krzesła, podbiegłem do okna i zbiłem butelką szybę, bo na parapecie usiadła jaskółka. – Ucieeekłaaa! – wrzasnąłem jak oparzony.
    – Synku, zauważam, że czasami zachowujesz się dziwnie, masz w sobie za dużo złości – ojciec starał się mówić spokojnie, ale widać było, że jest rozgniewany. – Szyb się nie tłucze, jaskółek nie straszy, są pożyteczne. Takie zachowanie bardzo mnie niepokoi – pokazał palcem, żebym usiadł i dodał: – Ta twoja nerwica ciągnie się od dzieciństwa, od wypadku w rzece i od uderzenia kamieniem w głowę.
    – Ojciec, co chcesz mi naprawdę powiedzieć? – zapytałem zniecierpliwiony i usiadłem. Nie chciałem, żeby przypominał mi dawne, smutne historie. Moje pytanie chyba mu się nie spodobało, gdyż zacisnął wargi i sięgnął po papierosa.
    – Dzieciaku, a od kiedy to ja dla ciebie jestem o j c i e c? – rzekł marszcząc czoło.
    – Wymsknęło mi się…
    – Już dobrze, dajmy spokój nerwicy. Teraz ci powiem najważniejsze, słuchaj uważnie. Oprócz ukończenia szkoły powszechnej, jest jeszcze drugie coś, co mnie cieszy, a mianowicie to, że dotąd żadna dziewczyna nie przewróciła ci w głowie.
    Spojrzałem mu w oczy, gdyż nie spodziewałem się, że powie coś takiego. – To prawda… jakoś mnie nie interesują… – wymamrotałem i zaraz pomyślałem o Kaśce, która  mi się podobała od piątej klasy, ale nigdy nie ośmieliłem się jej o tym powiedzieć. Przypuszczalnie dlatego, że nie zwracała na mnie uwagi.
    – To teraz słuchaj – tato poprawił się na krześle, wreszcie wkręcił papierosa w cygarniczkę i zapalił, a wypuszczając dym dodał stanowczo: – Pamiętaj, nigdy nie zadawaj się z żadną dziewuchą, wszystkie one są diabła warte. Jak dorosną i znajdą mężów, to żadnej nie chce się pracować. Każda tylko chciałaby się stroić, chodzić na zabawy i wydawać pieniądze swojego chłopa. – Zaskoczony wybałuszyłem oczy.

    – I co mi się tak przyglądasz? Rób wszystko, żeby się nigdy nie zakochać… – ściszył głos. – Jak jeszcze trochę podrośniesz i miłość cię pokona, będzie po tobie. Pokochasz taką, poprzewraca ci w głowie, a później zdradzi z innym, unieszczęśliwi i możesz się załamać nerwowo. Już niejeden zwariował  przez babę...
    – Tato, dlaczego mówisz takie rzeczy? – spytałem sięgając po oranżadę i ciastka. – Chyba nie każda miłość musi być nieszczęśliwa, nie od każdej trzeba zwariować…
    – Mówisz jak stary, jakbyś już coś przeżył… Nie od dziś wiem, że mam filozofa w domu. Mądrala zaczyna z ciebie wyrastać – przerwał.

    – Co ty możesz wiedzieć o miłości? Przecież nic. Sto razy mądrzejsi od ciebie połamali sobie na niej zęby...
    – Za trudno tata do mnie mówi – wtrąciłem.
    – Nie za trudno, tylko tyś za smarkaty. Pamiętasz może tego naszego sąsiada, Witka Dziamajskiego? Starszy był od ciebie, wojsko w tamtym roku odsłużył, pracę już miał i był, że tak powiem, ukształtowany, i co się z nim stało?
    – Nie żyje... – przypomniałem sobie.
    – Właśnie, nie żyje. Powiesił się. A dlaczego?
    – Nie wiem…   
    – Ale ja wiem. Zaraz po wojsku zakochał się w Kryśce Rapitorskich, mieli się nawet żenić, ale nie doszło do tego – ojciec opowiadał z przejęciem. – Zdradziła go. Ludzie mówią, że poszła do innego, bo tamten miał samochód i gruby portfel. Synku, teraz to już nikt się   nie dowie, czy zgrzeszyła przez te auto i pieniądze, czy to była zdrada z nagłej miłości, bo i takie się zdarzają. Tak czy siak, Witek tego nie zniósł i się powiesił. Dla twojego dobra powiem ci, że jak nie chcesz szybko umrzeć, to się nie zakochuj.
    – Ale tata ma żonę… – wtrąciłem zastanawiając się nad tym, co przed chwilą usłyszałem.
    – Aaa, ja to co innego – rzekł po namyśle. – Inne były czasy. Zresztą, twoja matka od początku była do mnie mocno i uczciwie przywiązana. Nie pamiętam, żeby chociaż raz obejrzała się za innym. Wtedy, jak ja brałem ślub, to w ogóle kobity były inne, pracowite i mądrzejsze od dzisiejszych. Były też bardziej posłuszne swoim kawalerom, później mężom. Dziś świat się zmienił, kobity mają coraz więcej do powiedzenia, a to jest groźne dla każdego mężczyzny.
    – W takim razie nigdy się nie ożenię! – stwierdziłem, a ojciec objął mnie i szepnął, że ma mądrego syna.
   
    Później, gdy już byłem w pierwszej klasie szkoły zawodowej (rodzice zdecydowali  się kształcić mnie na elektryka), dzięki nieustannym radom ojca na każdą dziewczynę patrzyłem z nienawiścią i pogardą. Jeśli tylko któraś uśmiechnęła się do mnie, zaraz do niej podchodziłem i groziłem, że jak jeszcze raz będzie szczerzyć zęby, to w nie oberwie.
    W szkole szybko uznano mnie za dziwaka i… głupka. Pierwsze miano otrzymałem dlatego, że stroniłem od dziewczyn, a drugie, bo byłem najsłabszym uczniem.
    Prześladowany przez koleżanki i kolegów, popadałem w coraz większy stres. W końcu dostałem rozstroju nerwowego i musiałem iść do lekarza, który określił mnie jakimś dziwnym słowem neurastenik i po badaniu skierował na dwa tygodnie do szpitala.
    Prowadząc mnie na salę, miła i ładna pielęgniarka powiedziała, że specjaliści szybko wyleczą moją nerwicę. Sprawią też, że przestanie mnie boleć głowa, bo od tygodnia dokuczała mi nieustannie, i wrócę do domu zdrów jak ryba. Siostra musiała być chyba czarodziejką, ponieważ doktorzy zrobili ze mną dokładnie tak, jak przepowiedziała. Gdy po kilkunastu dniach wróciłem do rodziców, czułem się jak nowo narodzony!
    Niestety, nerwica wkrótce dała znać o sobie.
    Pewnego listopadowego dnia ucząca się na kelnerkę Ewa, która wpadła mi w oko już pierwszego września, rzuciła mi w twarz:
    – Taki ładny chłopak, a eunuch!
    Zatkało mnie! Pierwszy raz ktoś powiedział, że jestem ładny! Radość jednak trwała krótko. Podczas obiadu poprosiłem ojca, aby wyjaśnił mi słowo eunuch. Spojrzał na mnie  tak, jakby to nie syn siedział koło niego, a duch. Chwilę kiwał głową, w końcu rzekł:
    – Eunuch, powiadasz. A kto tak powiedział?
    – Jedna dziewczyna, co się uczy na kelnerkę.
    – Na pewno się nie przesłyszałeś? – przeszył mnie wzrokiem.
    – Na pewno – odpowiedziałem i dalej jadłem pomidorówkę.
    – Eunuch… no, no… taka smarkula... Ciekawe, kto ją tego nauczył? – widać było, że tato gryzł się w sobie. – A prawdę powiedziawszy, czemu o to pytasz?
    – Jak to czemu? Chcę wiedzieć, co to oznacza – skwitowałem odkładając łyżkę i  wiercąc się na krześle, bo już nie mogłem się doczekać wyjaśnienia. Coraz bardziej podejrzewałem, że obce mi słowo znaczy coś niedobrego. Ojciec robił jakieś dziwne miny, drapał się po głowie, po ręce, za uchem i zwlekał z odpowiedzią.
    – Na pewno tak ci powiedziała? – zapytał raz jeszcze i spojrzał wrogo na matkę, która stanęła w drzwiach. – Nie podsłuchuj! – burknął.
    – Też chcę wiedzieć, co znaczy to słowo…
    – Później ci powiem, teraz wyjdź! – Matka posłuchała, przymknęła drzwi. – Powiadasz, że nazwała cię eunuchem, tak?
    – Tato, mam powtarzać sto razy? – włożyłem łyżkę do zupy i zaciskając usta, patrzyłem w okno.
    – To przykre, że tak o tobie powiedziała...
    – Czemu? – spojrzałem na ojca.
    – Hm, jakby ci to powiedzieć? Ta gówniara cię obraziła… – widząc, że nerwowo obgryzam paznokieć, dodał: – Alfred, jesteś już duży, to nie będę przeciągał… ale przedtem ci powiem, że jestem tak samo zdenerwowany jak ty.
    – Mów tata wreszcie!
    – Eunuch… to… mówiąc najprościej… ktoś, kto nie może mieć dzieci...
    – Zabiję jędzę! – krzyknąłem i wybiegłem z domu. Oszczerstwo! Kłamstwo! Podłość! Tylko takie słowa przychodziły mi na myśl. Zatrzymałem się niedaleko płotu odgradzającego nasze osiedle od działek i rozpłakałem się. Na szczęście ojciec szybko mnie odnalazł, chwycił za rękę i przyprowadził do domu.
    – Synku, i po co się denerwować? Już i tak masz taką nerwicę, że niejeden, co wojnę przeżył, takiej nie ma. Dam ci dobrą radę, nie pierwszy raz zresztą, nie zwracaj uwagi na głupie dziewuchy, odwracaj się do nich plecami.
    Postanowiłem, że od jutra nawet nie spojrzę na tę wredną Ewkę. Chociaż… Raptem przyszło mi do głowy, żeby pod jakimś pretekstem zwabić ją kiedyś w ustronne miejsce i pokazać jej „ptaka”. I chociaż miałaby na co popatrzeć, to jednak wiedziałem, że przez wrodzoną nieśmiałość nigdy nie zrobię czegoś takiego.
    Znowu źle spałem, niemal nieustannie bolała mnie głowa. Na każde, choćby najzwyklejsze pytanie rodziców reagowałem nerwowo.

W szkole byłem coraz bardziej opryskliwy i nieufny. Niemal we wszystkich kolegach i koleżankach widziałem wrogów. W każdym ich spojrzeniu i słowie węszyłem podstęp. Jakby tego wszystkiego było mało, niemal z dnia na dzień zacząłem lunatykować. Ta przypadłość sprawiła, że mama postanowiła zamówić mszę w mojej intencji.
    – Może Bóg się nad tobą ulituje i przywróci zdrowie – mówiła szykując się do wyjścia.
    Na szczęście ojciec kategorycznie się sprzeciwił. – Nie rób wariatki z siebie i z nas! – wrzasnął.
    Kilka dni później, gdy lunatykowanie nie ustępowało, poszedłem z matką do poleconego jej przez znajomą najlepszego psychiatry w Sarwerze. Specjalista, po zapoznaniu się ze wszystkimi moimi dolegliwościami, niespodziewanie machnął ręką i z rozbrajającym uśmiechem powiedział:
    – Pani Lejkowa, nie warto się za dużo przejmować. Chłopak podrośnie, zmężnieje, pozna dziewuchę, pójdzie na randkę i zaraz wyzdrowieje – a po wypisaniu zwolnienia i zainkasowaniu pieniędzy otworzył drzwi i żegnając nas, dodał podniesionym głosem:

    – Lunatykowanie samo przyszło i samo odejdzie! – po czym parsknął śmiechem.
    Wyszliśmy z matką jak niepyszni. Przez całą powrotną drogę, którą pokonaliśmy w milczeniu, zastanawiałem się, co ten głupi lekarz miał na myśli mówiąc, że jak poznam dziewczynę i pójdę z nią na randkę, to zaraz wyzdrowieję?
    Coraz bardziej zaniepokojony swoim pogarszającym się zdrowiem, któregoś wieczora zacząłem rozmyślać nad tym, czy aby niedługo nie zwariuję albo umrę? Przerażony taką wizją pobiegłem do kuchni do matki i płacząc powiedziałem, że boję się o siebie.
    – Chyba… wyląduję w domu… wariatów… albo na cmentarzu… – szlochałem.
    – Co ten dzieciak za głupoty gada! – z pokoju doleciał głos ojca. – Za młody jesteś, żeby zwariować! Prędzej mnie to dopadnie! Mam zniszczone nerwy przez robotę i inne sprawy – wszedł do kuchni, położył rękę na moim ramieniu i rzekł: – Synku, w naszej… w mojej rodzinie był już jeden pomylony, brat twojego dziadka, to chyba wystarczy. Adolf   miał na imię, był muzykantem w wojsku, dużo pił, bo każden muzykant lubi gorzałę. Baby też go zniszczyły, a miał ich tyle, że sam nie mógł policzyć. I w końcu zwariował od tego wszystkiego. Ciebie do wojska raczej nie wezmą, kruchy jesteś i chorowity, a nawet gdyby,  to w orkiestrze występować nie będziesz, boś jest niemuzykalny. O kobitach już sporo gadaliśmy – skończył i wrócił do pokoju.
    – Ojciec dobrze mówi – dodała matka. Nalewając mi kompotu z rabarbaru przekonywała, że będzie ze mną dobrze.  (cdn)

 

 

Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



komentarze (3) outsider: dla mnie- nie do czytania.
na szczęście są różne gusta.
Pozdrawiam autora.
dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

16 Września 2011, godz: 19:23

14 Rajd Warmiński 2011


 

Więcej informacji na stronie www.rajdwarminski.pl


komentarze (2) gosiaq: dlaczego ? dziś był rajd np. w Szałstrach :) dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

14 Września 2011, godz: 09:57

Cross Country Prabuty 2011 - zwycięzcy z Łukty


Z radością informujemy o wygranej dwóch członków naszej grupy w rajdach Cross Country w Prabutach w klasie junior motocross. Konrad oraz Kuba Załęscy z Łukty zajęli kolejno I miejsce i III miejsce.Serdecznie Gratulujemy.

Dodatkowo informujemy że to nie pierwsza wygrana naszych kolegów. Na cross country w okolicach Warszawy zajeli II i III miejsce.

Fotorelacja z rajdu w którym uczestnicznyli Konrad i Kuba na stronce ZAJECHANI.COM.PL 

pod TYM linkiem


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:reeder edycja:gres

9 Września 2011, godz: 14:27

Ćwokowampiria na Łukta-City!


 

 

KSIĄŻKA  , KTÓRĄ TRZEBA KONIECZNIE PRZECZYTAĆ!

KSIĄŻKA, W KTÓREJ OPISANA ZOSTAŁA OBECNA POLSKA RZECZYWISTOŚĆ! 

 KSIAŻKA, KTÓRA BAWI I SMUCI DO ŁEZ!

 KILKASET STRON BARDZO CIEKAWEJ LEKTURY!

 

"Ćwokowampiria, to miasto rządzone przez… wampiry. Młoda, niezbyt rozgarnięta, demokratyczna władza boryka się z wieloma problemami. Nie mogąc sobie z nimi poradzić, wampiry – rządzone przez Imperatora Nietamo – porywają z miasta Sarwer inżyniera Alfreda Lejka, człowieka o barwnym życiorysie. Jest on dla nich jedyną szansą."

 

Już wkrótce na !



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

9 Września 2011, godz: 11:39

Kiermasz


KIERMASZ ODZIEŻY I OBUWIA

w Ochotniczej Straży Pożarnej ( Świetlica OSP )

ul. Mazurska 5, Łukta

9 WRZESIEŃ, PIĄTEK ( dziś ), w godz. 11.00-17.00

 

NAJTAŃSZE BUTY W "MIEŚCIE" JEDYNA OKAZJA TYLKO 5 ZŁ

- buty damskie wsuwane, idealne do pracy i na prezent - po 10 zł!!!

- obuwie letnie po 5 zł, 8zł i po 10zł

- sukienki po 5 zł, kombinezony dziecięce po 15zł

- spodnie dziecięce po 7zł, bluski dziecięce po 5zł

- dętki rowerowe po 8zł, akcesoria rowerowe oraz wiele innych artykułów...

WYPRZEDAŻ SPODNI I SPÓDNIC PO 2ZŁ                    ZAPRASZAMY!

 


komentarze (2) gosiaq: co do art. rowerowych to widziałam siodełka, światełka, dętki, koszyczki i blokady na koła:) dodaj komentarz autor:gosiaq

30 Sierpnia 2011, godz: 11:59

Zajechani.com.pl - strona ruszyła


 

JEST! Długo oczekiwana... rodząca się w bólach... pierwsza moto-strona naszego regionu Łukta: zajechani.com.pl! Założycielami portalu jest oczywiście grupa ZAJECHANI, o której już było co nieco słychać podczas "Moto-Pikniku" (którego notabene byli organizatorami).

 

Co znajdziemy na zajechani.com.pl? Przede wszystkim informacje o wydarzeniach, ustawkach, wyjazdach oraz ciekawych miejscach wartych odwiedzenia (oczywiśćie na motorze bądź quadzie). Dodatkowo dostaniemy możliwość obejrzenia nagrań oraz zdjęć ze wspomnianych wypadów. Więcej informacji o zespole tj. składzie, znajdziemy na łamach ich strony.

Obecnie witryna jest w fazie testów oraz w budowie. Jednak na dniach ma się stopniowo wzbogacać o nowe działy. Na naszej stronie Łukta-City, będziemy na bieżąco umieszczać ważniejsze wydarzenia z życia grupy.


komentarze (5) obserwator: dopiero stronka a ja słyszałem, że już ekipa się rozpadła (no chyba że to ploty) dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

29 Sierpnia 2011, godz: 22:29

Zapraszamy na Dożynki Gminne


DOŻYNKI GMINNE

3.09.2011r., stadion w Łukcie

 

godz.

 

1300-1400

 - Msza Św. w Kościele Pw. MBCz. w Łukcie

1400-1415

 - Przemarsz Korowodu Dożynkowego na stadion

1415-1515

 - Występ Szkolnej Orkiestry Dętej z Iławy

1515-1530

 - Uroczyste otwarcie Dożynek

1530-1600

 - Wyróżnienie najlepszych rolników z Gminy Łukta

1600-1615

 - Przemówienia zaproszonych gości

1615-1700

 - Prezentacja stoisk przygotowanych przez Sołectwa

1700-1800

 - Degustacja potraw przygotowanych przez Sołectwa

1700-1800

 - Występ Zespołu "Dybzaki" z Gietrzwałdu

1800-1815

 - Ogłoszenie wyników konkursu na najpiękniejsze stoiska sołeckie i wręczenie nagród

1815-200

 - Zabawa dożynkowa - poprowadzi DJ z Olsztyna

2130-2200

 - Koncert Klaudii Raginiak

2200

 - Pokaz tańca z ogniem przez grupę młodzieżową z Ramot

 

SERDECZNIE ZAPRASZAMY



komentarze (1) gres: Déjà vu? dodaj komentarz autor:gres edycja:gres

28 Sierpnia 2011, godz: 17:38

VII Powiatowe Zawody Sportowo - Pożarnicze w Ostródzie


VII Powiatowe Zawody Sportowo - Pożarnicze w Ostródzie

 

      27 sierpnia odbyły się VII Powiatowe Zawody Sportowo - Pożarnicze. Wydarzenie miało miejsce w Ostródzie na stadionie miejskim. Piękna pogoda towarzyszyła zawodnikom, którzy dzielnie walczyli, tradycyjnie, w dwóch konkurencjach: sztafeta pożarnicza 7x50m oraz ćwiczenia bojowe
 

Drużynę kobiecą OSP Łukta reprezentowały:
 

- Monika Trzcińska

- Adrianna Szubierajska

- Wioleta Kurtiak

- Magda Malinowska

- Magda Kopeć

- Marta Witkowska

- Karolina Warmińska

- Paulina Malinowska
 


Przedstawiam miejsca poszególnych drużyn :

 

  GRUPA C "kobieca"
1. OSP Miłakowo
2. OSP Łukta
3. OSP Brzydowo
4. OSP Ornowo

 

  GRUPA A "męska"
1. OSP Miłomłyn
2. OSP Kalnik
3. OSP Brzydowo
4. OSP Miłakowo
5. OSP Ornowo
6. OSP Zajezierze
7. OSP Florczaki
8. OSP Frygnowo
9. OSP Jurki
10. OSP Tułodzian
11. OSP Ruś


FOTORELACJA

 

Jeśli interesują cię zasady oraz regulamin zawodów strażackich zajrzyj pod ten link.

 


komentarze (1) autor: Gratulacje dla obu drużyn oraz życzenia jeszcze lepszych wyników dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

23 Sierpnia 2011, godz: 00:22

Trening OSP Łukta


 

 

Trening OSP Łukta

          W związku z zajęciem w dniu 2 lipca 2011 r. I miejsca w Gminnych Zawodach Strażackich, kobieca drużyna OSP Łukta dzielnie przygotowuje się na VII Powiatowe Zawody Sportowo - Pożarnicze w Ostródzie, które odbędą się 27 sierpnia 2011 r.

Zapraszamy na kibicowanie Naszym Dziewczynom !

fotorelacja z treningu - 22.08.2011 r.


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

19 Sierpnia 2011, godz: 17:41

Przygotowania na dożynki


Spotkanie przed dożynkami

 

Spotkanie odbędzie się 22.08.2011 r. (poniedziałek) o godz. 18:00

w świetlicy OSP w Łukcie.

 

Zapraszamy wszystkie chętne osoby do wzięcia udziału w przygotowaniach !


komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

8 Sierpnia 2011, godz: 23:53

Rozkład jazdy "u Grzesia"


UWAGA!

Od 10.08.2011 r. ( środa ) będzie obowiązywał nowy rozkład

na linii 346 Olsztyn-Morąg!

 

Poniżej przedstawiamy aktualny rozkład jazdy



komentarze (0) Brak dodaj komentarz autor:gosiaq edycja:gres

                                      
                                      
                                

 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski