Łukta-City 


login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Zapraszamy do galerii zdjęć "Łukta Dawniej".



11 Października 2011, godz: 23:50

Ćwokowampiria - fragment 4


IV

    Wróciłem na politechnikę i z marszu zabrałem się za sprawy zetesempowskie oraz egzaminy, bowiem kończyła się zimowa sesja.
    W ciągu tygodnia miałem przynajmniej cztery zebrania ze studentami zrzeszonymi w ZSMP, na których omawialiśmy tezy kolejnego zjazdu PZPR, a także oceny pierwszego semestru. Rektor wyznaczył mi do pomocy trzech magistrów i dwóch doktorów, którzy – o czym sami mi powiedzieli – podobnie jak ja wszystko, co do tej pory osiągnęli, zawdzięczali partii.
    Po którymś zebraniu ogarnęły mnie wątpliwości związane z działalnością polityczną. Być może stało się tak dlatego, że coraz częściej doznawałem przykrości ze strony koleżanek i kolegów niezrzeszonych w ZSMP. Przy każdej okazji przezywano mnie „przydupem władzy”, „ślepym pachołkiem peerelu”, „czerwonym psem”, „ślepym durniem”, „komunistycznym nieukiem” oraz „matołem-karierowiczem”. Starałem się ignorować zaczepki, ale znosiłem je coraz gorzej.
    Pewnego dnia, gdy znowu dopadła mnie depresja, postanowiłem pójść do rektora i oświadczyć, że mam już dość przewodniczenia. Byłem już kilka metrów od gabinetu, gdy raptem zawróciłem. Przestraszyłem się konsekwencji takiego kroku. Przecież, rozważałem naprędce, studiowałem dzięki partii, towarzysze zafundowali mi politechnikę, a ja miałbym teraz tak im się odpłacić. Skoro partia dała mi indeks, to prawdopodobnie może też i odebrać, doszedłem do przekonania. Jak wtedy spojrzałbym w oczy towarzyszom z Sarwera?
    Na początku trzeciego roku rektor, profesor Arkadiusz Biorący, przyznał mi nagrodę pieniężną za dotychczasową działalność polityczną i… wyniki w nauce! Tego samego dnia awansowano mnie też na starszego kaprala podchorążego, chociaż na zajęciach wojskowych byłem tylko raz. Wszystko to jednak przywróciło mi wiarę w sens mojej politycznej misji i zmobilizowało do nauki, chociaż wciąż miałem ogromne problemy z przyswajaniem wiadomości. Na szczęście egzaminatorzy nadal byli dla mnie łaskawi.
    Rektor od dnia, w którym otrzymałem nagrodę, przy każdej okazji stawiał mnie za wzór innym studentom. Mówił zawsze to samo: – Gdybym miał więcej takich Lejków, moja uczelnia byłaby najlepsza w kraju!
   
    Na czwartym roku, ku wielkiej radości mojej, towarzyszy z Sarwera i rodziców, Biorący wytypował mnie na zagraniczny wyjazd.
    – Alfredzie Lejku, to nagroda za waszą wzorową pracę na uczelni, postawę polityczno-patriotyczną oraz dobre wyniki w nauce – mówił z uśmiechem. – Pojedziecie na kilka dni na Kubę, na Międzynarodowy Zjazd Socjalistycznych Organizacji Młodzieżowych. Waszą kandydaturę zaakceptował już sekretarz wojewódzki. Gratuluję! Winszuję uczelni oraz twojej fabryce, że wydała takiego towarzysza!
    Tydzień później byłem już na Kubie.
    Zjazd rozpoczął się w niedzielę. Po zakończeniu ośmiogodzinnej akademii w Pałacu Partii w Hawanie, zobaczyłem z bliska Fidela Castro, przywódcę kraju, który zadziwił mnie siedmiogodzinnym przemówieniem inaugurującym zjazd. Wystąpienie nosiło tytuł Socjalizm jako lekarstwo na wszystkie bolączki świata. Tekst, przetłumaczony na język polski, wzbudził we mnie entuzjazm. Szczególnie, gdy wczytując się w treść, trafiłem na akapit: Socjalizm, Towarzysze z całego świata, sprawi na pewno jedno: niedługo wszystkie socjalistyczne społeczeństwa, a więc i każdą socjalistyczną jednostkę, stać będzie prawie na wszystko! A jak już to wspólnie osiągniemy, dzięki przywódczej roli Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego i Jej Wielkiego Wodza, Leonida Breżniewa, to pójdziemy jeszcze dalej! Najdalej, jak tylko to będzie możliwe! W świetlaną przyszłość, gdzie socjalistyczni ludzie  będą mieli tyle wszystkiego, że już więcej nie będą chcieli, bo nie będą mieli gdzie pomieścić dóbr materialnych!
    Po ośmiu dniach wróciłem z Hawany na uczelnię z jeszcze większym przeświadczeniem, że socjalizm jest najlepszym systemem politycznym ze wszystkich, jakie dotąd wymyśliła ludzkość.
    Do ustroju i partii nie zniechęcały mnie wciąż docierające do moich uszu obraźliwe epitety koleżanek i kolegów niezrzeszonych w ZSMP. Czasem jednak wyprowadzony z równowagi ostrzegałem, żeby liczyli się ze słowami, bo wystarczy jedno moje kiwnięcie palcem i przestaną być studentami. Śmiali mi się wtedy w twarz i mówili:
    – Lejek, czy ty jesteś ślepy i głuchy? Nie widzisz, że dni twojej organizacji i partii są policzone? Daj sobie spokój z tym wszystkim. Polska niedługo odzyska wolność, a ty wciąż wierzysz w jakieś tam komunistyczne brednie.
    To chyba przez te codzienne scysje któregoś dnia puściły mi nerwy i spoliczkowałem dwóch studentów trzeciego roku, którzy mijając mnie na korytarzu, splunęli mi pod nogi. Wieść o zdarzeniu błyskawicznie rozniosła się po politechnice. Pół godziny później siedziałem już u rektora, opowiedziałem dokładnie, jak było. – Towarzyszu profesorze, ci dwaj sprowokowali zajście – zakończyłem.
    Następnego dnia prowodyrzy zostali skreśleni z listy studentów, a ja w oczach Biorącego urosłem do rangi bohatera, ponieważ – jak podkreślił – „z determinacją przeciwstawiłem się przeciwnikom ustroju”.
    Niestety, bohaterem byłem tylko dla niego. Studenci, zarówno zrzeszeni jak i nie, coraz częściej unikali mojego towarzystwa. Wymyślono kilka kolejnych inwektyw pod moim adresem, z których „kabel” i „podpierdalacz” nie należały do najbardziej obraźliwych. Czułem się coraz gorzej w murach uczelni. Jednak na przekór wszystkim i wszystkiemu postanowiłem, że do ostatniego dnia mojej edukacji w Gdańsku będę bronił socjalistycznych idei.
   
    21 czerwca 1988 roku szczęśliwie skończyłem studia. Trzy dni później wyjechałem  do Moskwy. Władze uczelni w nagrodę za najlepszą pracę dyplomową wysłały mnie na czterotygodniowe wykłady w Komitecie Centralnym KPZR na temat marksizmu i leninizmu.
    Nie spodziewałem się takiego wyróżnienia, podobnie zresztą jak i wysokiej oceny pracy, ponieważ z braku czasu (często wyjeżdżałem na spotkania zetesempowskie do innych uczelni, przekazywałem sprawy organizacji następcy) dokonałem plagiatu, za cichym zresztą przyzwoleniem rektora i dwóch profesorów.
    Po powrocie z ZSRR wpadłem na politechnikę. Spotkałem się z towarzyszem Arkadiuszem Biorącym, by podzielić się refleksjami z wyjazdu, odebrałem też dyplom i pożegnaliśmy się.
    Gdy pełen optymizmu wyszedłem z budynku, usłyszałem gwizdy. Rozejrzałem się, w kilku oknach zobaczyłem studentów… Przyspieszyłem kroku, wsiadłem do pierwszego lepszego autobusu, byle tylko jak najszybciej uciec od przeklętego miejsca, siedliska przeciwników ustroju! Skurwysyny, odważni się zrobili – rozmyślałem zdenerwowany, spoglądając na oddalające się miasteczko uniwersyteckie. Lepiej mnie nie prowokujcie, bo jeszcze mogę tu wrócić, a wtedy wam pokażę!
    Nieprzyjemne rozstanie z uczelnią zrekompensowali mi rodzice, którzy powiadomieni dzień wcześniej o moim powrocie czekali z kwiatami i wyjątkowo obficie zastawionym stołem. W moim pokoju ojciec napisał kredą na szafie: Serdecznie witamy naszego syna-inżyniera! Wzruszyłem się.
    Oj, tego dnia tęgo popiliśmy z tatą. Matka, co trochę mnie męczyło, przez długi czas siedziała obok mnie i nieustannie powtarzała, że nigdy nie przypuszczała, iż doczeka dnia, w którym jej jedynak zostanie uczonym.
    – Mamo, nie jestem żadnym u c z o n y m, tylko inżynierem – prostowałem.
    – Daj spokój, niech się nacieszy… Ja też jestem z ciebie dumny, że taki mądry… taki wykształcony wróciłeś do domu. No, zdrówko – ojciec podniósł kieliszek.
    Mądry i wykształcony, powtórzyłem w duchu. Oj, tatku, dobrze, że nie znasz prawdy.
 
    Kilka dni później zameldowałem się w fabryce. Dyrektorowi Januaremu Koślewiczowi podziękowałam za to, że dzięki niemu, Patałachowi, Ciuliszkiewiczowi i Komarowskiemu mogłem skończyć studia. Szef wstał zza biurka, uścisnął mi prawicę i powiedział, że jest ze mnie dumny.
    – Inżynierze Lejek, jesteście wyjątkową jednostką socjalistyczną w naszej fabryce –  rzekł patetycznie i usiadł. – Proszę też spocząć – wskazał na krzesło. – Zawsze, jak sobie przypominam, byliście ponad przeciętność. Nie sposób zapomnieć waszych wniosków racjonalizatorskich, którymi zarzucaliście komisję. To jednak już przeszłość. Teraz jesteście fachowcem najwyższej klasy, który – co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości – zacznie przekuwać w czyn zdobytą wiedzę.
    – Oj, towarzyszu dyrektorze, z tą wiedzą to byłbym ostrożny. Za wiele to się nie nauczyłem – odpowiedziałem natychmiast. – Jak pan dyrektor…
    – Tylko nie pan. Panowie to byli przed wojną… – zwrócił mi uwagę.
    – Rozumiem. Jak towarzysz dyrektor zapewne wie, na politechnice zajmowałem się głównie działalnością polityczną.
    – No no, nie bądźcie tacy skromni, czegoś tam zawsze was nauczyli przez cztery lata.
    Nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Po namyśle dodałem powściągliwie: – Naturalnie, czegoś się tam nauczyłem, na pewno przydam się fabryce.
    – A jak z waszym zdrowiem, nadal miewacie kryzysy?
    Nie spodziewałem się, że zapyta o to. Wbiłem w niego wzrok i rzekłem: – Dyrektorze, generalnie już od dłuższego czasu czuję się nieźle. Być może w Gdańsku sprzyjał mi klimat... Trudno jednak powiedzieć, jak będzie w Sarwerze.
    – Mówiąc o klimacie, macie na myśli polityczny?
    – Nie, miałem na myśli powietrze, jod… wilgoć.
    – Aaa… W ZSMP chyba ciężko nie było? – zapytał zmieniając temat.
    – Ze zrzeszoną młodzieżą dawałem sobie radę, gorzej było z tymi, którym nie podoba się socjalizm, zabrali mi sporo zdrowia – już świerzbił mnie język, żeby wspomnieć, jak zostałem pożegnany przez studentów, ale się powstrzymałem.
    – Cóż, nie wszyscy są z nami… Inżynierze, przez lipiec sobie odpocznijcie, poukładajcie swoje sprawy, a potem, od sierpnia, do dzieła! Muszę was jednak uprzedzić, że w fabryce i mieście sytuacja jest bardzo napięta… Nielekko nam, towarzyszom, ale  jeszcze jakoś się trzymamy.
    – Robotnicy, jak słyszałem od ojca, buntują się coraz bardziej – wtrąciłem.
    – To prawda. Wierzyć się nie chce, ale grożą nam, dyrekcji i partii, że niedługo wywiozą nas na taczkach i utopią w Kici! Do czego to dochodzi! – Koślewicz nie krył wzburzenia.
    – Nieprawdopodobne!
    – Sami się niedługo przekonacie.
    Po powrocie do domu nie mogłem się doczekać na ojca. Gdy wreszcie się zjawił, opowiedziałem o spotkaniu z dyrektorem i zapytałem, czy rzeczywiście sytuacja w Sarwerze  i zakładach pracy jest aż tak napięta. Nie od razu chciał rozmawiać, dopiero po obiedzie zawołał mnie do pokoju i powiedział, że brakuje tylko iskry, aby doszło do społecznych zamieszek.
    – Ludzie, robotnicy mają już dość tego przeklętego socjalizmu, co trzyma się już tylko dzięki armii i milicji – mówił cicho, jakby się czegoś bał. – Jednak każdy choć trochę myślący człowiek wie, że dni tego ustroju są policzone. Twojej partii zresztą też. Już prawie żaden robotnik nie wierzy towarzyszom.
    Patrzyłem na ojca i nie miałem najmniejszych wątpliwości, że mówi prawdę. Zdenerwowany wstałem i postanowiłem przejść się na miasto. Minąwszy blok, skręciłem jednak do pobliskiego lasu. Doszedłem do wniosku, że muszę w spokoju zastanowić się nad tym, co usłyszałem przed chwilą i wcześniej od dyrektora.
   
    W sierpniu wróciłem na dawne stanowisko, ale już po tygodniu awansowałem na zastępcę głównego inżyniera Wydziału Pługów. Zmieniono mi angaż, podniesiono pensję. Kilka dni później na zebraniu partyjnym zostałem drugim zastępcą sekretarza Komarowskiego. Na moją prośbę komisja zakładowa przydzieliła mi służbową kawalerkę w starym budownictwie. Uznałem, że najwyższy czas wyprowadzić się od rodziców. Słowem, miałem powody do satysfakcji. Jak na razie nic nie wskazywało na to, że w fabryce dzieje się źle. 
    Niestety, jak się wkrótce przekonałem, rzeczywistość w zakładzie nie napawała optymizmem. Produkcja na większości wydziałów niemal zupełnie stała. Każdego dnia dochodziło do kłótni między robotnikami a kierownictwem. Związkowcy z „Solidarności” strajkowali, domagając się podwyżek płac oraz – co mnie bardzo zaniepokoiło – usunięcia z fabryki wszystkich „towarzyszy-darmozjadów”, jak nas określali.
    Jeśli to jeszcze nie jest koniec świata, to naszej fabryki na pewno, myślałem przerażony. Gdzie ja wróciłem? O co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi? Byłem przekonany, że winę za cały bałagan w „Glebie” ponosili wrogowie socjalizmu – „wichrzyciele”, jak określił ich Ciuliszkiewicz.
    Po dwóch miesiącach zrozumiałem na dobre, że żyję i próbuję pracować w jakimś dziwnym, chorym świecie. Najchętniej wróciłbym do Gdańska, może znalazłbym tam pracę. Jednak gdy tylko przypomniałem sobie pożegnanie zgotowane przez studentów, odrzuciłem ten pomysł. Zresztą, jak słyszałem w telewizji i radiu, na Wybrzeżu sytuacja też była napięta. I to chyba bardziej niż w Sarwerze.
    Któregoś dnia jeden z tokarzy powiedział do mnie, że „cała ta partia to jedna wielka lipa”. – Nasz, towarzyszy czas dobiega końca – dodał i na moich oczach porwał legitymację.
    Zdenerwowałem się, ale szybko mi przeszło. Czułem, że miał rację.  
    Po tej krótkiej, ale jakże wymownej rozmowie z robotnikiem, wieczorem długo zastanawiałem się nad swoim życiem i doszedłem do wniosku, że dałem się omamić towarzyszom, zarówno tym w fabryce, jak i na uczelni.
    Kilkakrotnie próbowałem porozmawiać z ojcem na temat partii i mojej kariery polityczno-zawodowej, ale jakoś nie kwapił się do dyskusji. Jednak którejś soboty, po moim krótkim i smutnym monologu, odezwał się:
    – Cieszę się, że wreszcie zmądrzałeś, że patrzysz inaczej, głębiej i szerzej. Już dawno ci mówiłem, że komunizm to najgorsza zaraza, jaka mogła przytrafić się ludziom. Jestem święcie przekonany, że jego dni są policzone. Studiowałeś, to nie chciałem cię denerwować, nie mówiłem o tym, co towarzysze wyrabiają z narodem. Ty, jak zauważałem, całkiem oślepłeś w tym Gdańsku. Na szczęście przejrzałeś na oczy. Synu, tak dalej być nie może, wszystko się wali w tym kraju, a czerwoni wciąż nie chcą oddać władzy. Jeszcze na coś liczą, na jakiś cud, który już nie nastąpi – przerwał, zapalił, wpatrzył się we mnie i po namyśle dodał: – Dziś mam trochę żal do siebie, że podczas twoich przyjazdów przemilczałem wiele trudnych spraw, z którymi borykamy się tu, w Sarwerze, ale nie chciałem cię niepokoić… Studia były ważne, bardzo ważne, zatem może i dobrze robiłem. Boże kochany, żeby to w życiu choć jedna rzecz była prosta… – westchnął. – Jedno jest pewne, synu, jako naród dobijamy do brzegu. Na moje to w Polsce niedługo stanie się coś wielkiego. Jeszcze nie wiem, co to będzie, ale – słuchałem Wolnej Europy – niewykluczone, że socjalizm upadnie, że dojdzie do zmiany ustroju.
    – Co też ojciec opowiada, to niemożliwe!
    – „Solidarność” urosła w tak wielką siłę, że już nikt i nic jej nie zatrzyma – stwierdził   i opuścił pokój. 
    Do rozmowy powróciliśmy podczas niedzielnego obiadu.
    – Jakże byłem niedojrzały i naiwny, że dałem się tak otumanić – przyznałem. – Pojęcia nie mam, dlaczego dopiero teraz widzę, jakie to wszystko beznadziejne w tej partii, z sekretarzem zakładowym Komarowskim na czele, dyrektor zresztą nie lepszy. Jeden i drugi to tchórze, boją się wyjść ze swoich gabinetów, żeby porozmawiać z robotnikami, uspokoić ich, powiedzieć prawdę o fabryce.
    – Pociesz się, nie tylko ty byłeś ślepy i głuchy – usłyszałem od ojca. – Jak tylko zacząłeś studia, to, nie powiem, cieszyliśmy się z matką. Jednak wszystko, co działo się i  dzieje w kraju, z dnia na dzień coraz bardziej zniechęcało nas do twoich towarzyszy. Czasem, przyznaję, myślałem nawet, że lepiej było pozostać ci technikiem niż bratać się z czerwonymi. Ale łatwo się mówi po niewczasie… Przecież to mnie się marzyło, żebyś został inżynierem, pierwszym w naszej rodzinie… Niełatwe to wszystko… W końcu przestałem się zadręczać, że taka a nie inna droga zaprowadziła cię na studia…
    – Wstydu wam ani sobie nie przyniosłem… – wtrąciłem. – Chociaż czasami przesadzałem z tak zwaną miłością do ojczyzny, do ustroju.
    – Od początku, jak tylko zapisałeś się do partii, patrzyłam na to ze strachem. Pewnie dlatego, że nigdy nie dawałam wiary tym z PZPR-u – niespodziewanie włączyła się matka. – Synu, teraz już mogę powiedzieć ci jeszcze coś innego, że niektórzy z bloku i z osiedla często nam dokuczali, gdy skądś się dowiedzieli, że jesteś na studiach dzięki partii. Wiesz, Sarwer to małe miasto, wszystko się tu rozniesie. Ciężko było wytrzymać, jak się ludzie podśmiewali, że ktoś bez jednej klepki chce zostać inżynierem…
    – Co za dziadostwo! – poniosło mnie. – Trzeba było nie przejmować się durniami!
    – Matka, daj spokój, nie chcę już o tym słuchać! – ostro zareagował ojciec. – Alfred, czasami, żeby spokojnie zasnąć, myślałem sobie tak: a niech chłopak się pnie wyżej, przecież nie każdy partyjniak musi być zły... No, starczy... Coś mi dziś słabo, muszę się położyć.
    
    Nazajutrz poprosiłem Komarowskiego o rozmowę. Przyjął mnie na stojąco i nie pytając, po co przyszedłem, wrzasnął:
    – Jak nadal będziesz węszyć i buntować ludzi przeciwko partii, to gorzko tego pożałujesz! Na początek zabierzemy ci mieszkanie!
    Zbaraniałem. Nie pojmowałem, o co mu chodzi. Próbowałem wyjaśnić, że nikogo nie buntuję, ale na niewiele się to zdało. Sekretarz odwrócił się do mnie plecami i kazał wyjść.
    Co takiego zrobiłem, żeby tak się zachowywał? – zastanawiałem się idąc korytarzem. Fakt, przypomniało mi się, ostatnio w rozmowach z robotnikami skrytykowałem co ważniejszych towarzyszy z fabryki. Zrobiłem to, ponieważ już od dłuższego czasu słyszałem i widziałem, że los zwykłych pracowników obchodzi ich tyle, co zeszłoroczny śnieg. Przyglądając się w ostatnim okresie kierownictwu uznałem, że zupełnie przestało panować nad zakładem i źle nim zarządzało. Koślewicz, jego zastępcy, także Komarowski i niemal cały aktyw partyjny wciąż wierzyli w cud, który z dnia na dzień miałby uzdrowić „Glebę”. W ich rozumieniu, jak niechcący usłyszałem, miałaby to być interwencja milicji i aresztowanie przeciwników ustroju. Wiedziałem, że jest to najgorsze i najbardziej ryzykowne rozwiązanie, dlatego od kilku dni rozmawiałem z robotnikami i tłumaczyłem im, najlepiej jak potrafiłem, przynajmniej niektóre przyczyny naszych problemów. Wspominałem o złym centralnym zarządzaniu, o złej kooperacji, a także o zbyt kosztownej produkcji naszych maszyn i urządzeń. Nie zawsze rozumieli, o czym mówię, ale doceniali to, co robiłem.
    I chyba dlatego, gdy na początku lutego 1989 roku doszło w fabryce do generalnego strajku, załoga zwróciła się do mnie, abym stanął na jego czele. To był szok, nie tylko dla mnie, ale dla całego kierownictwa! Koślewicz i Komarowski natychmiast kazali mi odmówić, ale się sprzeciwiłem. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że powinienem być z tymi, z którymi przecież kilka lat temu pracowałem ramię w ramię.
    Robotnicy z głównego wydziału zrobili prowizoryczne podium. „Niech mówi inżynier Lejek! Niech mówi inżynier Lejek!” – wołało kilkudziesięciu mężczyzn. Nie patrząc na konsekwencje wskoczyłem na podest i prosząc o spokój zacząłem mówić o złym zarządzaniu „Glebą”. Wypowiedziałem może kilkanaście zdań, gdy nie wiadomo skąd wyrosło koło mnie kilku drabów w ciemnych płaszczach i kapeluszach, a na salę wpadło kilkudziesięciu milicjantów… Wykręcono mi ręce, ktoś pięścią uderzył w twarz… 
    Gdy odzyskałem świadomość, byłem w samochodzie w towarzystwie dwóch trzymających mnie pod ręce typów. – Ruszaj! – krzyknął któryś do kierowcy. Straszliwie bolała mnie głowa. Przerażony bałem się zapytać o cokolwiek. Patrzyłem przez niemal całkowicie zasłoniętą szybę i zastanawiałem się, dokąd mnie wiozą? Po kilkunastu minutach samochód zatrzymał się przed niewielkim, starym budynkiem, którego nigdy dotąd nie widziałem. Chwilę później znalazłem się w zimnym, ciasnym, słabo oświetlonym pomieszczeniu.
    – Towarzyszu Lejek, posiedzicie tu trochę, to może nabierzecie rozumu – usłyszałem. Spojrzałem w lewo i zobaczyłem niskiego, otyłego faceta. Siedział okrakiem na krześle. – Może zmądrzejecie! – powtórzył głośniej, wstał i trzasnąwszy drzwiami wyszedł.
    Dopiero po kilku godzinach, wymarznięty i głodny, zostałem brutalnie wyciągnięty z izby i zaprowadzony do pokoju, gdzie za biurkiem siedział nieznany mi, starszy mężczyzna. Jego tępa i przekrwiona twarz oraz małe, chytre oczka nie wróżyły niczego dobrego.
    – A oto i nasz niepokorny towarzysz, rewolucjonista Lejek! – zaczął i wskazał na krzesło, a gdy trzęsąc się z zimna usiadłem, uśmiechnął się gapowato, podszedł do mnie i wrzasnął: – Towarzyszu! Mam nadzieję, że już coś zrozumieliście, że coś do was dotarło! Nie myślcie sobie, że partia pozwoli, aby jej członek buntował przeciwko niej klasę robotniczą i stając na jej czele, chciał zwalczać socjalizm! Zostaliście zastępcą sekretarza! Daliśmy wam wykształcenie! Mieszkanie! Podwyżkę! A wy tak szybko o tym wszystkim zapomnieliście?! Zachciewa się wam rewolucji?! – odszedł i uderzył pięścią w stół. – Gadajcie mi tu zaraz, że zrozumieliście swój błąd i głęboko żałujecie!
    – Pan wybaczy, ale nie bardzo rozumiem… – odezwałem się spokojnie, chociaż cały się trząsłem, bardziej z zimna niż ze strachu.
    – Nie róbcie wariata z siebie i ze mnie! Nie wkurwiajcie mnie, bo możecie tego gorzko pożałować! Pytam ostatni raz, zrozumieliście swój błąd?! Żałujecie, że buntowaliście załogę?!
    – Jaki błąd? Nikogo nie buntowałem... Stanąłem na czele strajku… żeby wreszcie głośno powiedzieć o tym… co jest złe w fabryce, a nie po to, by wzniecać bunt…
    – Widzę, że dalej jesteście hardzi... Trudno, skoro nie chcecie się przyznać do błędu…– urwał i usiadł za biurkiem, a zapaliwszy papierosa dorzucił: – Niech inżynier teraz dobrze słucha. Na jakiś czas odizolujemy was od roboli, zamkniemy w szpitaliku... Nie mamy wyjścia. Partia musi być zdecydowana w walce z jej przeciwnikami! – wykrzyczał ostatnie zdanie i jak oparzony zerwał się z miejsca. – Tak, właśnie tak z wami zrobimy! Wpakujemy do psychiatryka, rzucimy między świry! Informuje was o tym szef sarwerowskiej bezpieki! Nie chcecie popierać władzy ludowej, która tyle wam dała, to nauczymy was moresu! Możecie być pewni, że jak wyjdziecie z wariatkowa, to już nie będziecie tym samym Alfredem Lejkiem! Już tam zaopiekują się wami! Już my poprosimy towarzyszy lekarzy, aby inżynierem zajęli się szczególnie! Tak was nafaszerują prochami, że każdego dnia będziecie chodzić jak pijany! Zrobią wam taką wodę z mózgu, że zapomnicie, jak się nazywacie! Życiorys też, towarzyszu, będziecie mieli zasrany na zawsze! A na koniec wystawi się wam papiery… w odpowiednim kolorze… cha! cha! cha!  
    – Nie macie prawa zamykać mnie w zakładzie! – zaprotestowałem i uszczypnąłem się w policzek, by się przekonać, że nie śnię.
    – Co wy mi tu… wykolejony towarzyszu! My mamy prawo do wszystkiego! To my jesteśmy prawem! – bezczelnie rzucił mi w twarz szef bezpieki i aż się opluł ze złości. Po chwili jednak uśmiechnął się nienaturalnie i rzekł ciszej: – Żebyście jednak, Lejek, nie myśleli, że nie mam serca, to dam wam jeszcze jedną szansę... Po tym wszystkim, co wam powiedziałem, wrócicie do izolatki i zastanowicie się nad sobą, nad waszą antysocjalistyczną  postawą. Może w końcu pójdziecie po rozum do głowy… Szkoda waszego życia. Jeszcze wszystko możecie odmienić… Dam wam pół godziny. Ufam, że się opamiętacie i dalej będziecie iść z nami w jednym szeregu, w przeciwnym razie… będzie po was! – zakończył groźnie i wezwał funkcjonariuszy. – Zaprowadzić do izolatki!
    Jasny gwint, co ja takiego zrobiłem, żeby tak mnie traktować? Jak mogli mnie zamknąć i grozić psychiatrykiem? – rozmyślałem chodząc po izbie i wymachując rękoma, gdyż zimno dawało się we znaki. Czego chce ode mnie bezpieka? O nie, nie ich doczekanie, abym przyznał się do czegoś, czego nie zrobiłem, obiecałem sobie w duchu. Nie zastraszą mnie gnojki, nie zabronią mówić prawdy. Nagle pomyślałem o ojcu, że miał rację, gdy mówił źle o towarzyszach. Usiadłem na metalowej pryczy, spojrzałem na zegarek, został mi kwadrans. Po chwili podszedłem do drzwi i kopnąwszy w nie krzyknąłem: – Kanalie! Możecie ze mną zrobić, co chcecie! Zdania nie zmienię! Trzeba skończyć z okłamywaniem ludzi! – Za moment do pomieszczenia wpadło dwóch drabów. Chwycili mnie za ręce i włosy i wywlekli na korytarz. Kątem oka dostrzegłem szefa służby bezpieczeństwa. – Do samochodu z nim i wieźć do czubów! – krzyknął.
 
    W zakładzie psychiatrycznym w Derborowie trzymano mnie ponad dwa miesiące.
    Od pierwszej chwili, zanim jeszcze zostałem umieszczony w czteroosobowej sali bloku „C”, zrozumiałem, że czeka mnie piekło. Tuż po ostrzyżeniu i kąpieli, przebrany w przydużą piżamę, zostałem uderzony w twarz przez wysokiego i tęgiego pielęgniarza. – Pierwszy raz mam towarzysza, któremu nie podoba się Polska Ludowa! – zawołał i roześmiał się.
    Następnego dnia, po koszmarnej nocy (moi współtowarzysze chodzili po izbie, kłócili się, gadali sami do siebie), zaprowadzony zostałem do niewielkiej sali, gdzie przy długim stole siedziało dwóch mężczyzn w przedemerytalnym wieku. Ubrani byli na biało. Domyśliłem się, że to lekarze. Jeden z nich, łysy i krępej budowy, badał mnie przez kilkanaście minut. Następnie zajął się mną drugi, szczuplejszy, szpakowaty i z kozią bródką. Zaczął zarzucać mnie pytaniami, najczęściej tak idiotycznymi, że nie miałem wątpliwości, iż mam do czynienia z durniem najwyższego formatu. Pytał dosłownie o wszystko, od daty urodzin po… ilość kontaktów seksualnych. „Egzamin” dotyczył też Pisma Świętego (z ilu składa się Ewangelii, czy wiem, o czym jest Księga Hioba) oraz budowy… silnika odrzutowego. Padło także pytanie, w jakim czasie woda wypłynie ze zbiornika o pojemności jednego kilometra sześciennego, jeśli w ciągu sekundy ubywać będzie litr? Nie udzieliłem żadnej odpowiedzi, co rozwścieczyło lekarza. W końcu, gdy kazał podać datę i miejsce urodzenia Lenina, nie wytrzymałem i rzuciłem się na niego. Natychmiast jednak zostałem obezwładniony przez sanitariuszy. Przyodziany w kaftan bezpieczeństwa, znowu stanąłem przed typami.
    – Ty narwany chuju! – prosto w twarz krzyknął mi ten łysy. – To my do ciebie grzecznie, jak do każdego głupka, a ty z pięściami na psychiatrę?! Spróbuj teraz! Do izolatki  z nim!
    – Skurwysyny, jeszcze się spotkamy! – krzyknąłem ciągnięty do drzwi.
    – Takiego chuja! – krzyknął psychiatra i podbiegłszy uderzył mnie w brzuch. – Jebnięty jesteś od zawsze! Wszystko o tobie wiemy! Z Derborowa wyjdziesz nogami do przodu! Sanitariusz, wpakować gnoja na tydzień do izolatki!
    Z ciasnego i zimnego pomieszczenia wychodziłem jedynie na codzienny dziesięciominutowy spacer po niewielkim placu otoczonym wysokim murem. Przez całe dnie faszerowano mnie tabletkami, pojono na siłę jakimś śmierdzącym lekarstwem, a gdy próbowałem je wypluć, sanitariusz uderzał mnie pałką w plecy i groził, że jeśli jeszcze raz  tak zrobię, będę miał lodowaty prysznic. Przebywając w odosobnieniu, straciłem poczucie czasu, nie wiedziałem, jaki jest dzień ani jak długo jestem już w szpitalu. Raz i drugi w krótkiej rozmowie z dość miłym, młodym lekarzem dyżurującym poprosiłem go dyskretnie, aby umożliwił mi kontakt z rodzicami.
    – Na razie to niemożliwe. Nie wykluczam jednak, że może z czasem da się coś załatwić – szepnął mi na osobności.
    Byłem u kresu wytrzymałości. Zacząłem myśleć o samobójstwie, ale szybko doszedłem do wniosku, że to zły pomysł: byłby przecież na rękę moim przeciwnikom.
   
     – Towarzyszu Lejek, chyba jesteście urodzeni w czepku! – usłyszałem któregoś dnia na korytarzu i wstałem z podłogi (w izolatce była jedynie szeroka deska przymocowana do ściany, którą na noc opuszczano, to było moje łóżko). Otworzyły się drzwi. – Wychodzimy, przyjechali twoi rodzice! – poinformował pielęgniarz.
    – Moi… rodzice? – zdziwiłem się, z trudem powstrzymując wzruszenie.
    – Matka i ojciec.
    Za chwilę w towarzystwie łysego doktora i dwóch sanitariuszy podreptałem na drugą część bloku. Ze szczęścia, że ujrzę rodziców, łzy popłynęły mi po twarzy. Zatrzymaliśmy się. Jeden z drabów otworzył metalowe drzwi i wepchnął mnie do środka. Przed sobą zobaczyłem siedzących na taboretach dwoje golutkich staruszków. Widok był przerażający!
    – To nie moi rodzice! – zawołałem odwracając się do drzwi.
    – Patrzcie go, to nie jego mamusia i tatuś! – szydził lekarz. – Dobrze się przyjrzyj, może to jednak oni!
    – Wy skurwysyny, jak możecie robić coś tak podłego?! 
    – Widać możemy! Jak to nie twoi starzy, to czyi?! – drwił dalej łysy. 
    – Nie wiem… – odpowiedziałem patrząc przez moment na otępiałych, wystraszonych starców. – Bydlaki, Bóg was za to ukarze! – rzuciłem w stronę zwyrodnialców.
    – Ciebie już ukarał, bo zabrał ci rozum! – kpił medyk. – Chłopaki, skoro ten debil nie poznaje rodziców, to zabierzcie go do izolatki!
   
    Dni mijały. Mimo ponawianych próśb, nie udało mi się skontaktować z rodzicami.
    – Jeśli nic się nie zmieni, jutro was wypiszemy – usłyszałem któregoś popołudnia od ordynatora, od którego śmierdziało wódką. – Swoje odpokutowaliście, będziecie mogli wrócić do świata normalnych…  
    – Mnie już wszystko jedno… wyjdę czy nie wyjdę… – z trudem cedziłem słowa. – Zniszczyliście mi resztę zdrowia… jestem wrakiem… jak mogliście tak ze mną postępować? Przecież nie jestem wariatem.
    – To wy tak uważacie. Nie tragizujcie, inżynierze, wrócicie do domu i jakoś wszystko powoli się poukłada – pocieszał zapalając papierosa i ironicznie się uśmiechając. – Mieliśmy wypisać obywatela prędzej, ale gdzieś wyżej wstrzymano wcześniejszą decyzję. Wszelkie dokumenty prześlemy pocztą.
   
    Derborowo opuściłem w połowie kwietnia. Przyjechał po mnie ojciec z sąsiadem, który miał syrenkę. Gdy tylko wsiedliśmy do samochodu, tata objął mnie i powiedział:
    – Nie spocznę, dopóty ta czerwona, komunistyczna banda nie zostanie rozpierdolona! Nie spocznę, dopóty nie staną przed sądem ci, którzy zamknęli cię w domu wariatów!
    – Ojciec, sam sobie z nimi poradzę…
   
    Przez kilka dni leżałem w łóżku pod troskliwą opieką matki. Ojciec, gdy tylko zauważył, że odzyskałem nieco siły, opowiedział, co działo się w kraju. Na koniec dodał: – Coraz bardziej zanosi się na to, że towarzysze oddadzą władzę „Solidarności”. Zobaczysz, niedługo doczekamy wolnej Polski. Pomaga nam Ameryka, wiele dobrego dla ojczyzny robi nasz papież.
    Opowiadał również o swoich staraniach, aby jak najszybciej wyciągnąć mnie z zakładu psychiatrycznego. Niestety, Koślewicz i Komarowski zamykali przed nim drzwi. Nie pomagały interwencje w Komitecie Miejskim u Patałacha, który w kółko powtarzał, że ta sprawa przerasta jego kompetencje.
    Pobyt w Derborowie zniszczył moje zdrowie psychiczne i fizyczne. Schudłem prawie piętnaście kilogramów. Dodatkowym nieszczęściem było to, że dyscyplinarnie zwolniono mnie z pracy, w trybie natychmiastowym. Rodzice, z oczywistych powodów, przez ponad tydzień wahali się, czy mi o tym powiedzieć. Odebrano mi też mieszkanie służbowe, którego – na szczęście – nie zdążyłem urządzić. Pracodawca zapłacił mi jedynie za ostatni okres zatrudnienia oraz za czas pobytu w zakładzie. Pieniądze przesłano pocztą.
    Przygnębiony sytuacją, popadałem w coraz większą depresję. Jakby tego było mało, przypomniałem sobie o „żółtych papierach”, które miałem mieć wystawione.
    Gdy któregoś dnia poczułem się nieco lepiej, co było niewątpliwą zasługą matczynej opieki, do mojej świadomości dotarło, że przez bliżej nieokreślony czas zdany będę na łaskę rodziców, którzy – jak zdążyłem się zorientować – z coraz większym trudem wiązali koniec  z końcem. Niemal każdego dnia narzekali też na brak podstawowych artykułów w sklepach i na nieustannie rosnące ceny.
    – Nie dość, że pieniądze są coraz mniej warte, to ci zasrani towarzysze z gazowni każą się cieszyć takim jak ja, znaczy niepartyjnym, że mamy jeszcze pracę – któregoś wieczora w kuchni rzekł ojciec do matki.
    – Machnij ręką na tych szatanów, najważniejsze, żebyś nie stracił roboty. I mów trochę ciszej, nie chcę, żeby Alfred słyszał takie rzeczy.
   
    Przez kilkanaście kolejnych dni nadal nie wychodziłem z mieszkania. Wychudzony, wstydziłem się pokazać ludziom na oczy.
    – Alfred, nie uwierzysz, ale niektórzy z naszego i z sąsiednich bloków, szczególnie starsi, zaczepiają mnie i pytają, kiedy cię wreszcie zobaczą? – któregoś dnia odezwał się ojciec. Spojrzałem na niego zaskoczony. Uśmiechnął się i dodał: – Tylko przypadkiem nie myśl, że raptem stałeś się dla nich ważny, że martwią się o ciebie. Nic bardziej mylnego. Tym fałszywcom chodzi o coś zupełnie innego… Chcą na własne oczy zobaczyć prawdziwego w a r i a t a. I to jest jedyny powód, dla którego pytają o ciebie.
    – Tak też i myślałem...
    – Miałem ci czegoś nie mówić, ale skoro tak spokojnie przyjąłeś to, co powiedziałem przed chwilą… Synu, wczoraj ktoś złośliwie na parterze powiesił kartkę z napisem: „Serdecznie witamy inżyniera-wariata”. Żeby temu komuś ręka uschła. Chyba się domyślam, kto to zrobił… ten pijanica Drzyciwirski. Zawsze coś do nas miał...
    – Ojciec, daj spokój… Szkoda twoich i moich nerwów. Najważniejsze, żebym się jak najszybciej pozbierał... Nie mogę być wam kulą u nogi.
    – Nie jesteś. Jakoś sobie damy radę… – niemal szepnął i wyszedł z pokoju. 



Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



autor:gres edycja:gres wyświetleń: 2126

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany!


komentarze:

Artykuł nie został jeszcze skomentowany.

 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski