login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Zapraszamy do galerii zdjęć "Łukta Dawniej".



30 Października 2011, godz: 17:12

Ćwokowampiria - fragment 6


VI

 
    Pod koniec maja odwiedził nas Ignacy Komarowski, sekretarz partii z „Gleby”. W drodze wyróżnienia – jak podkreślił na wstępie – zaproponował mi powrót do fabryki, ale na mniej ważne stanowisko. – Ze względu na te cholerne papiery – tłumaczył. W dodatku postawił warunek, że przeproszę towarzyszy oraz podejmę współpracę z… odpowiednimi służbami. – Takie teraz czasy, taka rzeczywistość – zakończył i wpatrzył się w jakiś punkt nad moją głową.
    Kategorycznie odmówiłem i kazałem mu się wynosić. Ojciec próbował załagodzić sytuację, ale widząc moją determinację, machnął ręką.
    – Wobec powyższego… wobec odrzucenia propozycji… niewłaściwego potraktowania mnie – Komarowski ze złości ledwo dobierał słowa – z tymi żółtymi papierami… bez naszej pomocy nie dostaniecie żadnej pracy w Sarwerze! – podniósł głos. – Nigdzie nie dostaniecie! Będziecie, Lejek, pasożytem… a my takich tępimy! – ostanie słowa wypowiedział już na korytarzu, ponieważ wypchnąłem go siłą za drzwi.
    – Won, czerwona świnio! – krzyknąłem i gdyby ojciec mnie nie przytrzymał, dopadłbym gnojka i dał mu w zęby.

    Dni mijały. Byłem bez pracy, pieniędzy też zostało mi niewiele. Wszystko to źle wpływało na moje samopoczucie. Nie bacząc na prośby i groźby rodziców, coraz częściej upijałem się z kolegami, którzy znając moją sytuację nie żądali, abym składał się na alkohol.
    Atmosfera w domu stawała się nie do zniesienia. Rodzice mieli już dość syna marnotrawnego – tak któregoś dnia nazwał mnie ojciec. Zawsze, gdy popiłem z kolegami, wracałem do domu z przekonaniem, że dziś już na pewno starzy nie otworzą mi drzwi. Ale otwierali i natychmiast zamykali się w pokoju.
    Ojciec jednego wieczora wykrzyczał: – Jak widzę cię pijanego, to ogarnia mnie taka złość, że najchętniej rozwaliłbym ci łeb!
    Pierwszy raz się przestraszyłem, bo aż trząsł się ze złości i był śmiertelnie blady.
    – Zamiast chlać i łazić z kąta w kąt, wziąłbyś się wreszcie za wyrabianie renty! – skoczył na mnie kilka dni później w niedzielne przedpołudnie. – Jak ci to zasrane, komunistyczne państwo zafundowało żółte papiery, to niech teraz cię utrzymuje!
    Sprzeciwiłem się. – Gdybym zrobił, jak mówisz… przyznałbym się, że jestem… wariatem. Nigdy na to nie pójdę…
    – To z czego będziesz żył?! Przecież do pracy nikt cię nie przyjmie! Wykończysz siebie i nas! Oboje z matką mamy już dość tego wszystkiego! Rozejrzyj się, może jednak coś znajdziesz! – nie spuszczał z tonu. – Zaczyna nam brakować pieniędzy, boję się o jutro! W mojej robocie wszystko zaczyna się walić! Weź się w garść, zrób coś, bo inaczej zginiemy… – zakończył ciszej i odwrócił się do mnie plecami.
    Widząc, że jest bliski załamania nerwowego, obiecałem, że od jutra zacznę chodzić po mieście i szukać pracy.
    Już po kilku dniach przekonałem się, że znalezienie jakiegokolwiek zajęcia graniczyło z cudem.
    Był chyba piątek, w wisielczym nastroju wracałem do domu, gdy nagle pomyślałem o Bandytarskim. Poszedłem do niego. Opowiedziałem o bezskutecznych poszukiwaniach. Kolega w ogóle się nie zdziwił.
    – Alfred, teraz nagminnie zwalnia się ludzi. Polska wali się na naszych oczach. – Zasugerował, że powinienem starać się o rentę.
    – Mówisz jak mój stary. Tego nie zrobię, przyznałbym się do choroby. Kim jak kim, ale czubem na pewno nie jestem!
    – My to wiemy. Rób jak uważasz, ale z czegoś żyć musisz.
    Powiedziałem, że się zastanowię.
    Tego popołudnia sporo wypiliśmy. Kiedy wracałem zygzakiem do domu, pierwszy  raz pomyślałem, że najlepszym dla mnie rozwiązaniem będzie samobójstwo.
   
    Niecały miesiąc od wizyty Komarowskiego ojciec wrócił wściekły z pracy i oznajmił, że został dyscyplinarnie zwolniony.
    – Jakaś szuja napisała na mnie donos do dyrektora, że dorabiam po godzinach używając narzędzi, które cichaczem wynoszę z zakładu – opowiadał, a matka i ja słuchaliśmy przerażeni. – Wszystko to jedno wielkie kłamstwo! Tylko głupi by się nie domyślił, że to sprawka tego twojego sekretarza Komarowskiego! Widziałem, jak kilka dni temu wchodził do naszego biurowca! Nie mam cienia wątpliwości, że w zemście za Alfreda, w porozumieniu z moim sekretarzem, załatwił mnie! 
    Matka, zanosząc się płaczem, zapytała: – Matko Boska, Józef, za co my teraz będziemy żyć?    
    – Jakoś sobie poradzimy...
   
    Ku radości mojej i rodziców kilka dni później, w piątek, znalazłem pracę w prywatnym warsztacie mechanicznym na peryferiach miasta. Właściciel w krótkiej rozmowie oznajmił, że potrzebuje kogoś do pomocy i kazał mi przyjść w poniedziałek na siódmą. Zastrzegł, że bierze mnie na miesiąc na próbę.
    Niedługo potem ojciec został portierem w zakładzie mleczarskim w pobliskiej wsi i powoli zaczęliśmy wiązać koniec z końcem.
    Niestety, po około dwóch tygodniach od rozpoczęcia pracy stan mojego zdrowia pogorszył się. Źle spałem, stałem się opryskliwy i nieprzyjemny nie tylko dla rodziców, ale również dla mojego szefa.
    Podejrzewałem, iż źródłem wszystkiego była… dość długa już abstynencja alkoholowa. Spędzając u prywaciarza minimum dziesięć godzin dziennie, w soboty niewiele mniej, nie miałem czasu na spotkania z kolegami, a więc i na wódkę. Taki stan rzeczy bardzo mnie męczył, tym bardziej, że w warsztacie byłem pracownikiem od przynieś-wynieś-pozamiataj. Bywało, że czasem któryś z kumpli nalegał, żebym chociaż w niedzielę zagrał z nimi w pokera, wypił kielicha. Odmawiałem. Bałem się, że jeśli przyjdę skacowany do pracy, to właściciel mnie wyrzuci.
    Któregoś lipcowego wieczora ojciec wszedł do mojego pokoju i powiedział, że tak dalej być nie może.
    – Alfred, musisz coś ze sobą zrobić, z tymi swoimi nerwami, bo inaczej wykończysz nie tylko siebie, ale i wszystkich dokoła – rzekł spokojnie. – Myśleliśmy z matką, że najgorsze za tobą i za nami, a tu masz, znowu jest źle.
    – Ojciec, a może jestem taki, bo nie mam kiedy się napić…
    – Już ty mi lepiej nie gadaj o piciu – przerwał mi natychmiast.
    – To niby co mam ze sobą zrobić? Powiesić się? Iść do tego głupka psychiatry? Najpierw niech on się wyleczy! – odezwałem się rozdrażniony i wstałem z krzesła. – Już tyle tabletek we mnie wpakował, że chyba koń by się przewrócił! Więcej już nic nie połknę! A ile forsy skasował! – wykrzykiwałem, chodząc od drzwi do okna i z powrotem. Oczywiście, zgadzałem się z ojcem, że tak dalej być nie może. Ale jak miałem temu zaradzić? Przystanąłem koło szafki. – Na tym świecie nie ma dla mnie miejsca… – odezwałem się, z trudem powstrzymując łzy.
    – Alfred, opanuj się. Jakoś damy radę. Tylko nie myśl o wódce. Oszczędzaj zdrowie, nerwy. Przecież wiesz, że pobyt w domu wariatów zniszczył cię… – poczęstował mnie papierosem. – Usiądź. Przypuszczalnie wiem, co cię gryzie… co jest twoją codzienną zmorą – oparł się o ścianę. – Myślisz, że nie widzę, jak męczysz się w tej swojej robocie? Ona nie dla ciebie... – W duchu przyznałem mu rację. – Jesteś inżynierem, a tam, jak sam nieraz mówisz, zrobiono cię fachowcem od wszystkiego. Tak czy nie?
    – Może i tak...
    – A widzisz… Powiem więcej, tylko się zaraz nie zdenerwuj, powinieneś się rozejrzeć za nową pracą i za kobietą, masz już swoje lata…
    – Teraz to dopiero ojciec palnął! – podniosłem głos. – Jak pamiętam, to nie kto inny tylko ty zniechęcałeś mnie do dziewczyn! – zerwałem się z łóżka. – Daruj więc sobie takie gadanie i najlepiej będzie, jak stąd wyjdziesz, bo… – urwałem i spojrzałem na niego złowrogo.
    – Bo co?! Może uderzyłbyś?!
    – Jak trzeba będzie, to uderzę! – zawołałem, ale jakby na przekór sobie, jakby jakaś wewnętrzna siła zrobiła to za mnie.
    – Uderzyłbyś własnego ojca? – spytał ponownie i chwycił się za głowę. – Dożyłem sądnego dnia… dożyłem sądnego dnia…
    – Jak mnie do końca wyprowadzisz z równowagi… Przecież to ty zniechęcałeś mnie do kobiet… a teraz każesz mi szukać – mówiłem drżącym głosem. Ojciec podszedł do okna, otworzył je, głęboko oddychał. Zrobiło mi się go żal. Wiedziałem, że nie powinienem mu grozić, a jednak zrobiłem to. Odwrócił się, spojrzał na mnie przez moment i opuścił pokój. Gdy tylko zamknął drzwi, zacząłem się głośno śmiać.
    Przez kilka dni rodzice nie odzywali się do mnie. Raz tylko matka wspomniała coś     o psychiatrze, ale powiedziałem jej, że jak chce iść do tego szarlatana, to niech idzie, ale beze mnie.
    Pewnego dnia poprosiłem matkę, aby odprawiała z kwitkiem każdego mojego kolegę, gdy przyjdzie do nas pod moją obecność i będzie chciał wyciągnąć mnie na karty. – Wtedy zawsze jest wódka, a ja chciałbym wreszcie posłuchać ojca, nie pić i nie denerwować go.
    – Mądrze mówisz – ucieszyła się.
    – Podoba mi się ten plan – z zadowoleniem rzekł ojciec, gdy powiedziałem mu o wszystkim. – Miejmy nadzieję, że wytrwasz. Pocieszające jest to, że twoi koledzy już od dłuższego czasu nie zaglądają do nas.
    Stawałem się coraz większym samotnikiem, żeby nie powiedzieć dziwakiem. Martwiło to rodziców. Byli przekonani, że jeśli będę zamykał się w pokoju i myślał nie wiadomo o czym, to, prędzej czy później źle się to dla mnie skończy. Oboje niemal codziennie namawiali mnie, abym posiedział z nimi, porozmawiał o czymkolwiek, popatrzył na telewizję, ale odmawiałem. – W samotności jest mi najlepiej – kwitowałem krótko.
    Nie przypuszczałem, że przewidywania rodziców tak szybko się urzeczywistnią.
    Wieczorem ostatniego dnia lipca, po kolejnej kłótni z pracodawcą, po cichu zastawiłem drzwi stołem i krzesłami. Nie widząc dalszego sensu życia, postanowiłem przeciąć sobie żyły. Nóż przyniosłem z pracy dzień wcześniej.
    Rodzice chyba coś przeczuwali, bo jak żadnego dnia nieustannie kręcili się pod moimi drzwiami.
    – Józef, zastukaj do niego. Takiej ciszy jeszcze nie było, nawet nie chrząknie – usłyszałem matkę. – Te jego kolegi też są ciekawe, żaden nawet nie zajrzy. No, zastukaj!
    – Siedział tak tydzień temu, siedział wczoraj, to i dziś niech siedzi. Widać tak mu dobrze – uspokajał ją ojciec.
    Po tych słowach nastała cisza. Przez dłuższą chwilę nic nie słyszałem. Pomarli czy co? A może stoją pod drzwiami? Ostrożnie wyjąłem nóż z szafy...
    – Zaraz podam kolację! – aż podskoczyłem, gdy nagle odezwała się matka.
    Spojrzałem na zegar, była dokładnie 19.38. Policzyłem, że zmagam się już ze śmiercią ponad trzy godziny. Uznałem, że poczekam do dwudziestej. Przez dwadzieścia dwie minuty wpatrywałem się w tarczę, w końcu ujrzałem 20.00. Podwinąłem rękaw koszuli, przyłożyłem nóż do nadgarstka i zamknąłem oczy…
    – A może robi sobie coś złego?! – zawołała mama i rozpłakała się. Zrobiło mi się jej żal. Zatrzymałem się na chwilę.
    – Jak ma się zabić, to niech się zabija! Im prędzej, tym lepiej! Pochowamy go i wreszcie będziemy żyć jak ludzie! – usłyszałem starego i aż mną zatrzęsło! Czegoś takiego absolutnie się nie spodziewałem! Żeby ojciec domagał się śmierci syna?! O ty wyrodny, niedoczekanie twoje! Odrzuciłem nóż, odsunąłem meble, wpadłem do kuchni i rzuciłem się na niego.
    – To taki z ciebie ojciec! Chcesz mojej śmierci?! – krzyczałem, przyciskając go do kredensu. Niestety, był ode mnie silniejszy. Oderwał moje ręce, jedną wykręcił tak mocno, że aż zawyłem z bólu.
    – Józef, nie połam mu kości! – zawołała matka.
    – Na ojca rękę podnosisz?! Musisz zjeść wagon kaszy, żeby dać mi radę! – odepchnął mnie. Zasapany usiadłem na taborecie. – Celowo tak powiedziałem… Wiedziałem, że jak to usłyszysz, to wyjdziesz… Podświadomie czułem, że dziś chcesz zrobić sobie krzywdę… Wiedziałem jednak, że jesteś zbyt tchórzliwy, by targnąć się na życie…
    – Przestań! – warknąłem.
    – Z ciebie taki samobójca, jak…
    – Zostaw go w spokoju! – zawołała mama. – Chodź synku, porozmawiamy w pokoju.
    – Jedno warte drugiego, oboje nadajecie się na leczenie! – złośliwie rzucił za nami stary i chwyciwszy marynarkę wyszedł z mieszkania.
    – Idź w diabły, dręczycielu! Synku, naprawdę chciałeś się zabić?     
    – Może tak, może nie… – odpowiedziałem z wahaniem i rozpłakałem się.
   
    Ku zdziwieniu rodziców, po kilku dniach celowego milczenia z mojej strony – ciągle byłem zły na ojca – w pierwszą sierpniową niedzielę ubrałem się w białą koszulę, garnitur i z tajemniczym uśmiechem na ustach usiadłem do obiadu.
    – Smacznego – powiedziałem. Rodzice przez chwilę patrzyli na mnie jak na zjawę. Oparłem ręce o blat, wypiąłem klatkę piersiową i oznajmiłem: – Mamo, tato… koniec mojego milczenia. Wybiła szczególna godzina, wasz syn od jutra zaczyna pisać książkę... – złączyłem dłonie, jakbym się modlił. – Może powstaną nawet dwie – dodałem sięgając po łyżkę.
    – O dzięki ci, Matko Przenajświętsza! Nie dość, że chłopak wreszcie przemówił, to jeszcze chce zostać pisarzem! – ucieszyła się mama i zerwawszy się z krzesła, objęła mnie, pocałowała.
    – Powiadasz, że chcesz napisać książkę, może nawet dwie… a niby o czym? – chłodno spytał ojciec.
    – Tego jeszcze nie wiem – odpowiedziałem i zachichotałem.
    Rodzice jakoś dziwnie popatrzyli na siebie, a matka dyskretnie się przeżegnała.


Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



autor:gres edycja:gres wyświetleń: 1976

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany!


komentarze:

Artykuł nie został jeszcze skomentowany.

 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski