Łukta-City 


login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Zapraszamy do galerii zdjęć "Łukta Dawniej".



3 Października 2011, godz: 08:58

Ćwokowampiria - fragment 3


III

    Od września, pracując w zakładzie elektryczno-budowlanym, rozpocząłem naukę w trzyletnim technikum mechanicznym, kierunek: maszyny rolnicze. Szkołę ukończyłem w 1980 roku.
    Jako działacz Związku Młodzieży Socjalistycznej przez trzy lata zapracowałem sobie na dobrą opinię u towarzysza Damazego Ciuliszkiewicza, jednego z ważniejszych lokalnych partyjniaków, notabene zastępcy Ildefonsa Patałacha, sekretarza Komitetu Miejskiego.
    Zgodnie z sugestią Ciuliszkiewicza, zaraz po maturze zwolniłem się z zakładu i przy jego poparciu podjąłem pracę w Fabryce Maszyn Rolniczych „Gleba”, której dyrektorem był January Koślewicz.
    W zakładzie pojawiłem się w trudnym dla niego okresie. Kraj od kilku lat pogrążał  się w kryzysie gospodarczym i politycznym. Brakowało surowców do produkcji maszyn, załamał się eksport. Robotnikom zaczęto obniżać zarobki, wielu zwolniono w wyniku redukcji etatów.
     W domu, głównie z ojcem, zastanawialiśmy się, co dalej będzie z Polską? Jego zakład gazowniczy też miał problemy, może nie aż takie jak mój, ale – jak mówił – „załoga czuła się tak, jakby siedziała na beczce prochu”.
    Z dnia na dzień zacząłem baczniej przyglądać się sytuacji w kraju i szybko zrozumiałem, że socjalizm w obecnym wydaniu nie ma szans na przetrwanie.
    Z ojcem przegadaliśmy na ten temat niejeden wieczór, a czasem nawet jeszcze po północy w naszym pokoju paliło się światło. Mówił głównie on. Z wielu ważnych zdań, jakie wtedy wypowiedział, jedno szczególnie utkwiło mi w pamięci: – Na moje to ten ustrój niedługo upadnie. Stanie się coś, w co dziś jeszcze prawie nikt nie wierzy. Synu, zobaczysz, że doczekamy się prawdziwej wolności.

    Kilka tygodni później, w iście ekspresowym tempie zostałem w zakładzie członkiem Podstawowej Organizacji Partyjnej, której przewodził Ignacy Komarowski. Był lipiec 1980 roku, rząd wprowadził podwyżki cen wędlin i mięsa, w efekcie czego w kilku miastach wybuchły strajki załóg zakładów wędliniarskich. W sierpniu do strajkujących dołączyli pracownicy Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Nie trzeba było długo czekać na dalsze protesty w całej Polsce.
    Wszystko to mnie przerażało. Po długim okresie w miarę normalnego samopoczucia znowu źle spałem, nieustannie bolała mnie głowa, wróciło lunatykowanie. Wyczuwałem, że moja choroba wynika z narastającego, bliżej nieokreślonego lęku. Widząc, co dzieje się w fabryce, zdecydowałem się pójść do leczącego mnie od lat psychiatry i poprosić o zwolnienie. Dostałem trzy tygodnie.
    Ojciec niemal codziennie przemycał do domu nielegalnie wydawane gazetki i broszury. Nigdy nie powiedział, skąd je ma. To z nich dowiadywałem się o tym, co dzieje się w kraju. Jedną z pierwszych informacji była ta, że w Gdańsku powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Na jego czele stanął Lech Wałęsa. Podobne komitety zostały utworzone w Jastrzębiu i Szczecinie.
    31 sierpnia, gdy byłem już w pracy, wicepremier Mieczysław Jagielski podpisał z Lechem Wałęsą porozumienie dotyczące przedstawionych postulatów. Na jego mocy Międzyzakładowy Komitet Strajkowy przekształcił się w Międzyzakładowe Komitety Założycielskie. Utworzyły one 17 września 1980 roku w Gdańsku Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. W ciągu roku liczba jego członków sięgnęła ponad 8 milionów. Możliwa stała się zmiana systemu politycznego w drodze demokratycznych przemian. Odwołano z zajmowanego stanowiska Edwarda Gierka. Na pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej mianowano Stanisława Kanię, zaś premierem nowego rządu i ministrem obrony narodowej został generał Wojciech Jaruzelski. Kierownictwo partii miało nadzieje, że przez zmianę sekretarza i wprowadzenie pozornych reform w aparacie władzy opanuje sytuację w kraju. W Komitecie Centralnym – jak wyczytałem w przemycanych przez ojca broszurach – istniał jednak podział na tych, którzy chcieli likwidacji „Solidarności” i tych, którzy stawiali na współpracę z tym związkiem. Ogromy wpływ na działania partii wywarł ZSRR. Jego przywódca Leonid Breżniew oraz szefowie pozostałych krajów socjalistycznych skłaniali się do użycia siły w Polsce. Chciano przeprowadzić nad granicą manewr wojskowy „Sojusz 81”.
    I Zjazd „Solidarności” odbył się we wrześniu 1981 roku w Gdańsku. Uczestnicy podzielili się na dążących do współpracy z władzą i radykalnych – tych, którzy nie wierzyli już partii. Uchwalono apel do robotników innych krajów „demokracji ludowej”, co spowodowało silny sprzeciw rządów tych państw, wzmogło presję PZPR i ograniczyło działalność „Solidarności”.
    W październiku zwołano nadzwyczajne plenum Komitetu Centralnego PZPR, na którym generał Jaruzelski został mianowany pierwszym sekretarzem partii. Od tego momentu miał w swych rękach całą władzę w kraju.
    W tym czasie również Kościół polski przeżywał bardzo trudny okres po zamachu na papieża i śmierci kardynała Wyszyńskiego.
    W sklepach brakowało towarów pierwszej potrzeby, ale rządzących niewiele to obchodziło.
    Władze komunistyczne, nie mogąc sobie poradzić z narastającymi protestami i ogromem problemów, dla obrony swych interesów zdecydowały się w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku wprowadzić stan wojenny. Tej nocy nastąpiły aresztowania przywódców „Solidarności”, a także osób związanych z opozycją. Wojsko zablokowało drogi do miast, przerwano wszystkie połączenia telefoniczne i teleksowe. Zamknięto przejścia graniczne, porty i lotniska.
    Władzę w Polsce przejęła Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Wszystkie kluczowe punkty w kraju obsadzone zostały przez ZOMO, Milicję Obywatelską, wojsko i funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Na ulice wyjechały czołgi i transportery opancerzone. Obowiązywała godzina policyjna od 22.00 do 6.00 rano. Na opuszczenie swojej miejscowości trzeba było mieć zgodę (wydawano specjalne przepustki), zamknięto szkoły i uniwersytety, wprowadzono cenzurę w mass mediach, zdelegalizowano związki zawodowe, zawieszono działanie wszystkich organizacji społecznych i politycznych, oprócz PZPR, ZSL, SD i Pax.
    Po ogłoszeniu stanu wojennego w zakładach pracy rozpoczęły się strajki okupacyjne. Do stłumienia buntów władza użyła siły. Na ulice miast wyszły oddziały milicyjne z ostrą amunicją.
    16 grudnia w kopalni „Wujek” w Katowicach pluton specjalny ZOMO zabił dziewięciu strajkujących, a wielu ranił.
    NSZZ „Solidarność” została rozbita.

    Czas biegł szybko. Jako młodemu partyjniakowi było mi wstyd, że stałem po tej stronie barykady, gdzie coraz częściej leciały kamienie rzucane rękami robotników.
    Żyjąc w nieustannym napięciu, niemal każdego dnia rozmawialiśmy z ojcem o tym, co dalej będzie z naszą ojczyzną? Tata był pewien, że dojdzie do narodowego nieszczęścia. Nie bardzo rozumiałem, co miał na myśli.
    – Powiem krótko – odezwał się kiedyś wieczorem – jak w nasze sprawy wmiesza się Związek Radziecki, to będzie tragiczna powtórka tego, co działo się na Węgrzech i w  Czechosłowacji – widząc moją zdziwioną minę dodał: – Nie wiesz, o czym mówię, tak? Chłopaku, czego oni was uczyli w tej szkole?! Kłamstw was uczyli, komuniści przeklęci! – krzyknął, ale zaraz ucichł. Spojrzał na drzwi. – Ruskie napadli na jednych i drugich, kiedyś ci o tym opowiem. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jak ruszą i na nas, to my ruszymy na nich i krew się poleje. A Ameryka wypnie się na Polskę. Alfred, dla własnego bezpieczeństwa, oddaj czerwoną legitymację! – znowu podniósł głos, aż matka musiała go uciszyć.
    – Józef, opanuj się. Chyba nie chcesz, żeby cię zamknęli? – przestrzegła.
    – A niech przychodzą i zamykają, mam to w nosie – mówił zaciągając się papierosem. – Robotnicy i beze mnie zrobią porządek w kraju. Na początek powieszą paru zatwardziałych partyjniaków… Dalej tak być nie może!
     Przerażało mnie to, co usłyszałem. Może i oddałbym legitymację, ale nie do końca podzielałem zdanie ojca. Żeby jednak niepotrzebnie go nie denerwować, powiedziałem, że zastanowię się nad dalszą przynależnością do partii. Pojęcia nie miałem dlaczego, ale wciąż jeszcze wierzyłem w uczciwość, patriotyzm i słuszne intencje towarzyszy z Warszawy.
   
    Nie mogłem jednak nazajutrz porozmawiać z towarzyszami w fabryce, ponieważ po dłuższym okresie nie najgorszego samopoczucia znowu zaczął się problem z moją psychiką. Z rana wybrałem się do psychiatry. Ciągle miałem mu za złe, że nie potrafił wytłumaczyć przyczyny moich okresowych depresji. Za każdym razem, gdy opuszczałem gabinet, zadawałem mu to samo pytanie:
    – Kiedy pan mnie wreszcie wyleczy?
    – Z taką chorobą niełatwo sobie poradzić, to nie wyrostek robaczkowy – odpowiadał nerwowo. – Psychozy wciąż są zagadką dla medycyny. Twoje zaburzenia, wahania charakteru albo mówiąc ogólnie osobowości, mają niewątpliwie swe źródło w dzieciństwie. Nie mogę nie wspomnieć o twoich młodzieńczych zabawach seksualnych, o których wielokrotnie opowiadałeś. Na dobre ci to nie wyszło. Możliwe, że nadal to robisz. – Aż się wzdrygnąłem, bo miał rację. – Lejek, jeśli tak jest, to weź się ostro za siebie, popracuj nad sobą. Seksualne imaginacje mogą całkowicie rozregulować twoją psychikę. Robię, co mogę, ale w tym wszystkim dużo zależy od ciebie. – Łatwo ci się mówi, fachowcu zakichany, pomyślałem. Lekarz tradycyjnie na koniec poczęstował mnie papierosem i wyrecytował znaną mi na pamięć formułkę: – Nie niszcz bardziej psychiki, pomyśl o uprawianiu sportu, graj w piłkę, kładź się do łóżka zmęczony. Nie bierz do rąk zdjęć nagich babek, w telewizji nie oglądaj scen miłosnych i jak najszybciej rozejrzyj się za dziewczyną…
    – … ona wyleczy cię ze wszystkiego – dokończyłem za niego.
    – Dokładnie tak. Skąd to wiesz? – udawał głupiego, zawsze parskając przy tym śmiechem i podając mi wcześniej wypisane zwolnienie.
    Podczas kolejnej wizyty, gdy wręczył mi druk L-4 i zaczął mnie żegnać wyświechtaną radą, nie wytrzymałem. Chwyciłem za popielniczkę i już miałem rzucić w konowała, gdy zniknął mi z oczu. – Gdzieś się schował, nieudaczniku?! – zawołałem.
    – A kuku, tu jestem!
    Spojrzałem w prawo, stał za szafą i celował we mnie z… pistoletu!
    – Wynocha albo zastrzelę!
    Przerażony rzuciłem się do ucieczki.
    Nazajutrz specjalista odwiedził mnie w domu, przeprosił za głupie zachowanie, później otworzył torbę, wyjął pistolet.
    – To zwykły korkowiec, noszę go już z dziesięć lat, sam nie wiem po co? – wyznał i położył na stole kilka banknotów. – Weź, kup sobie coś. Proszę jednak, abyś nikomu nie mówił o tym, co wczoraj zaszło w gabinecie.
    Sięgnąłem po pieniądze. – Ma się rozumieć... 

    Do pracy wróciłem w połowie stycznia 1982 roku. W kraju i mojej fabryce działo się coraz gorzej. W domu też panowała wisielcza atmosfera, gdyż ojcu groziło zwolnienie z pracy. Jakby tego było mało, na początku lutego pojawiły się u mnie początki paranoi.
    – Miejmy nadzieję, że to chwilowe – pocieszył mnie psychiatra i przepisał całą masę tabletek.
    Mój stan psychiczny powodował, że w pracy i w domu wymyślałem najróżniejsze historie i opowiadałem je z takim przekonaniem, iż często brano je za prawdziwe. Najoryginalniejsza dotyczyła wyjazdu na… Kubę.
    – Mamo, tato, wasz syn wyjeżdża za granicę, na Kubę! Wysyła mnie tam partia – oświadczyłem któregoś popołudnia i dla podkreślenia wagi moich słów wyjąłem legitymację i głośno ją pocałowałem.
    – Synu, już nam opowiadałeś różne dziwne rzeczy, ale ta przerasta wszystkie. Coraz gorzej z tobą… – pierwsza odezwała się matka. – Tyle pieniędzy wydaliśmy już na twoje leczenie, ten psychiatra złupił nas do cna, a poprawy jak nie było, tak nie ma – utyskiwała.
    Ojciec chwilę mi się przyglądał, w końcu rzekł: – A ja myślałem, że już się wypisałeś z tej czerwonej bandy.
    – Uważaj, co mówisz, za takie słowa możesz zostać aresztowany! – odparłem zdecydowanie.
    – Matko Boska, własnemu ojcu grozi! Całkiem mu rozum odebrało! – rozpaczała mama.
    Jej łzy wyrwały mnie z jakiegoś dziwnego otępienia. Powiedziałem pospiesznie: – Jak partia każe, to muszę jechać – kontynuowałem nie pojmując, dlaczego mówię takie rzeczy. – Niedługo wyjadę, będziecie mieli święty spokój… W Hawanie czekają na mnie kubańscy towarzysze, razem będziemy budować socjalizm.
    Matka przeżegnała się kilka razy, ojciec natomiast nalał sobie pół szklanki wódki i wypił jednym haustem. – Trzeba będzie… porozmawiać z tym twoim znachorem… przecież ty już nie wiesz… co mówisz – wycedził z trudem i jak zwykle sięgnął po papierosa.
    Nagle jakby coś dotarło do mojej świadomości. – Mamo, tato… tak mi przykro, że czasami nie wiem, co się ze mną dzieje… Bywają chwile, że wszystko mi się plącze… – zakończyłem i pobiegłem do pokoju.
    Następnego dnia, kiedy wróciłem z pracy, w której – jak zresztą większość zatrudnionych – spędzałem czas na chodzeniu z kąta w kąt, ponieważ produkcja stała, ojciec niespodziewanie zapytał:
    – Synu, jak to możliwe, że wciąż trzymają cię w fabryce, zamiast skierować na komisję lekarską, która – moim zdaniem – na pewno przyzna ci rentę?
    Odpowiedziałem, że też jestem zdziwiony tym faktem, tym bardziej, że właściwie nie ma dnia, żebym się czymś nie p o p i s a ł.
    Na szczęście po paru dniach stan mojej psychiki poprawił się. Stało się tak na pewno dlatego, że sytuacja w fabryce polepszyła się, dostaliśmy surowce do produkcji. Wróciłem do domu spokojniejszy, co od razu zauważyli rodzice. Przy obiedzie wyjaśniłem im przyczynę dobrego samopoczucia.
    Nazajutrz nie omieszkałem powiadomić o tym psychiatrę, który kazał o połowę zmniejszyć dzienną dawkę leków.
    Rodzice wreszcie odetchnęli, w domu zapanowała lepsza atmosfera. Wszystkim nam sił dodał też fakt, że ojca – przynajmniej na razie – nie zwolnią z zakładu. Czułem się lepiej i powoli zacząłem sobie też radzić z moim wstydliwym nałogiem. Za radą psychiatry unikałem gazet, w których mogłem natrafić na roznegliżowane zdjęcie kobiety. Jeśli natomiast chodzi o telewizję, to tu akurat nie musiałem specjalnie mieć się na baczności, bowiem wieczorny program wypełniały głównie filmy radzieckie, a w nich nigdy nie pokazywano rozebranej aktorki.
    Jednak po kilkunastu dniach, w sobotę, znowu nie wytrzymałem. Wszystko przez przypadkowe wspomnienie, w którym po długim czasie pojawiła się Iga. Oczywiście ta ze snu.
    W niedzielę od samego rana czułem do siebie taką nienawiść i wstręt, że postanowiłem, po latach przerwy, pójść do spowiedzi. Gdy na koniec wyznałem najcięższy grzech, ksiądz tak energicznie odwrócił głowę w moją stronę, że aż się wystraszyłem. Mało tego, przykleił twarz do podziurkowanej ścianki, niewątpliwie chciał mnie rozpoznać. Natychmiast lekko się odsunąłem, spuściłem głowę. Czekając na słowa wielebnego, słyszałem bicie własnego serca. Przeciągająca się cisza działała mi na nerwy. Czemu nic nie mówi? Już miałem wstać i odejść, gdy usłyszałem:
    – Ile masz lat?
    – Prawie dwadzieścia trzy... – ostrożnie uniosłem głowę. 
    – W tym wieku… to jakby normalne… ale bardzo grzeszne – mówił z przerwami, ale za to głośno i oderwał twarz od ścianki, patrzył przed siebie. Obawiając się, że ktoś stojący przed konfesjonałem usłyszy, z czego się spowiadam, poprosiłem, by mówił ciszej. – Ja ci dam ciszej, grzeszniku! – zirytował się. – Powinienem wyciągnąć cię na środek kościoła i pokazać wszystkim, jaki to z ciebie chrześcijanin. Zostawmy to… Żebyś mi tego od dziś nie robił! Pan Bóg przecież wszystko widzi. Nie wstyd ci?
    – Wstyd… i to nawet bardzo… – wyznałem ze skruchą. – Przyszedłem do spowiedzi, bo nie chcę już więcej tego robić…
    – To dobrze, że tak mówisz. Widać, że jeszcze do końca szatan cię nie opętał, że twoja dusza nie całkiem stracona. Młodzieńcze, musisz żarliwie się modlić. Tylko wówczas opuści cię nie tylko sam grzech, ale nawet grzeszne myśli. Te rzeczy można robić tylko po ślubie, z żoną – urwał i chrząknął. – Może czas się ożenić? Pamiętaj, że Pan Bóg błogosławi każdemu małżeństwu, które przepełnione miłością miłuje się w łóżku. I zawsze będzie błogosławił owoc ich miłości. W twoim wieku już wypada mieć żonę…
    – Jakoś dotąd żadna mnie nie chce… – wtrąciłem z zażenowaniem. – Brzydki jestem, nieśmiały, ze zdrowiem też nie najlepiej…
    – Posłuchaj, grzeszniku, a jak robisz to pod pierzyną albo w innym miejscu, to śmiałości ci nie brakuje? – spytał arogancko.
     – Jakoś nie…
    – Powiedziałem, módl się gorliwie, a Opatrzność ci pomoże. I szukaj kobiety, która zostanie twoją żoną.
    – Proszę księdza, będę się starał, ale co mam zrobić, jak znowu mnie… 
    – Odrzucaj od siebie szatańską pokusę. Gdy cię weźmie, módl się wtedy, proś Pana Boga o pomoc… – wtrącił spowiednik.
    – A jak to nie pomoże?
    – Jest jeden stary, wypróbowany sposób… Posłuchaj uważnie – odwrócił głowę w moją stronę, poczułem jego oddech – jak cię znowu najdzie ta pokusa, zwiąż sobie ręce, najlepiej  z tyłu… – przerwał nieoczekiwanie, chrząknął raz i drugi. Nie wierzyłem własnym uszom. Chyba sobie kpi ze mnie. – Wiem, że to trudne, ale może sobie poradzisz. A jak nie, to poproś kogoś, komu możesz zaufać, bo ktoś przypadkowy może cię wziąć za… no wiesz…
    – Za wariata – dodałem.
    – Można to i tak określić. Za pokutę, przez miesiąc odmawiaj Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Teraz bij się w piersi…
    Co za osioł z tego księdza, powtarzałem w kółko w drodze do domu, mam sobie wiązać ręce! Chyba jego o to poproszę!
    Wieczorem odmówiłem pokutę. Ale na niewiele to się zdało, ponieważ jakieś pół godziny przed snem ogarnęła mnie pokusa. Przyczyna była zgoła prozaiczna.
    Przechodziłem akurat z łazienki do swego pokoju, gdy usłyszałem jak ojciec powiedział do matki: – Zapamiętaj, prawda jest naga.
    Słowo naga wystarczyło, żebym puścił wodze wyobraźni. Przed oczyma stanęło mi zdjęcie rozebranej babki, które wczoraj zauważyłem na stoliku kierownika. Siedząc na łóżku wiedziałem, że już się nie uwolnię od pokusy. Raptem przypomniałem sobie wielebnego i jego radę, wyciągnąłem pasek ze spodni, wpadałem do kuchni i prostując ręce zawołałem:
    – Tato, wiąż, wiąż mi ręce!
    – Alfred, znowu cię napadło?! – krzyknął. – Dlaczego mam to robić?!
    Widząc, że nic z nim nie wskóram, podszedłem do matki.
    – Natychmiast zwiąż mi ręce!
    Wbiła we mnie wzrok i załamawszy ręce przyklęknęła. – Jezuniu kochany, stało się! Już po Alfredzie! – i rozpłakała tak głośno, że na pewno było ją słychać na całej klatce schodowej.
    Przerażony chwyciłem kurtkę, włożyłem buty i wybiegłem z bloku, a stąd do pobliskiego lasku. Wycieńczony, usiadłem pod drzewem i zacząłem szlochać. Gdy się wreszcie uspokoiłem, pomyślałem o moim zachowaniu. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że moja choroba pogłębiała się.
    Wróciłem do domu, rodzice nadal siedzieli w kuchni. Przeprosiłem ich. Obiecałem, że jutro pójdę do psychiatry i opowiem o wszystkim. 
    Będąc już w łóżku, długo wpatrywałem się w sufit rozjaśniony słabym światłem przyblokowej latarni. Myślałem o jednym, że nie na darmo kiedyś w szkole, a teraz w „Glebie” mówiło się za moimi plecami, że ze mną coś nie tak. Wszyscy na pewno mają mnie za durnia, tylko nikt nie mówi mi tego w oczy. Nagle zacząłem się zastanawiać, dlaczego przy tylu zwolnieniach lekarskich i moim konfliktowym charakterze dotąd mnie nie zwolniono? Hm, pewnie dlatego, wykoncypowałem, że w ciągu kilku ostatnich miesięcy zgłosiłem najwięcej wniosków racjonalizatorskich, które – według mnie – były interesujące.
    Ot, chociażby dziesięcioskibowy pług, dodatkowo wyposażony w zbieracz określonej wielkości kamieni zalegających na polu, z wykorzystaniem ich jako budulca, czy zdalnie kierowany rozsiewacz nawozów mineralnych najbardziej szkodliwych dla zdrowia. Oczywiście, nie wszystkie wnioski się podobały, absolutnie zdecydowaną większość komisja odrzuciła, nazywając je „Lejkowym szczytem głupoty”. Nie rozumiałem, dlaczego ponad dziewięćdziesiąt procent moich pomysłów nie jest akceptowanych? Po wielu przemyśleniach znalazłem odpowiedź: inżynierów zasiadających w komisji najzwyczajniej w świecie zżerała zawodowa zazdrość. Większość z nich, jak zdążyłem się zorientować, nigdy nie wymyśliła nawet jednej najprostszej rzeczy, która usprawniłaby produkowane u nas maszyny czy urządzenia.
    Patrzyłem w sufit i dumałem dalej. Niewiele było we mnie rzeczy, które w pełni akceptowałem, mogłem je policzyć na palcach jednej ręki. Bez wątpienia jednak najbardziej ceniłem w sobie upór i odporność na wszelką krytykę. Myślę, że właśnie dzięki temu nie zrażałem się negatywnymi opiniami inżynierów. Po odrzuceniu mojego wniosku racjonalizatorskiego niemal natychmiast szukałem kolejnego, nowego rozwiązania. Na szczęście pomysłów mi nie brakowało. W pewnym okresie miałem ich tyle, że gdy komisja odrzuciła jeszcze ciepły projekt, już następnego dnia przynosiłem kolejny.
    Apogeum wynalazczości osiągnąłem na przełomie 1982 i 1983 roku, w ciągu kilku miesięcy przedłożyłem ponad pięćdziesiąt wniosków. Do dziś nie mogłem pojąć, dlaczego wszystkie zostały zignorowane? Tak, bez wątpienia w grę wchodziła zazdrość. Inżynierowie przecież nie mogli dopuścić do tego, aby wyszło na jaw, że przy ich indolencji zawodowej jakiś tam technik co rusz zasypuje komisję ciekawymi pomysłami.
    Kilka razy poszedłem na skargę do sekretarza zakładowego PZPR, ale nic to nie dało. Przyciśnięty do muru towarzysz Komarowski odpowiadał, że w kwestii wynalazczości i racjonalizacji niewiele może zrobić. Po pierwsze dlatego, że jest od spraw partyjnych, a po wtóre, skończył tylko zawodową szkołę i nie czuje się na siłach, by dyskutować z komisją. Podpowiedział, żebym udał się z tym do dyrektora Januarego Koślewicza. Tak też zrobiłem. Niestety, on też rozłożył ręce twierdząc, że komisja składa się z samych autorytetów i jest suwerenna. Opuszczając gabinet, usłyszałem: – Któryś z inżynierów mówił mi, że w tym, co towarzysz wymyśla, jest za dużo abstrakcji!
    Fakt, czasem sam w duchu przyznawałem, że niektóre moje propozycje nie zostały do końca przemyślane. Tak chociażby było ostatnio, kiedy to zaproponowałem kultywator na poduszkach powietrznych, chcąc w ten sposób – używając energii elektrycznej jako głównego napędu – zmniejszyć zużycie paliwa, którego deficyt był coraz bardziej odczuwany nie tylko w fabryce. Już po kilku minutach rozmowy usłyszałem, że to co przyniosłem, to „science fiction”. Takiego określenia użył szef opiniującego, nieprzychylnego mi zespołu.
    Dlaczego więc, będąc niezbyt przydatnym pracownikiem, wciąż pozostawałem na etacie? Być może sekretarz zakładowy PZPR wciąż wierzył, że wyrosnę na rasowego działacza. Wielokrotnie napomykał o tym w rozmowie ze mną. Nie bez znaczenia było też  to, co na jednym z ostatnich zebrań partyjnych powiedział dyrektor January Koślewicz:
    – Towarzysze, wiem, że młody towarzysz Alfred Lejek wzbudza wiele kontrowersji, szczególnie jako, tak to określę, notoryczny wynalazca. Byłbym jednak ostrożny w ferowaniu pospiesznych, często krzywdzących go opinii. Tacy jak on szaleńcy, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, są potrzebni fabryce! Wiem, towarzysz Lejek często wymyśla rzeczy, które irytują komisję odpowiedzialną za wdrażanie wszelkich technicznych nowości. Zgoda, przy tak licznych innowacjach na pewno zdarzają się nieporozumienia. Ale, proszę szanownych towarzyszy, nie można wykluczyć, że któregoś dnia nasz technik wpadnie na genialny  pomysł i przedstawi wniosek racjonalizatorski, który zrewolucjonizuje nie tylko nasz zakład, naszą produkcję, ale wstrząśnie całą polską gospodarką rolną! Towarzysze, chciałbym zakończyć mocnym akcentem – uważnie rozejrzał się po sali – nie od dziś wiadomo, że tylko tacy nietuzinkowi ludzie pchają świat do przodu!
         
    – Alfredzie Lejek, jesteście pracowici, ambitni, na wskroś przesiąknięci patriotyzmem i, na swój sposób, zdolni – usłyszałem w połowie 1984 roku od Ignacego Komarowskiego, sekretarza zakładowego. – Zatem informuję was, że po długich rozmowach, najpierw z towarzyszem Patałachem, później z towarzyszami Ciuliszkiewiczem i Koślewiczem, uznaliśmy, że trzeba was wykształcić na inżyniera. – Niewiele brakowało, a spadłbym z krzesła. Nigdy nie spodziewałbym się, że może spotkać mnie coś takiego! – Widzę, że  bardzo was zaskoczyłem...
    – Towarzyszu sekretarzu… w życiu nie pomyślałbym, że mogę zostać studentem… – odezwałem się wzruszony.
    – Dla partii nie ma rzeczy niemożliwych – stwierdził Komarowski i podszedł do okna, skłonił się komuś, a odwracając się do mnie rzekł: – Od razu zaznaczę, że nie będziecie się uczyć na studiach zaocznych, tylko na normalnych, dziennych. Roboty w fabryce nie ma, to dajemy wam szansę. W trójkę… we czwórkę, bo przecież nie mogę zapominać o towarzyszu Patałachu, doszliśmy do wniosku, że pomimo najróżniejszych zawiei w „Glebie”, wy – przy nękających was chorobach – daliście robotnikom przykład zawodowej determinacji i odpowiedzialności za zakład, czyli również za ojczyznę. – Otworzyłem szeroko oczy, gdyż nie bardzo rozumiałem, o czym sekretarz mówi. – Mimo iż często sami potrzebowaliście wsparcia w fabryce, którego z najróżniejszych, przeważnie obiektywnych powodów nie otrzymaliście, was to nie zrażało. Obserwowaliśmy towarzysza, ocenialiśmy – Komarowski usiadł. – Niejednokrotnie kiwaliśmy głowami ze zdumienia, że mimo młodego wieku i niedługiego stażu w partii tak dobrze sobie radzicie. Częstokroć wyśmiewani przez wyższe kadry techniczne, szczególnie przez inżynierów z komisji racjonalizatorskiej, znajdowaliście siły, by nieść pomoc innym, od fachowych podpowiedzi aż po dzielenie się śniadaniem, wszak i taki przypadek został odnotowany. I, co bardzo istotne, nie odtrącaliście robotników niezrzeszonych w PZPR-ze. Pewnie o tym nie wiecie, ale te koleżeńskie gesty, jak najbardziej wynikające z filozofii partii, zostały dostrzeżone i wysoko ocenione zwłaszcza przez tych, którzy wahali się z wstąpieniem w nasze szeregi. – Coraz bardziej gubiłem się w monologu sekretarza, ale patrząc mu w oczy, udawałem, że wszystko jest dla mnie jasne. – To na pewno dzięki wam, towarzyszu Lejek, dzięki waszemu właściwemu oddziaływaniu na załogę, nie dalej jak wczoraj usłyszałem, że kilkunastu młodych robotników poprosiło o deklarację, a to oznacza, że lada dzień powiększą się szeregi naszej organizacji – Komarowski przerwał wreszcie i pierwszy raz poczęstował mnie carmenem. Ostatnio rzadko sięgałem po papierosa, ale podniecony sytuacją zapaliłem z przyjemnością. – Postanowiliśmy, że mimo problemów osaczających fabrykę – kontynuował partyjny zwierzchnik – zapłacimy za akademik, kupimy też podręczniki. Istotne w tym wszystkim jest także i to, że na wniosek towarzysza Ciuliszkiewicza poparcia udzielił wam towarzysz Ildefons Patałach. Miejski sekretarz   obiecał dać ze swojej puli część pieniędzy na waszą edukację. Obaj towarzysze, również dyrektor i ja uznaliśmy, że należy w was zainwestować! Alfred – niespodziewanie przeszedł na ty – musisz tylko dobrze się uczyć, by nas nie zawieść – wstał, położył mi rękę na ramieniu. – Mój niezawodny partyjny instynkt mówi mi, że za cztery lata wrócisz do nas jako inżynier. Aha, jeszcze jedno, dość ważne: o egzaminy się nie martw. Towarzysz Ciuliszkiewicz ma świetne kontakty z towarzyszem rektorem, który zresztą pochodzi z Sarwera.
    Byłem tak szczęśliwy, że przez chwilę nie mogłem wypowiedzieć słowa. W końcu jednak ochłonąłem i serdecznie podziękowałem Komarowskiemu. Obiecałem też, że nie omieszkam przy najbliższej okazji zrobić to samo w stosunku do towarzyszy Patałacha i Ciuliszkiewicza. Gdy opuszczałem gabinet, sekretarz poprosił, abym naszą rozmowę zachował dla siebie. – Tak będzie najrozsądniej. Im mniej pracowników będzie o tym wiedziało, tym lepiej dla ciebie i dla partii.
    Rodzicom odjęło mowę, gdy po powrocie z pracy oznajmiłem, że będę studiował i prawdopodobnie za kilka lat zostanę inżynierem. Stałem koło kredensu i bębniąc palcami po blacie czekałem, aż dojdą do siebie. Pierwsza, zalewając się łzami, uściskała mnie mama.
    – Przejdziesz do rodzinnej historii jako pierwszy inżynier Lejek. Szkoda tylko, że idziesz na studia przez partię, a nie normalnie, jak to się idzie po maturze – oschle powiedział ojciec, ale też mnie objął i, ku memu największemu zaskoczeniu, pocałował w czoło. – Będziesz kimś, synu.
     
    Na początku września 1984 roku złożyłem dokumenty na Politechnikę Gdańską i po zdaniu egzaminów – pytania dzięki Ciuliszkiewiczowi dostałem kilka tygodni wcześniej – od października rozpocząłem studia.
    Na uczelni, mimo że niewiele się uczyłem, szło mi nieźle. Niemal po każdym egzaminie, podczas którego tradycyjnie niewiele miałem do powiedzenia, z niedowierzaniem wpatrywałem się w indeks na korytarzu, jakimś c u d e m zaliczałem przedmiot za przedmiotem!
    Tajemnica moich pozytywnych ocen wydała się podczas pierwszych wakacji. Żeby wspomóc rodziców finansowo, podjąłem pracę na pół etatu w „Glebie”. Któregoś dnia  Ignacy Komarowski wezwał mnie do siebie i zapytał o studia. Odpowiedziałem uczciwie, że radzę sobie kiepsko, że nauka przychodzi mi z trudem. – Towarzyszu sekretarzu, nie będę ukrywał, że bardzo mnie zaskakują pozytywne wpisy do indeksu – dodałem jednym tchem.
    – Studencie Alfredzie, pozytywne oceny same z nieba nie spadają, załatwia to Ciuliszkiewicz – wyjaśnił gładząc dłońmi włosy. – Damazy i ja dobrze wiemy, że masz kłopoty na uczelni. Musimy trzymać rękę na pulsie, żebyś jakoś przebrnął przez następne  lata. Na pewno dobrze zrobiłeś, zapisując się w drugim semestrze do ZSMP. Wiem, że Ciuliszkiewicz wybiera się w październiku służbowo do Gdańska, znajdzie też czas na spotkanie z rektorem, pomówią o tobie. Nie zmienia to jednak faktu, że od nowego roku musisz wziąć się w karby, przyłożyć do nauki. Partia będzie ci pomagać, jednak czegoś musisz się nauczyć jako przyszły inżynier mechanik. Jeśli wrócisz do nas niedoedukowany, pewni inżynierowie, którzy nie darzą cię sympatią, szybko się na tym połapią i będą śmiać się z ciebie – postraszył Komarowski. Zapewniłem, że dołożę wszelkich starań, by nie zawieść pokładanych we mnie nadziei.
 
    Nie wiem, jak to się stało, ale na drugim roku, w grudniu, gdy wróciłem na politechnikę po dwutygodniowej kuracji w szpitalu (znowu wróciły problemy ze zdrowiem), ku memu przeogromnemu zaskoczeniu wybrany zostałem… przewodniczącym uczelnianego koła Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Domyślałem się, że na pewno w tym wszystkim maczali palce Ciuliszkiewicz i rektor.
    Niemal z dnia na dzień zaczęto o mnie pisać w gazecie studenckiej i lokalnej prasie, zapraszano do radia i telewizji, gdzie przedstawiany byłem jako „zdolny i ambitny działacz zetesempowski”. Nie zapominano dodać, że mimo młodego wieku byłem już kilkuletnim członkiem PZPR w sarwerowskiej fabryce.
    Wszystko to było bardzo miłe, ale cały ten szum wokół mojej osoby szybko zaczął mnie męczyć. Tym bardziej, że – jak zauważyłem – większość członków organizacji niemal od pierwszej chwili, gdy zostałem przewodniczącym, patrzyła na mnie nieufnie. Hm, ciekawe z jakiego powodu? Postanowiłem trochę odpocząć od uczelnianej atmosfery. Pod koniec stycznia poszedłem na zwolnienie lekarskie i na tydzień opuściłem Gdańsk.
    Rodzice ucieszyli się z niespodziewanych odwiedzin. Już od progu zasypali mnie pytaniami, najczęściej powtarzane brzmiało: czy radzę sobie z nauką? Odpowiadałem zdawkowo, że nie jest źle. Kłamałem, ale nie widziałem najmniejszego sensu w tym, by powiedzieć prawdę: że studentem jestem wyłącznie dzięki partii i znajomości Ciuliszkiewicza z rektorem.    
    Gdy po jakimś czasie usiedliśmy do stołu, postanowiłem uprzedzić kolejne pytania rodziców i oznajmiłem, że teraz jestem kimś na politechnice, bo niedawno wybrano mnie przewodniczącym Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Prawie w ogóle ich to nie zainteresowało. Jedząc zrobione przez matkę gołąbki, stwierdziłem w duchu, że nie powinienem być zaskoczony brakiem reakcji. Mamę przecież te sprawy nigdy specjalnie nie obchodziły, a znając stosunek ojca do komunistów, trudno było spodziewać się u niego entuzjazmu dla mojej politycznej kariery.   
    Podczas każdego pobytu w Sarwerze odwiedzałem towarzyszy Komarowskiego i Ciuliszkiewicza, dyrektora zdecydowanie rzadziej, sam nie wiem dlaczego. 
    Tym razem obu partyjniaków spotkałem późnym popołudniem w Komitecie Miejskim. Patałach poszedł na urlop i sprawy miejskiej organizacji prowadził właśnie Ciuliszkiewicz. Po krótkim, ale miłym powitaniu zapytałem towarzyszy o zdrowie i o nastroje w partii dodając, że w mojej organizacji są one nie najlepsze. – Studentom marzy się zachodnia demokracja… cha! cha! cha! – roześmiałem się trochę sztucznie.
    – Widzę, że studentowi wesoło… – zaczął Damazy Ciuliszkiewicz i spojrzał na mnie uważnie. –Partia, towarzyszu, ma się dobrze, może nawet bardzo dobrze – zerknął na Komarowskiego. – Z pomocą wojska i milicji rządzimy na całym froncie. Chociaż, nie będę ukrywał, niepartyjni są do nas wrogo nastawieni. Gdyby tylko było to możliwe, ta część mieszkańców Sarwera skoczyłaby nam do gardła. Nie ich doczekanie…
    – Trzeba przyznać, że sytuacja w kraju jest kiepska – wtrąciłem nieopatrznie i zaraz tego pożałowałem.
    – Takie uwagi schowaj dla siebie! – wrzasnął Ciuliszkiewicz zrywając się z fotela.
    Przeprosiłem, ale jego reakcja mnie zaskoczyła. Komarowski, by ratować sytuację, zaczął się głośno zastanawiać, czy nie powinienem na okres studiów zawiesić członkostwa w PZPR? – Mówię o tym dlatego, ponieważ niektórzy zakładowi działacze mają mi za złe, że jesteś tak zwanym martwym członkiem.
    – A co fabrycznym towarzyszom do tego?! – niespodziewanie w mojej obronie stanął Ciuliszkiewicz. – Niech chłopak trzyma legitymację, nigdy nic nie wiadomo!
    Nie wiedziałem, co miał na myśli mówiąc: nigdy nic nie wiadomo. Dopiero chwilę później, gdy na stoliku pojawiła się wódka, dowiedziałem się, że w razie interwencji ZSRR „ten dokumencik może się bardzo przydać”.
    Chyba przy trzeciej kolejce Komarowski niespodzianie zapytał mnie o zdrowie.
    – Jest zdecydowanie lepiej – odpowiedziałem szczerze. – Czasem, owszem, dopada mnie kryzys, wtedy biorę tabletki i jakoś daję radę.
    – Świetnie. Wiesz przecież, że postawiliśmy na ciebie, nie możesz zawieść Patałacha, Ciuliszkiewicza, dyrektora, mnie, partii i załogi. Na ucho ci powiem, że odkąd poszedłeś na studia, ciągle dostaję anonimy, wszystkie o podobnej treści… Jakiś drań ciągle pyta, jak to się stało, że na uczelnię posłaliśmy chorego psychicznie?
    – Kanalie zawsze się znajdą! Za naszego przyszłego inżyniera! – zaproponował towarzysz Damazy.
    Gdy wypiliśmy, postanowiłem poruszyć temat egzaminów. – Jeśli mogę, to w tej chwili chciałbym z całego serca podziękować towarzyszowi Ciuliszkiewiczowi za pomoc… Za to, że mimo kłopotów z nauką otrzymuję pozytywne oceny – wstałem i mocno uścisnąłem dłoń zastępcy sekretarza Komitetu Miejskiego.
    – Co za wzruszający moment… Podziękowanie przyjmuję, miło mi je słyszeć, ale nie zawracaj sobie głowy takimi pierdołami, Lejek. W twoim przypadku nie profesor stawia stopnie, lecz partia.
       
    Po tęgiej popijawie, gdy wracałem do domu zygzakiem, nie mogłem sobie darować, że nie powiedziałem towarzyszom o czymś, co było moim niewątpliwym sukcesem, nie mniejszym niż studiowanie i przynależność do PZPR i ZMS. Chodziło o wstydliwą rzecz, z którą chyba ostatecznie się uporałem.
    Niestety, wciąż nie chodziłem z żadną dziewczyną. Jeśli nawet któraś namawiała mnie na randkę, a z chwilą, gdy zostałem przewodniczącym, stało się to nagminne, pod byle pretekstem odmawiałem. Być może dlatego, że chyba wciąż kochałem Igę. Ale może nie tylko…




Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



autor:gres edycja:gres wyświetleń: 2042

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany!


komentarze:

Artykuł nie został jeszcze skomentowany.

 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski