Łukta-City 


login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Zapraszamy do galerii zdjęć "Łukta Dawniej".



28 Lipca 2011, godz: 11:36

Gdy myślę… Łukta (9) - Kiedyś to chleb był lepszy i ludzie…



Gdy myślę… Łukta (9)
Kiedyś to chleb był lepszy i ludzie…

          Sobotnie popołudnie, 16 lipca. Wjechałem z moim gościem na podwórze gospodarstwa nad jeziorem Korwik (zwanym lokalnie „Budką”). Nie przeczuwając niczego, zamknąłem auto i w tym momencie dostrzegłem właścicielkę posesji. Pozdrowiłem   niemłodą już kobietę i zapytałem, czy (starym zwyczajem) mogę na godzinę zostawić pojazd?
– Nie bardzo… – usłyszałem i zaraz w oczach gospodyni ujrzałem złowieszczy błysk. – Wszyscy, co tu mają domki nad jeziorem, są na pana źli! – wyrzuciła z siebie z największą ulgą. – Wszyscy czytali to, co pan na nich ponapisywał. Nie powinnam chyba się zgodzić, aby zostawiał pan samochód...
          Towarzysząca mi kobieta westchnęła. Wiedziała o moich refleksjach pisanych na portalu. – Chodź… wyjedźmy stąd… – szepnęła. Postanowiłem nie rezygnować. Z uśmiechem spojrzałem na gospodynię. – Powiada pani w s z y s c y – zaakcentowałem ostatnie słowo i zaraz dodałem: – Dla mnie  w s z y s c y  to nikt, proszę pani. Zresztą, napisałem kilka dni przed przyjazdem do Łukty, że jestem do dyspozycji i jakoś nikt się do Grzegorza nie zaanonsował… Nikt z moich anonimowych interlokutorów nie dał znaku życia.
          Rozmówczyni bacznie mi się przyjrzała, jakby chciała mnie zapamiętać do końca życia. Auto jednak zostało. Spokojnie zeszliśmy łąką nad brzeg jeziora. Moja towarzyszka się kąpała, a ja porozmawiałem z kilkunastoletnimi dziewczynami (jedna była z Olsztynka, druga z Gdyni). Bardzo miłe, elokwentne i kulturalne gimnazjalistki. Rozmawialiśmy głównie o zarastającym Korwiku i marnej lipcowej pogodzie.
          Wieczorem wybrałem się na cmentarz (grzebalny, jak mówi proboszcz w Łukcie, a robi to słusznie, bo rzeczywiście jest takie określenie). Wcześniej uczestniczyłem we mszy świętej. I mimo pełnej koncentracji nie bardzo zrozumiałem przesłanie zawarte w kazaniu... Zawsze mnie irytuje, gdy ten duchowny czyta z nazwiska tych katolików, którzy mają posprzątać kościół (na co zresztą, jak słyszę od lat, parafianie nie bardzo się godzą). To się nazywa, proszę księdza, dobrowolny przymus! No, ale skoro wierzący – psiocząc pod nosem – wykonują zadanie (nie wszyscy, naturalnie), to ja nie będę się do tego mieszał. Kiedyś poznałem troszeczkę proboszcza, nawet kilka razy zaprosił mnie na kawę do siebie. Choćbym nie wiem jak łamał sobie głowę, nie pamiętam powodu, dla którego nasza ledwie co zaczęta znajomość pękła jak bańka mydlana...
          Wracam do cmentarza. Nie byłem na nim kilka miesięcy. Ze strachem zobaczyłem wiele nowych mogił. Powoli i ty zbliżasz się do świętego Piotra... – przeleciało mi przez myśl. Wzdrygnąłem się. Odwiedziłem groby najbliższych. Klęknąłem też obok mogiły Edka Jaworskiego, mojego najserdeczniejszego kolegi, który odebrał sobie życie w wieku 18 lat. Pamiętam ten szczególny dla mnie pogrzeb… Edek zostawił list pożegnalny, w którym między innymi prosił, aby podczas opuszczania trumny jego serdeczny kolega „Biały” (taki miał przydomek świetny akordeonista z Olsztyna) zagrał melodię piosenki Żółty jesienny liść… Wiele osób zalało się łzami. Dziewczyna Edka też.
          Chyba ja jako jedyny wiem, dlaczego Edek się powiesił, ale tego nie napiszę. Dziś zresztą jest to już bez znaczenia. Razem pasaliśmy krowy nad Korwikiem i Isągiem. Mieliśmy wtedy po kilkanaście lat i życie, świat jawiły się nam jak piękna bajka! Edek miał znakomity głos. W ogóle Jaworszczacy (było ich trzech: Zygmunt, Witek i Edek) byli wyjątkowo uzdolnieni muzycznie i wokalnie. Pamiętam, jak w latach 60-tych, gdy w Łukcie był dom kultury, to trio zaśpiewało na scenie piosenkę Czesława Niemena Czy mnie jeszcze pamiętasz… Straciłem wtedy na chwilę oddech. Nie tylko zresztą ja. Zadziwili wielu mieszkańców! Jaworszczacy, gdyby wtedy były takie możliwości, wygraliby wszystkie konkursy na młode talenty! Chłopaki uzdolnienia odziedziczyły po ojcu, Wiktorze. Ten to dopiero śpiewał i przygrywał sobie na bałałajce! Szczególnie lubiłem, jak pan Wiktor wyśpiewywał rosyjskie piosenki ludowe. Podobno nauczył się ich w czasie wojny.
          Gdy jestem u swojej matki, zawsze patrzę przez płot w stronę dawnego domu Jaworskich. To był, a chyba i jest nadal, jeden z najbardziej okazałych budynków we wsi. Niestety, po licznej rodzinie Jaworskich nic już nie zostało. Ktoś kilka lat temu wykupił   dom. W ogrodzie jedynie rosną nadal drzewa posadzone przez pana Wiktora…
          Mówi się, że jak człowiek chce zastanowić się nad swoim życiem, to powinien  wybrać się na cmentarz. Może to i prawda… Jest paradoks w naszym ludzkim losie (i każdej innej istoty), że umierać zaczynamy w momencie, gdy się rodzimy. Każdy z nas ma dwa zegary, wskazówki pierwszego biegną do przodu, drugiego do...
          Zacząłem od wizyty nad Budką, więc i tym wątkiem zakończę. W latach 60-tych, gdy wieczorem zamykano w Łukcie Klub Rolnika (tu, gdzie R. Smolej ma sklep), gromadą szliśmy latem nad to niewielkie jezioro. Było nas czasami kilkudziesięciu (nie licząc dziewczyn). I kąpaliśmy się do północy. Chłopaki (nie wszyscy) nawet na waleta. O dziewczynach nie napiszę, bo jakoś nie przypominam sobie, by któraś w nocy skoczyła do wody. Totalnym szaleństwem były te nasze kąpiele. Skakaliśmy z dziurawego pomostu na tzw. bombę, czasem jeden na drugiego! Na łeb, na szyję! Wrzask był ogromny, często również z bólu. Chyba słyszano nas nawet we Florczakach. Starsi koledzy mieli czasami ze sobą wino, to i odwaga ich rozsadzała! Wypływali na środek jeziora, wołali ratuuunku! Straszyli innych, że się topią. Hm, pamiętam, że kiedyś ktoś nie dał rady wodzie i nocy… Po kilku dniach w trzcinie jakiś wędkarz trafił na ciało denata…
          Chodząc latem nad Budkę, wkradaliśmy się wieczorami na truskawki na pole  Manisty. Nie oszczędzaliśmy też sadów Sobolewskich i Markowskich. Aż gałęzie trzeszczały!
          Nad jezioro chodziliśmy też jesienią. Już nie taką wielką paczką, tylko w kilka osób. Czując głód, wyrządzaliśmy komuś kolejną szkodę… wyrywaliśmy rosnącą na polu brukiew. Smaczna była. Rzadko kiedy ktoś miał scyzoryk, więc gryzło się ją jak jabłko, czasami aż trzeszczało w zębach… od piasku.
          Niezłe ziółka były z nas! Teraz tak sobie uświadamiam, że do „świętych” nie należałem, za co po latach przepraszam, przede wszystkim właścicieli sadów i pól.
          Dwie różne pory roku, dwa różne światy… Pierwszy ciepły, kolorowy i krzykliwy. Drugi, cichy, szary, spowity mazurską mgłą. 
          Jeszcze dziś wracam myślami do dawnej Łukty, najczęściej do tej jej części, którą dobrze widać od strony pagórka (około kilometr za wsią, pierwszy zakręt na drodze do Worlin). Stąd dostrzec można kościelną wieżę, szkołę i skupisko chaotycznie postawionych domów, które nijak się mają do dostojnego, dawnego domu Jaworskich.
          Z tego wzniesienia zobaczyć też można polną drogę wiodącą do gospodarstwa… Do tej zagrody, gdzie w sobotę 16 lipca właścicielka powiedziała, że  w s z y s c y, co mają dacze, mnie nie lubią...
          Gwoli ścisłości dodam, że kiedyś (przez wiele zresztą lat) właścicielem tej   gospodarki był ktoś inny. Lepiej wychowany.
          –

          „Stachu, kiedyś to chleb był lepszy i ludzie”, niejednokrotnie podczas spacerów po mazurskich drogach przypomina mi się zdanie nieżyjącego już stryja z Molzy.

Stanisław Raginiak   

 

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.
©
Ilustacje: Grzegorz Malinowski




autor:gres edycja:gres wyświetleń: 2107

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany!


komentarze:


status: UŻYTKOWNIK dobry

28 Lipca 2011, godz: 13:38

+ 2 - 1

...czyli jednak ktoś panu powiedział, że jednak jest pan: persona non grata.
O tym co pan pisze to już najstarsi górale nie pamiętają.
Świat się zmienia; ludzie byli, są i będą różni. Chleb pieką ten sam, należy tylko znaleźć właściwą piekarnię.



status: UŻYTKOWNIK śmiały +

28 Lipca 2011, godz: 15:37

+ 1 - 2

-

Witam ciepło:)Kolejna interesująca opowieść. Osoby o których Pan pisze nie są mi znane, ale miejsca jak najbardziej. Zawsze, kiedy jestem w Łukcie, lubię również tak jak autor odwiedzać miejsca, które przywołują piękne wspomnienia. Jeżeli chodzi o właścicieli posesji nad jeziorem Korwik to chyba standard, że są oni nie uprzejmi (są wyjątki) w stosunku do osób odwiedzających to miejsce. Osobiście zostałam potraktowana jako intruz, wandal itp. gdy spacerowałam brzegiem jeziora owa Pani właścicielka posesji w sposób niegrzeczny zaczęła krzyczeć, że co tu robię, że to teren prywatny a ja tylko spacerowałam linią brzegowa owego jeziora a z tego co mi wiadomo to prawo mówi o tym że,zabrania się grodzenia nieruchomości przyległych do powierzchniowych wód publicznych w odległości mniejszej niż 1,5 m od linii brzegu, a także zakazywania lub uniemożliwiania przechodzenia przez ten obszar ??? widocznie ta Pani tego nie wiedziała:)Pozdrawiam serdecznie.



status: UŻYTKOWNIK dobry

28 Lipca 2011, godz: 16:19

+ 0 - 0

co dziwnego jest w ostrożności właścicieli posesji? miała prawo zwrócić uwagę. co do przepisów, to chyba jednak są one znane ludziom mieszkającym nad jeziorem, ponieważ dostęp do linii brzegowej jest zachowany. no może poza jednym przypadkiem ( pierwszy dom od strony dawnego mola ).



status: ADMINISTRATOR

28 Lipca 2011, godz: 18:21

+ 1 - 0

Przyznaję, po części, rację zarówno zaciekawionej jak outsider'rowi. "Po części", bo wydaje mi się, że pomimo, rzekomej znajomości prawa, ludzie nie powinni przeganiać "gości". Mieszkańcy nadjeziornych działek muszą liczyć się z takimi jej urokami, decydując się na dom przy jeziorze.
Podsumowując...
Mimo bajecznych widoków z okna, życie nad jeziorem to nie bajka :D



status: UŻYTKOWNIK dobry

28 Lipca 2011, godz: 19:19

+ 0 - 0

Tytułem uzupełnienia: nad jeziorem jest całkiem przyjemny parking. Ludzie z Łukty są na tyle cywilizowani, że można nawet zostawić otwarty samochód bez obaw o utratę dóbr (testowałem).



status: MODERATOR nowy

edytowany:
29 Lipca 2011, godz: 07:46

+ 1 - 1

Coraz bardziej zaczynają Mi się podobać Pana refleksie –„jedzie” Pan ostro po niektórych osobach ;>.
Jest jedno, „ALE" - Łukta jest, jaka jest, zmienia się i będzie się zmieniać, kultura się zmienia, ludzie zaczynają być inaczej wychowani (przede wszystkim przez przesłania i informacje zawarte w telewizji oraz gazecie –wynik-ludzie przestają sobie ufać).
Moje zadnie jest takie, jeżeli Miał Pan na myśli obrazę ludzi z Łukty to wstyd, mimo że jest źle to nie obraża się swoich, natomiast, jeżeli Ma Pan na myśli poruszenie w ludziach, otrząśniecie i spojrzenie na to, co się dzieje to Ja to Popieram.
Na koniec dodam, że na pewno i w Pana czasach działo się dużo złego i były takie sytuacje, jakie teraz Pan dostrzega - tylko człowiek po tylu latach wspomina tylko dobre rzeczy - bo takie się tylko pamięta.
Pozdrawiam i czekam na 10-tą część myśli - może tym razem całkowicie poświęconą czasom naszych rodziców z młodości i dziadkom.


 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski