login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Zapraszamy do galerii zdjęć "Łukta Dawniej".



23 Kwietnia 2011, godz: 12:23

Gdy myślę... Łukta (2)


Gdy myślę... Łukta (2)

Gdy myślę ŁUKTA… Dzisiejszą refleksję poświęcam okolicy mojej rodzinnej wsi, a konkretnie miejscowościom należącym do gminy. Zacznę od KOMOROWA, bo tam spędziłem pierwsze lata życia. Tu, po wojnie, zamieszkał mój ojciec razem z bratem Mieczysławem.

 
Komorowo… Ostatni raz odwiedziłem je rok temu, przeszedłem wzdłuż i wszerz, jak zawsze z kamerą. Filmowałem dawne miejsca, gdzie się bawiłem, biegałem po łąkach, kąpałem w rzece. Komorowo, to kiedyś i dziś jeszcze kilka indywidualnych gospodarstw rolnych. Część mieszkańców dawniej pracowała tu w „filii” pegeeru Ramoty Wielkie. W środku wsi jest wielki, pusty plac, nieco dalej dumnie stoi dworek, w którym przed wojną mieszkał dziedzic (jak w „Pałacu” Wiesława Myśliwskiego). Głucho i pusto w tej wsi. Czasem tylko pies jakiś zaszczeka, przejedzie samochód. W Komorowie do dziś mieszka moja stryjenka. Obok jej posesji znajduje się figurka Matki Boskiej, którą podobno postawił mój ojciec ze stryjem. Nie poznaję nielicznych, mijających mnie ludzi. Cóż, minęło ponad czterdzieści lat... Ale to nie jest takie ważne. Czas kosi wszystkich równo. („Kim ty jesteś, ja byłam. Kim ty będziesz, ja jestem”, spacerując po cmentarzu przeczytała kiedyś dziewczyna na tablicy ponad osiemdziesięcioletniej nieboszczki.) Istotne jest, że mogę chodzić po drogach, które niewiele się zmieniły od mojego dzieciństwa. Niektóre wcale. Czas nie zrobił na nich wrażenia. Z Komorowa pamiętam rodzinę Niedbalskich, Szelągów, Perzynów, Siemiątkowskich, Bralskich… Starszych już wezwał święty Piotr, a nieliczni młodzi, którzy zostali we wsi patrzą na mnie nieufnie, gdy tak idę z kamerą i czasami coś filmuję. Kiedyś, kilkaset metrów w stronę Łukty, tuż przy jeziorze, stał zakład przetwarzający bryły kredy na proszek. Materiał dowożono ze stacji Gamerki Wielkie. Ludzie z Komorowa   i okolicy mieli zatrudnienie. Teraz wszystko wygląda inaczej…

 

Ramoty Wielkie… Leżą niecałe dwa kilometry od Komorowa. Dawniej typowa pegeerowska wieś. Dziś już nie, bo po państwowych gospodarstwach rolnych zostały jedynie wspomnienia. W Ramotach pracowałem kilkanaście miesięcy w grupie budowlanej. O, o tej pracy mógłbym napisać książkę… Stawialiśmy obory, odnawialiśmy budynki, a latem nas budowlańców goniono na pole, trzeba było robić przy sianokosach, żniwach, wykopkach. Ramoty są większe od Komorowa, dwór po dziedzicu też mają bardziej okazały. Wieś miała dużą świetlicę, gdzie z kolegami z Łukty nieraz graliśmy na dożynkach lub ludowych zabawach. Jedne i drugie kończyły się często przed czasem, dochodziło do bójek i milicjanci z Łukty przerywali pląsy... Czasem tak dziwne (trudno trzymać się na nogach wypijając za dużo alkoholu), że pękałem ze śmiechu siedząc za perkusją. Młodzież (i nie tylko) z Ramot prowadziła od zawsze „wojnę” z Łuktą. Nie wiem skąd wzięła się ta lokalna nienawiść, ale  na pewno nie skłamię, jeśli powiem, że chyba jej początki sięgają lat powojennych. Jako wyrostka niejednokrotnie jedno mnie zastanawiało, dlaczego mimo iż chociaż chłopaków w Łukcie było więcej, często gęsto musieli salwować się ucieczką… przez pola. Chyba fizycznie nie dorównywali ramociakom. W tej wsi mieszkał mój przyjaciel Witek Matusiak, zmarł kilka lat temu. Odwiedziłem go kiedyś po trzydziestu latach. Popatrzył na mnie spod okularów i zaskoczony cicho powiedział: „Stasinek. Chyba nie może być…”. Później padliśmy sobie w ramiona. Jak to bywa, gdy po latach spotka się dwoje lubiących się ludzi… Witek ściskając mnie zgniótł mi okulary przeciwsłoneczne, które kupiłem dzień wcześniej. Nieprzydatne leżą do dziś w mojej szufladzie…

 

Dragolice… Dla mnie zawsze były to Draglice. Jednak okazuje się, że to pierwsza nazwa   jest właściwa. Chyba dwa domy na krzyż i pola, pola. Lubię tędy chodzić, bo zawsze można spotkać dziką zwierzynę, sfilmować ją. Nad niewielkim stawem stoi leśniczówka, w której dawno temu mieszkali Nowakowie. To tu telewizja polska nagrała film Baśka. Imieniem tym nazwany był dzik, który „zaprzyjaźnił” się z Nowakiem, leśniczym. Z Dragolic maszeruję zawsze w stronę Strzałkowa. Kilka lat temu szedłem tędy z dorosłą córką, w którymś momencie postanowiłem pójść na skróty i … (aż nie do wiary!) zabłądziliśmy!  Oj, nie popisałem się wtedy przed Elą. Wpadłem w panikę. Z trudem przebijaliśmy się przez chaszcze, pokaleczyliśmy sobie nogi (było lato, oboje wybraliśmy się w spodenkach). Makabra! W końcu wydostaliśmy się na pole podstrzałkowskie. Do dziś śni mi się ten   spacer, w którym zupełnie nie sprawdziłem się jako mazurski cicerone. Wstyd i hańba! W Dragolicach koło jednego z domów leżą wielkie kamienie. Zachęcam, żeby je zobaczyć. Ktoś się natrudził, żeby pozwozić głazy na posesję.

 

 
Strzałkowo… Długie, nijakie. Z tą wsią zawsze kojarzy mi się nazwisko Skinder. Z synem tych rolników chodziłem do szkoły. Nie pamiętam jak miał na imię. Jednak w pamięci zapadło mi jedno, że chłopak silny był jak tur! No i przerastał nas wszystkich o głowę. Baliśmy się go, jak diabeł święconej wody.


Strzałkowo zapomniane przez lata, ukryte pod lasem, ma przed sobą niezłą przyszłość. Z roku na rok do pobliskiego Markuszewa (rzut beretem), z pięknym jeziorem, przyjeżdża coraz więcej turystów.

 

Molza… O, o Molzie to mógłbym napisać książkę. Głównie dlatego, że z tej wsi pochodzi moja Żona. Tu spędzam najwięcej czasu, gdy przyjeżdżam na Mazury. W Molzę wrosłem   już na tyle, że jest ona dla mnie nie mniej ważna niż Łukta. Hm, a może już bardziej…  Molza to, podobnie jak Komorowo, kilka gospodarstw rolnych, Dom Pomocy Społecznej    (w tym budynku przez wiele lat mieściła się szkoła), dwa sklepy, i trochę zagubionej młodzieży, która nie ma się gdzie podziać, szczególnie wieczorami. To smutne, że w dużej   w końcu wsi nie ma najmniejszej sali, gdzie nastolatkowie mogliby chociażby posłuchać muzyki. Dla mnie jednak Molza to głównie pola i dookolne lasy, gdzie permanentnie spaceruję. To w tej wsi i w jej pobliżu umieściłem akcję kilku swoich opowiadań. Czyż mogło być inaczej…? Tuż za Molzą jest górka z której doskonale widać Łuktę, a przy dobrej pogodzie przez lornetkę zobaczyć można nawet Kozią Górę. Lubię przesiadywać w tym miejscu i patrzeć, patrzeć. I wspominać. Bo czas biegnie jakby coraz szybciej. Szkoda mi każdej odchodzącej wiosny, lata, jesieni, zimy... Molza to takie miejsce  na ziemi do którego wracam, by zapomnieć o codziennych sprawach. Tu rozmyślam nad różnymi sprawami. To tu wymyśliłem niejedną metaforę… „Moje dzieciństwo zostało za mną/za tym lub innym drzewem/Być może ze wzgórza jest sarną/płaczącą latem zielonym śniegiem”. To zaledwie kilka wersów wymyślonych na drogach i dróżkach okalających Molzę. 

 

 Wynki… Malutka, turystyczna wioska wśród lasów, z jeziorem pośrodku. Tu zjeżdża Warszawa. Przed tą wsią chyba najlepsza przyszłość. W Wynkach miałem kolegę Leszka, właściciela sklepu. Niestety zmarł kilka lat temu. Jednak jego imię dalej widnieje nad sklepowym szyldem. Czasami, gdy wyruszam na przechadzkę, z Molzy, idę przez Wynki  i dalej, do Worlin, a stąd do Łukty.

 

Worliny… Emocjonalnie odbieram je podobnie jak Tabórz. Ta wieś nigdy jakoś mnie nie interesowała. Zawsze miałem wrażenie, że mieszkają tam ludzie inni od tych z Łukty,  jakby bardziej zamknięci w sobie, milczący. Może się mylę. W każdym razie nic na to nie poradzę, że chociaż Worliny leżą nad przepięknym jeziorem Isąg, maszeruję przez nie żwawym krokiem, jakby ktoś mnie gonił… Pewnie w dzieciństwie musiało stać się ze mną coś niedobrego (może ktoś opowiedział coś złego o tej wsi?) i jakoś do dziś nie mogę przełamać wewnętrznej niechęci.


Worliny od kilku lat  mają nowoczesny hotel, ale to atrakcja głównie dla przyjezdnych i to  też tylko nielicznych, bo drogo tam, jak diabli. Byłem raz na kolacji i więcej nie pójdę. Konsumując z kolegą Grzegorzem (on był „sponsorem”), po chwili z przerażeniem zerknąłem na rachunek... Jedzenie jak jedzenie, żadna rewelacja, ale – pomyślałem – za połowę ceny kolacji mógłbym kupić ze cztery książki, grube i w znakomitej oprawie. O, na pewno nie dla poetów ta restauracja.

 

Tabórz… Wieś – podobnie jak Worliny – od zawsze trochę mi obca. Jakby nie była z łukciańskiej parafii. I chociaż często tam przechodzę (Sosna Taborska), odpoczywam nad jeziorem, to jakoś nieswojo tu się czuję. Jakby od tej wsi emanował chłód. Chociaż Tabórz  od Łukty leży raptem cztery kilometry, to my, łukcianie, rzadko tu zaglądaliśmy. Może dlatego, że mamy swoje jezioro Korwik (w slangu miejscowym Budka), że z przyczyn oczywistych nie musieliśmy szukać czegokolwiek w tej naprawdę uroczo położonej miejscowości. Tabórz dziś dla mnie to przede wszystkim były leśniczy Bogdan Milewski, z którym spotykam się kilka razy w roku. Przy kawie rozmawiamy o książkach (o, pan Bogdan ma ich bardzo dużo). Dyskutujemy o prozie min.: Wiesława Myśliwskiego,  Tadeusza Nowaka, Edwarda Redlińskiego, Mariana Pilota i Zygmunta Trziszki. Ale nie  tylko, sięgamy też do Augusta Strindberga, Gabriela G. Marquza.

 

Pelnik… Trochę skaczę geograficznie, ale nie w tym sedno mojej refleksji. W tej wsi bywam bardzo rzadko. I kiedyś i dziś. Pelnik położony vis a vis Worlin też ma to piękne jezioro   Isąg. Wieś letniskowa, trochę rolnicza. Kiedyś tętniło tu lokalne życie. Teraz (byłem tam w sierpniu) sporo turystów, grillowania, samochodów, krzyków. Jak dla mnie – za głośno, za tłoczno. Ale ziemia w Pelniku pod zabudowę droga, bo mieć domek nad Isągiem to naprawdę coś szczególnego.


Podobno w jeziorze zatopione są czołgi z ostatniej wojny. Zawsze zamierzam się zabrać za ich wydobycie, ale jak dotąd nie mam odpowiednich maszyn i urządzeń. Ciekawe czy to są rosyjskie Te-34 czy niemieckie Tygrysy?


Może dzięki stronie Grzegorza Malinowskiego któregoś roku skrzykniemy się wszyscy i zabierzemy się za wydobycie czołgów. Nawet gdybyśmy sprzedali jako złom, starczyłoby na niejedną kolację w restauracji w Worlinach. Że o łukciańskiej „Wileńskiej” nie wspomnę.


Florczaki… O tej miejscowości dziś napiszę krótko, ponieważ będzie ona wracała jeszcze wiele razy w moich wspomnieniach. Tam, w sali, która jest do dziś, dziesiątki razy graliśmy na zabawach. Tak, Florczaki to osobna, barwna retrospekcja… O samej tylko muzykalnej rodzinie Załęskich mógłbym (jak ja to często podkreślam) napisać książkę. Nawet dziś nie potrafię zliczyć florczakowskich zabawowych bójek (głównie z „bandytami” z Żabiego Rogu), walczyków czekoladowych (nieraz musieliśmy rzępolić godzinę, by organizatorzy sprzedali wszystkie gorzkie, mleczne i nadziewane). Do dziś nie mogę zapomnieć tańczącej młodzieży, gdy nasz zespół – nie wiem dlaczego o morskiej nazwie – „Posejdon” grał „Dominikę”, „67”, albo jakiś inny rytmiczny kawałek…

 
Przepraszam mieszkańców Mostkowa, Koziej Góry, Ględ, Kojd, Małych Ramot. Obiecuję, że w najbliższych refleksjach wspomnę o tych miejscowościach. Szczególnie o Koziej Górze, bo tam spotkało mnie kiedyś coś wyjątkowego...  

   Z pozdrowieniem,    
                                        Stanisław Raginiak   

 

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.

© Ilustacje: Grzegorz Malinowski




autor:gres edycja:gres wyświetleń: 2680

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany!


komentarze:


status: MODERATOR super +

23 Kwietnia 2011, godz: 13:28

+ 0 - 0

Z tymi czołgami to ciekawa historia ;)
Kiedyś wyłowiliśmy "niechcący" kilka niewypałów.



status: UŻYTKOWNIK przeciętny +

24 Kwietnia 2011, godz: 06:59

+ 1 - 0

Ruskie T-34 to można śmiało przyjąć za pewnik. Armia ruska zdobywała nasze tereny w styczniu. Zajęli Worliny, złupili, zgwałcili kto pozostał a z oddali zobaczyli wioskę po drugiej stronie jeziora. To przecież grzech nie złupić i tej wioski. A że przez lód było blisko to...... Tygrysów Niemcy nie używali na tym terenie. Nie wiem czy w ogóle jakiekolwiek PKW 4 mieli chociażby.



status: UŻYTKOWNIK śmiały +

29 Kwietnia 2011, godz: 21:51

+ 0 - 0

Kolejne piękne wspomnienia, które czyta się z zapartym tchem. Z niecierpliwością czekam na cd. Pozdrawiam ciepło:)



status: UŻYTKOWNIK śmiały +

edytowany:
3 Maja 2011, godz: 08:42

+ 0 - 0

dzięki za kolejną refleksję o naszej okolicy.Czytam je z wielką przyjemnością.Pozdrawiam Pana Stanisława.Czy leśniczy z Dragolic nie nazywał się Nowak?



status: UŻYTKOWNIK wytrawny

4 Maja 2011, godz: 23:35

+ 0 - 0

Leśnictwo Draglice z siedzibą w Markuszewie. Pierwszym leśniczym po 1945 był Roman Napierała. W tym czasie Nowak Marceli pracował w Nadleśnictwie Olsztynek. Obaj Panowie byli jednymi z pierwszych 42 absolwentów Kursu dla Leśniczych w Taborzu. Pierwszy kurs odbywał się od 3 lipca 1945 do 10 grudnia 1945. /Celowo przekręciłem nazwę Dragolic/



status: UŻYTKOWNIK wytrawny

5 Maja 2011, godz: 00:08

+ 0 - 0

Nadleśniczym i kierownikiem Kursów dla Leśniczych w Taborzu po 1945 był mgr inż Antoni Szułczyński. Jest on również autorem słów hymnu "Leśnej Szkoły Taborskiej". W skład Nadleśnictwa Tabórz w tym czasie wchodziły leśnictwa: wymienione wcześniej Draglice, Jeleniec leśniczy Józef Romaszewski, Sarni Dół leśniczy Mieczysław Chyra, Tolimirka /nazwa od Toli i Mirka/leśniczy Zygmunt Tułodziecki. Przednim krótko był leśniczym Misztal. Leśnictwo Perkunicha leśniczy Leon Szajkowski, Laski z siedzibą w Kątnie leśniczy Józef Jankowski, Kraśne z siedzibą w Dłużkach leśniczy Władysław Piasek. Po Antonim Szułczyńskim kolejni nadleśniczy to Mieczysław Tarchalskin/jego imię nosi Szkoła Podstawowa nr 49 w Szczecinie/, Leonard Wójciak, Zygmunt Metzig, Edward Badyda, Jan Bielecki, Władysław Sienkiewicz, Andrzej Borowy, Eugeniusz Latkowski, Kazimierz Marchlewski. 01.01.1973 Nadleśnictwo Tabórz podzielono i przyłączono do Nadleśnictwa Miłomłyn i Stare Jabłonki.



status: UŻYTKOWNIK wytrawny

5 Maja 2011, godz: 00:36

+ 0 - 0

Zapomniałem wymienić leśnictwo Śmieszny Kąt leśniczy Marian Wojłkowiak.Obecnie na terenie gminy Łukta schodzą się granice 4 nadleśnictw tj. Dobrocin, Miłomłyn, Stare Jabłonki i Kudypy



status: UŻYTKOWNIK dobry

14 Maja 2011, godz: 00:59

+ 0 - 0

Ten Pan Skinder to gołymi rękoma walczył z dzikami (pokonał nie raz jak i dostał wielu ran)


 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski