Łukta-City 


login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Zapraszamy do galerii zdjęć "Łukta Dawniej".



24 Maja 2011, godz: 20:16

Gdy myślę... Łukta (4)


Gdy myślę... Łukta (4)

          Dziś o dawnych potańcówkach i prywatkach. Pisząc dawnych mam na myśli końcówkę lat 60-tych i początek 70-tych. Nie będę skromny i od razu podkreślę, że na muzyce młodzieżowej znałem się jak mało kto z Łukty. Moja „miłość” do muzyki zaczęła się bardzo wcześnie, już w szkole podstawowej, chyba w szóstej klasie. Mieliśmy w domu radio Pionier, a niedługo potem Malwę. Muzyczna edukacja zaczęła się przy Wędrówkach muzycznych po kraju, a „profesjonalnie” edukowałem się słuchając (nielegalnej wtedy) stacji Radio Wolna Europa i znakomitej audycji Randez vous o 6.10.
        Kupowałem też sobotni Sztandar Młodych, gdzie drukowano listy przebojów według tygodników New musical Express i Billboard. Wkuwałem na pamięć nazwy grup, solistów i ich największe aktualne przeboje. Kiepsko mi to wychodziło, bo język angielski w tamtych czasach był abstrakcją dla absolutnej większości Polaków. Zatem zespoły i utwory wymieniałem tak, jak potrafiłem (podsłuchując radiowych spikerów). Ale to już było coś!
         Mając 16-17 lat wyrosłem na łukciańską muzyczną mądralę. Nawet starsi koledzy słysząc czasem w radiu jakąś piosenkę wołali mnie, gdy byłem w pobliżu i pytali, kto to śpiewa? Przeważnie odgadywałem, co wzbudzało ogólny podziw. Największą konkurencję miałem w Tolku Kawczyńskim, chyba dlatego że jako pierwszy we wsi miał magnetofon Tonette, na tamte czasy było to coś niebywałego! Tolek dużo nagrywał, a więc i zapamiętywał śpiewających i piosenki.
          Był Klub Rolnika, to tam organizowaliśmy potańcówki. Raz ja puszczałem płyty pocztówkowe i longplay`e, innym razem Tolek przynosił magnet (tak skrótowo mówiliśmy o Tonette). No i wiara szalała! Przy polskich przebojach Czerwonych Gitar (Nie zadzieraj nosa), Breakout (Gdybyś kochał, hej), Niebiesko-Czarnych (Mamy dla was kwiaty). Z zagranicznych leciały utwory Los Bravos (Black is Black), Led Zeppelin (Whole Lotta Love), Animals (House of The Rising Sun), Bacherlos (No Arms Can Ever Hold You), Jimiego Hendrixs`a (Hey Joe). I wielu innych. Słuchano też utworów Andy Williams`a, Barreg`o Rayan`a, Roy`a Orbison`a.
          Przykro o tym pisać, ale często potańcówki kończyły się przed czasem, przed godziną dwudziestą drugą. Powodem było bliskie sąsiedztwo gospody Kormoran (z czasem przechrzczonej na restaurację). Podpici młodzi ludzie nieraz siłą wdzierali się do Klubu i szukali zaczepki. Na szczęście na „moich” potupajach zawsze miałem „obstawę”, był to przeważnie Adam Łaszkowski i Leszek Jakuć. Ci dwaj silni koledzy potrafili szybko zaprowadzić porządek. A i ja niejednokrotnie dałem kuksańca niegrzecznie zachowującemu się kawalerowi. Mogłem też liczyć na pomoc dziewczyn. Wiele z nich lubiło tańczyć i jak tylko ktoś zaczynał bałaganić, sprowadzały go na ziemię (najczęściej strasząc milicją). Ale, jak wspomniałem, czasami zamroczeni alkoholem młodzieńcy byli górą i wtedy zwijałem szybko adapter Bambino, zbierałem płyty i… koniec z potańcówką.
          Pierwszy szalony taniec jaki pamiętam to był twist. Później przyszła moda na jive, zawsze jednak królował rock and roll. Byłbym nierzetelny, gdybym nie wspomniał o kuriozalnych („improwizowanych”) pląsach niektórych młodych. Znaczy takich „tańcach”, na które nie było określenia... Nieliczni na szczęście podpici byli moim zdaniem „prekursorami” dzisiejszego rapu, graffiti, breakdance…
          Osobną historią były… prywatki. Tu, z przyczyn jakby naturalnych, królowały utwory melancholijne, ckliwe. Nie od razu, ale gdzieś tak po godzinie jedenastej wieczorem. Kilkanaścioro młodych osób, najczęściej po kieliszku wina, bawiło się parami. Często, ze względu na płyty, byłem zapraszany na domowe imprezy. Nie miałem dziewczyny, więc z ochotą zajmowałem się muzyką. Nie, nie byłem disc jockey`em, tylko najzwyklejszym chłopakiem od puszczania płyt. Niekiedy wkurzało mnie, że tak siedzę pochylony nad adapterem i zmieniam płytę za płytą... Żeby chociaż ktoś z obecnych pochwalił mnie za utwory – wzdychałem. Żeby choć jakaś dziewczyna pogłaskała po głowie… Gdzie tam. Jak puściłem Orbisona, to ktoś kazał zmienić na Paula Ankę, a jeszcze ktoś inny na sentymentalny utwór Czerwonych Gitar. Dobrze – myślałem nieraz w duchu – że nie każą mi grać na przykład Dziś do ciebie przyjść nie mogę… Najbardziej denerwowałem się po północy, bo wtedy gasło i tak już słabe światło (w domu oczywiście nie było rodziców), i słyszałem najróżniejsze oddechy i chyba cmokanie. Domyślałem się, co się dzieje. Było mi wstyd, że koleżanki i koledzy tak się zachowują. W dodatku niektórzy palili papierosy, a to na tamte czasy był straszny grzech! I tak płynął czas, a ja tylko od czasu do czasu słyszałem: „Stachu, puść O my love Cliff`a Richards`a”. A za chwilę: Puść Ite me. Na jednej z prywatek podeszła wreszcie do mnie dziewczyna, nie pamiętam która, bo ciemno było jak w grobie i spytała: „Lubisz się całować?” Spadłem z taboretu, na którym siedziałem schylony (i głodny) od paru godzin. Jakoś się podniosłem, ale zwaliłem adapter i – jak się nazajutrz okazało – porysowałem płytę Neil`a Diamonda Stones, dla mnie jedną z najważniejszych.
             Owszem zdarzało się, że ktoś z prywatkowiczów przypomniał sobie o mnie i rzucił w ciemnościach: „Słuchajcie, dajcie coś zjeść temu Stachowi, albo przynajmniej szklanką wody poczęstujecie, bo jeszcze nam zasłabnie!” Znalazł się litościwy, pomyślałem wówczas. I pomny na swój głód i pragnienie poprzysięgałem sobie, że już więcej nie będę „przygrywał” na prywatkach. Żeby chociaż ktoś mnie pochwalił za płyty… Porozmawiał o muzyce, na przykład o zespole Walker Brothers i ich The Sun Ain`t Gonna Shine Anymore, czy King Crimson Epitafium… Gdzie tam wszystkim w głowie było tylko tańczenie, wino, papierochy, a po północy… 
          Z potańcówek i prywatek łukciańskich pamiętam jeszcze rozemocjonowane rozmowy starszych kobiet najczęściej przed sklepem.
         – Trzeba tym młodym skończyć te głupie zabawy! – wykrzykiwała mieszkająca blisko Klubu Rolnika przygruba Tartkowiczowa. – Nie muzyki słuchają, tylko jakichś tam Biklesów, co ryczą na całą wieś! – Nawet nie wie, jak ten zespół się nazywa, psioczyłem pod nosem.
      – A u Zaszorskich na tych prywatkach to sama rozpusta, światła nie palą, papierochy kopcą i na pewno wódę piją – dodała Rolkowska. – Julii Kartkowskich ktoś zrobił dzieciaka na takiej jednej prywatce, teraz chodzi po Łukcie i płacze, bo nie wie kto… Matka pewnie z domu ją wyrzuci, bo to przecież wstyd przed ludźmi.
         – A panie, jak były młode, to tylko w domu siedziały? – zdobyłem się kiedyś na odwagę  i zapytałem.
         – A co to cię smarkaczu obchodzi, co my wtedy robiły! Na pewno nie gasilim światła…
         – Bo go nie było! – rzuciłem z przekąsem i w podskokach ruszyłem do domu.
         – Patrzta ludzie, patrzta, jaka ta młodzież dziś bez wychowania! – Kosecka na to. – Święconą wodą polać tych z długimi włosami!    I te dziewuchy, co noszą takie spódniczki, że majtki im widać! 

PS. Niektóre imiona i nazwiska zostały zmienione. (S. R.)

Stanisław Raginiak   

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.
©
Ilustacje: Grzegorz Malinowski



autor:gres edycja:gres wyświetleń: 2446

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany!


komentarze:


status: ADMINISTRATOR

24 Maja 2011, godz: 20:23

+ 0 - 0

Przepraszam wszystkich za opóźnienia w publikacji.



status: MODERATOR nowy

25 Maja 2011, godz: 09:59

+ 0 - 0

szkoda że nie ma pikantnych szczegółów ;). Pozytywna opowieść!



status: UŻYTKOWNIK śmiały +

26 Maja 2011, godz: 19:39

+ 0 - 0

Kolejna ciekawa opowieść:)Chciałabym choć na chwilę "poczuć smak" tamtych czasów:) Pozdrawiam.



status: UŻYTKOWNIK śmiały +

31 Maja 2011, godz: 08:27

+ 0 - 0

szczęśliwi,którzy bawili się przy takiej muzie.



status: ADMINISTRATOR

edytowany:
4 Czerwca 2011, godz: 11:57

+ 0 - 0

Kiedyś imprezy i prywatki miały swój klimat i urok. Myślę, że obecne prywatki nie mają już nic wspólnego z prywatnością. Trzeba uważać, żeby jakiś 'przyjaciel' nie nagrał filmiku lub nie zrobił zdjęcia naszych wygibasów, bądź 'zgonu' i nie wrzucił na youtube'a lub facebook'a.

Nie wszyscy wiedzą, ale co raz zostanie wrzucone do Sieci, zostaje już tam na zawsze ;/


 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski