Łukta-City 


login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Zapraszamy do galerii zdjęć "Łukta Dawniej".



9 Listopada 2011, godz: 10:43

Ćwokowampiria - fragment 7


VII

    Niestety, rodzice nie doczekali mojego literackiego debiutu.
    Zginęli we wrześniu 1989 roku. Tata siedemnastego, a mama dwudziestego czwartego. Ojciec zginął w pokoju od kuli wystrzelonej przypadkowo przez emerytowanego wojskowego, który należał do koła łowieckiego. Mieszkający vis-à-vis naszego bloku major czyścił broń na balkonie, w pewnej chwili padł strzał. Ojciec upadł na podłogę ułamek sekundy później. Pocisk trafił go w sam środek czoła.
    Matka natomiast poniosła śmierć na przejściu dla pieszych. Gdy wracała z kościoła, została przejechana polonezem prowadzonym przez pijanego kierowcę.
    Rodzice pochowani zostali na cmentarzu komunalnym. Na jednym i drugim pogrzebie obecnych było kilka osób z osiedla oraz moi czterej koledzy.
    Jakby mało było nieszczęść, dwa dni po pogrzebie matki straciłem pracę. Mój pracodawca został aresztowany, a zakład zamknięty i oplombowany przez milicję.
   
    Po rodzinnej tragedii i utracie pracy zupełnie się załamałem. Zrozpaczony, przez kilka dni nie wychodziłem z domu, prawie nie jadłem i nie spałem. Za to nie żałowałem sobie alkoholu. Znowu zacząłem myśleć o samobójstwie.
    Nieoczekiwanie w niedzielę po długim czasie odwiedził mnie Józek Bandytarski. Gdy tylko przekroczył próg, zamknąłem drzwi i objąwszy go, rozpłakałem się jak dziecko. – Chociaż ty… o mnie nie zapomniałeś… – mówiłem z trudem.
    – Przyjaciół poznaje się w biedzie – rzekł klepiąc mnie po plecach. Weszliśmy do kuchni. – Ho, ho, aż tyle butelek opróżniłeś?!
    – Jak widzisz…
    – Alfred, chyba za dużo pijesz…
    – Możliwe – powiedziałem lekko zdenerwowany i wyszedłem do łazienki, żeby obmyć twarz.
    – Otworzyłem okno, niech się trochę przewietrzy. Alfred, straszne jest to twoje życie – usłyszałem po powrocie. – Dobry z ciebie człowiek, a los ciągle tak ciężko cię doświadcza. Trudno to pojąć...
    – Trudno… – bąknąłem i poczęstowawszy Józka papierosem, wstawiłem wodę na kawę.
    – Nie dość, że tak nagle straciłeś rodziców, to jeszcze doszła afera z twoim zakładem.
    – Słyszałeś o tym? – spytałem mimochodem i usiadłem. – Chyba gdzieś mam piwo… poszukam…
    – Lepiej napij się herbaty. Pół miasta mówi o tym twoim biznesmenie, to jak mógłbym nie słyszeć? Dopiero teraz ludzie dowiadują się prawdy o nim, niezłe było z niego ziółko… Od dawna miał wielkie długi, a mimo to nie przestawał szaleć z dziewuchami, pił, rozbijał się zachodnim wozem, to finał musiał być taki.
    – Może i dobrze, że tak się stało, miałem już dość pracy u tego chama…
    – Masz w ogóle jakieś pieniądze? 
    – Dlaczego pytasz?
    – No… jeśli ci ciężko, to pożyczę. Oddasz, jak będziesz miał.
    – Zostało w domu trochę oszczędności. Matka odkładała na czarną godzinę. Na jakiś czas starczy – wstałem, zalałem kawę.
    – Może jednak mogę ci w czymś pomóc?
    – Najlepiej będzie, jak zostawisz mnie w spokoju – odpowiedziałem dość ostro, gdyż Bandytarski zaczynał mnie męczyć. – Nie chcę niczyjej pomocy, dam sobie radę! – starałem się przekonać bardziej siebie niż jego.
    – Alfred, chyba nie powinieneś się tak odzywać do kogoś, kto wyciąga dłoń… – obruszył się. – Mimo że ostatnio nasza znajomość trochę się urwała, głównie zresztą z twojego powodu, to chcę ci powiedzieć, że Tadek, Zbyszek i Janek wybierają się do ciebie, chyba jutro...
    – Na razie chcę być sam! – krzyknąłem. – Jak się za nimi stęsknię, to dam znać! Józek, chcesz, to pij kawę, ja muszę się położyć… Źle się czuję…
    Kolega zrobił dziwną minę, odstawił szklankę, pożegnał się i wyszedł.

    Nazajutrz wstałem dość wcześnie i postanowiłem wybrać się na zakupy. Schodziłem po schodach najciszej, jak tylko potrafiłem. Nagle, gdy byłem już na pierwszym piętrze, otworzyły się drzwi i zobaczyłem Drzyciwirskiego, wychodził z psem.
    – A, witam pana Lejka… Moje kondolencje… bo nie było okazji – jąkał się partyjniak. Widząc, że się nie zatrzymuję, dodał zgryźliwie: – Oj, chyba podobnie jak świętej pamięci pański ojciec…
    Nic więcej nie usłyszałem. – Że też akurat musiał wyleźć! – zirytowałem się.
    Zrobiłem zakupy w małym sklepiku na końcu osiedla i pospiesznie wróciłem do domu. Na szczęście tym razem na nikogo się nie natknąłem. Spocony, trzęsąc się jak galareta, położyłem torbę i wszedłem do łazienki, żeby znów obmyć twarz. Chwilę potem otworzyłem piwo i napiłem się. Poczułem się trochę lepiej.
    Siedząc w kuchni, rozmyślałem o rodzicach. Wciąż nie mogłem uwierzyć, że już nigdy ich nie zobaczę, że zostałem sam na świecie. Mimo iż od jakiegoś czasu nasze kontakty nie były najlepsze, to jednak ich brak każdego dnia dokuczał mi coraz bardziej.
    Osamotniony, coraz bardziej dochodziłem do wniosku, że jeśli natychmiast nie zajmę się czymś konkretnym, to na pewno zbzikuję. Bo ileż można gapić się w durną telewizję, pić, palić, rozmyślać nie wiadomo o czym? Ze względu na sąsiadów unikałem nawet wychodzenia na balkon. No tak, dumałem, tylko czym tu się zająć?
    I oto nieoczekiwanie któregoś przedpołudnia przypomniałem sobie, że przecież miałem pisać książkę! Przyrzekłem sobie, że jeśli szczęśliwie dobrnę do końca, to zadedykuję ją nieżyjącym rodzicom i w ten sposób oddam im należną cześć. Zacząłem nerwowo szukać jakiegoś czystego notesu, niestety nie znalazłem. Upewniwszy się, że na klatce panuje spokój, wyskoczyłem do kiosku i kupiłem dwa trzydziestodwukartkowe zeszyty.
    Po prawie dwugodzinnych rozmyślaniach nad tytułem, w końcu go znalazłem. Chciałem od razu rozpocząć pisanie, ale nie czułem się na siłach.
    Następnego dnia po skromnym śniadaniu i wypiciu butelki piwa odruchowo włączyłem radio i dowiedziałem się, że jest sobota. Uznałem, że to dobry dzień na rozpoczęcie pisania. Szybko jednak zweryfikowałem ten pogląd i stwierdziłem, że lepiej będzie zacząć od poniedziałku. Jedyne, co zrobiłem, to wypisałem tytuł na okładce zeszytu: Dom wariatów.
    Około południa postanowiłem odwiedzić Bandytarskiego. – Najwyższy czas przeprosić go za moje zachowanie – szeptałem pod nosem. Ubrałem się w najlepsze ciuchy i już miałem wychodzić, gdy przez kuchenne okno zobaczyłem nadchodzących kolegów. Ze zdziwienia przetarłem oczy! Najszybciej, jak tylko potrafiłem, zbiegłem po schodach. Chciałem powitać ich przed blokiem.
    – Nie do wiary, Alfred po nas wyszedł! – pierwszy odezwał się Józek, a witając się dodał: – Czyżbyś stęsknił się za nami?
    – I to jeszcze jak… – odpowiedziałem szczerze, ściskając dłoń pozostałym.
    – Skąd wiedziałeś, że idziemy? – dociekał Zbyszek, gdy szliśmy po schodach.
    – Zauważyłem przez okno.
    Zaprosiłem ich do pokoju.
    – Widzę, że jakoś się trzymasz po śmierci rodziców, wyglądasz nieźle – rzekł Józek, gdy usiedliśmy.
    – Chyba przesadzasz… – odpowiedziałem z wahaniem. Byłem przekonany, że to była kurtuazja z jego strony. Mój wygląd był przecież odbiciem złego samopoczucia.
    – Masz jakieś szkło? – Pokazałem na szafkę i ucieszyłem się, że koledzy przynieśli butelkę. – Naleję po małym, od wczoraj mamy kaca… Ty też?
    – Trochę… 
    – Twoje zdrowie! – Wypiliśmy. – Aha, żebym nie zapomniał… – ciągnął Józek z lekko skrzywioną miną – ci, co zabili twoich rodziców, siedzą we więzieniu?
    – Mam nadzieję – odpowiedziałem zaskoczony. – Chociaż nic mi nie wiadomo na ten temat.
    – Siedzą, na pewno siedzą – wtrącił Tadek.
    Koledzy poprosili, abym opowiedział, jak mi się żyje samemu. Pytanie było trudne. Spojrzałem na stary ścienny zegar i zamyśliłem się.
    – Gdybym był na twoim miejscu, to chyba wykończyłbym się psychicznie – stwierdził Zbyszek.
    Zapadła cisza. Bandytarski napełnił kieliszki i rzekł: – Alfred, jak nie chcesz mówić, to nie mów…
    – Znacie trochę moje życie… nie bardzo jest co opowiadać…
    – E, bez przesady – wtrącił Tadek i poklepał mnie po plecach. – Ludzie wciąż o tobie mówią, znany jesteś coraz bardziej, z nazwiska oczywiście… Nie patrz na życie przez ciemne okulary.
    – Łatwo się mówi…
    – A ja w ciebie wierzę – Józek starał się podnieść mnie na duchu. – Czuję, że jeszcze do czegoś dojdziesz w życiu.
    – Też tak uważam – poparł go Janek i nieoczekiwanie dodał: – Wiesz, jakiś dziś jesteś inny niż zazwyczaj, jakbyś ukrywał coś przed nami?
    Spojrzałem na niego i uśmiechnąłem się. Miał rację, ale na razie nie chciałem się zdradzać.
    Rozmawiając o wszystkim po trochu, wypiliśmy następną kolejkę. Nagle wstałem i oznajmiłem:
    – Chłopaki, nie myślałem, że Janek to taki bystry gość… Dobrze wyczuł, że coś ukrywam… Zaraz wszystko wyjaśnię… – cedziłem słowa, bo zawahałem się, czy aby na pewno powinienem wyjawić mój sekret. Trudno, raz kozie śmierć. – Słuchajcie… wiedzieli o tym tylko moi rodzice… – odchrząknąłem. – Od poniedziałku zaczynam pisać książkę! – wyznałem w końcu i popatrzyłem wyczekująco po kolegach. Jakoś nie spieszyli się z gratulacjami. Siedzieli jak zahipnotyzowani. Kiedy już miałem zapytać, czemu tak zamarli, jak na komendę parsknęli śmiechem. – Co jest?!
    – A po kiego grzyba chcesz pisać książkę? Mało ich jest?! – spytał Janek.
    Co za dureń, pomyślałem. – Książki zawsze się pisze, ciągle ich przybywa – stwierdziłem pretensjonalnie. – A poza tym moja będzie inna… od wszystkich dotychczasowych… Nikt jeszcze takiej nie napisał! Będzie o bólu, prześladowaniu jednostki i… niesprawiedliwości społecznej… – poinformowałem śmiertelnie poważny i usiadłem.
    – Wybacz śmiech, ale czegoś takiego nie spodziewaliśmy się po tobie, prawda? – Janek spojrzał na kolegów.
    – Prawda! – odpowiedzieli jednocześnie.
    – Alfred, jesteś inżynierem. Wiesz, co robisz, na pewno sobie poradzisz… – wsparł mnie Józek. – Szkoda tylko, że też jesteś starym kawalerem, nie będziesz mógł napisać o małżeńskich sprawach, a to zawsze jest ciekawe. Szczególnie dla kobiet. Mam na myśli, żeby w książce był romans – zakończył niezbyt sensownie.
    – Takie coś mnie nie interesuje. Treścią książki będzie ogólny problem społeczny w oparciu o losy niesłusznie zniewolonej jednostki – wyrecytowałem i sięgnąłem po papierosy. Zapaliliśmy.
    – To chyba będzie to trudne do czytania… – wmieszał się Zbyszek. – Wcześniej gadałeś, że… to ma być o bólu… prześladowaniu… jeśli dobrze pamiętam…
    – I niesprawiedliwości społecznej – dorzucił Janek.
    – Właśnie, chłopaki, jak się to wszystko zbierze do kupy, to wychodzi problem społeczny… Poza tym – to moja odpowiedź na uwagę Józka – nie każda powieść musi być o tym… że się kochają albo nienawidzą. Jeśli chodzi o moją książkę, zapewniam was, że to będzie protest – zakończyłem i mrugnąłem do Janka, żeby rozlał resztę alkoholu.
    – Coś mi się zdaje, że to będzie… trudna do zrozumienia powieść – wystękał Zbyszek. – Czyli ty już dobrze wiesz, o czym napiszesz?
    – Zdrówko – wtrącił Janek.
    – Jak można myśleć o napisaniu książki… nie wiedząc, o czym się będzie pisało? Czy ty w ogóle rozumujesz? – odstawiłem pusty kieliszek. – Panowie, w tym szczególnym dniu… w związku z moimi planami literackimi… stawiam kolejną flaszkę. – Usłyszałem oklaski. Dałem pieniądze Tadkowi i poprosiłem, żeby skoczył do sklepu. Gdy tylko wyszedł, Janek zwrócił się do mnie:
    – To… powiedz coś jeszcze o tej twojej książce… 
    – Wolę nic nie mówić… bo znowu będziecie się śmiać… – odezwałem się nieufnie. – Jak napiszę parę stron… to powiem… Może nawet przeczytam…
    – Ale to by było… jakbyś dostał Nobla! – palnął Janek.
    – Nie żartuj sobie – warknął Bandytarski. – Alfred, powiedz, na wesoło w niej będzie… czy może na smutno?
    – Chyba już jesteście pijani. Widać, jak mnie słuchacie. Już mówiłem, że będzie o… bólu i niesprawiedliwości społecznej… To jak może być na wesoło? Czy wy pogłupieliście? Jak mając takie życie… mógłbym napisać coś wesołego? 
    – To prawda – zgodził się Józek.
    Zamilkliśmy na dłuższą chwilę. O czym ja z nimi rozmawiam, zastanawiałem się. Wyszedłem do kuchni przygotować coś do jedzenia.
     Wrócił Tadek i w momencie, gdy miałem odebrać od niego butelkę, poczułem straszny ból w lewej skroni. Złapałem się za głowę i chwilę jęczałem. Koledzy przybiegli do kuchni.
    – Co się dzieje? – zapytał przestraszony Józek. – Wezwać karetkę?
    – Oszalałeś… – wtrąciłem sycząc z bólu. – Już przechodzi… mam to od dawna… czasem tak mnie zakłuje… jakby ktoś wbijał gwóźdź…
    – Byłeś u lekarza? Prześwietliłeś głowę? – dociekał Zbyszek.
    – Nie gadaj mi o lekarzach… wypijcie sobie… muszę się położyć…
    – To my już pójdziemy – rzekł Józek. – Ruszajcie się!
    Koledzy opuścili mieszkanie. Zanim zamknąłem za nimi drzwi, usłyszałem kobiecy głos: – Milicję trzeba wezwać do tego pijaka! – Cholera, kiedyś się doigram – mamrotałem kładąc się na łóżku.

    Dopiero w poniedziałek w południe, po powrocie z niewielkich zakupów, zjedzeniu parówki na gorąco i wypiciu piwa poczułem się na tyle dobrze, że mogłem rozpocząć pisanie książki. Chodząc po pokoju i co rusz zerkając na zeszyt, szukałem pierwszego zdania. Postanowiłem, że debiut będzie miał najwyżej trzydzieści stron. Książka, a właściwie książeczka, miała być wiernym zapisem moich przeżyć w zakładzie psychiatrycznym.
    Mijały godziny, a ja wciąż nie miałem tej pierwszej, najważniejszej myśli. Byłem święcie przekonany, że jeśli ją znajdę, inne popłyną lawinowo. Denerwując się coraz bardziej, szukałem jak najprostszego początku. Wiedziałem, że pierwsze zdanie powinno zawierać w sobie coś takiego, co z miejsca przekona czytelnika, iż autor musiał długo nad nim myśleć.
    Czas płynął. Usiadłem przy stoliku i niczym posąg wpatrywałem się w leżącą przede mną, wciąż czystą kartkę zeszytu. Owszem, miałem już kilka gotowych zadań, jednak żadnego do końca nie akceptowałem. Zacząłem zdawać sobie sprawę, że napisanie książki nie będzie takie łatwe, jak mi się wydawało.
    Wreszcie, po wypiciu połowy drugiego piwa, ukonkretniłem zdanie, którego zalążek mniej więcej od godziny zawładnął moim umysłem. Wziąłem do ręki długopis i na pierwszej stronie napisałem: „Nie za górami, nie za lasami, ale w naszym kraju”. Następnie odczytałem na głos dziewiczy wers i pogratulowałem sobie.
    Prawie nie wychodząc z domu, wolno bo wolno, ale pisałem Dom wariatów przez całe dnie, a zdarzało się, że i w nocy, jeśli oczywiście czułem się na siłach. W porywach największego natchnienia, które – jak zauważyłem – rosło proporcjonalnie do wypitego piwa, musiałem mocno się uwijać, żeby zdążyć przelać na papier tłoczące się w mojej głowie myśli. By jak najmniej uronić z tego, co podpowiadała pamięć, pisałem tak, jak myślałem. Czasem żałowałem, że nie potrafię pisać oburącz, by lepiej i szybciej wszystko zanotować.
    Mimo iż literackiej pracy poświęcałem niemal wszystkie siły, to jednak – jakby podświadomie – niemal każdego dnia rezerwowałem trochę energii na koniec, kiedy to poddawałem surowej ocenie najnowszy fragment. Czułem, że tylko bardzo krytyczne podejście do tekstu może przynieść pożądany efekt. Cóż, niemal każdego wieczora, a właściwie nocy, zdarzało się, że czytając nowe wersy, zauważałem szereg potknięć. Gubiłem się w fabule, robiłem błędy ortograficzne, ale – przede wszystkim – często zupełnie nie rozumiałem tekstu! Nie miałem jednak czasu na nanoszenie poprawek, musiałem przeć do przodu. Chciałem, żeby moja książka jak najszybciej ujrzała światło dzienne.
    Oczywiście, nie obyło się bez innych niespodzianek. Ogromnym utrudnieniem, na które natrafiłem niemal od pierwszego akapitu, było to, że niektóre wspomnienia z Derborowa przeżywałem tak silnie, iż nie mogłem się powstrzymać od płaczu. Kapiące na papier łzy rozmywały słowa, czasem nawet zdania. Z odtworzeniem tych pierwszych było jeszcze pół biedy, gorzej wyglądała sprawa z utratą całej myśli. By ją odzyskać, nieraz musiałem wracać do poprzedniej, a czasem jeszcze do wcześniejszej, bywało nawet, że do początku pisania. Opóźniało to proces powstawania książki, ale nauczyło mnie jednego: pisarz w trakcie tworzenia nie może poddawać się emocjom.
    Od pierwszego dnia byłem tak przejęty pisaniem, że niewiele jadłem i prawie nie spałem. Czasem, co mnie śmieszyło, łapałem się na tym, że moja prawa dłoń sama wykonywała pisarskie ruchy, przeważnie gdy byłem już w łóżku i nie mogłem zasnąć.
    Po dwóch tygodniach literackich zmagań poszedłem do apteki i poprosiłem o krople walerianowe. Potrzebowałem czegoś na uspokojenie.
    Ani się spostrzegłem, jak minął trzeci tydzień pisania. Miałem gotowe trzy czwarte książki. Byłem z siebie zadowolony, że wykonałem kawał roboty! Fakt, że pozostało mi niewiele do końca, sprawił, iż robiłem coraz dłuższe przerwy. Zacząłem więcej jeść, lepiej też sypiałem. Nieustannie jednak targały mną wątpliwości, czy aby na pewno powinienem opisywać moją szpitalną gehennę? Szybko jednak się ich pozbywałem, tłumacząc sobie, że ludzie muszą wreszcie poznać prawdę o zakładach dla chorych psychicznie.
    Niestety, gdy już myślałem, że lada dzień skończę, któregoś wieczora postawiłem obok siebie ćwiartkę wódki i zdecydowałem się przeczytać to, co napisałem. Już po trzeciej stronie tak się zdenerwowałem, że pogniotłem zeszyt i rzuciłem w kąt! – Alfred, coś ty za pierdoły popisał? – pytałem siebie. Wściekły, wypiłem prawie całą butelkę i spaliłem niemal paczkę papierosów.
    Następnego popołudnia, wykorzystując jednak spore fragmenty, zacząłem Dom wariatów pisać od początku.
    W okresie mojej pracy literackiej niejednokrotnie odwiedzali mnie koledzy, najczęściej pojedynczo, co trochę mnie dziwiło, bo przecież dotąd przychodzili razem. Widząc jednak, że siedzę wściekły wśród porozrzucanych i porwanych kartek, wychodzili po kilku zdawkowych słowach. Tylko Józek raz posiedział dłużej. Żegnając się stwierdził, że chyba pracuję zbyt intensywnie. 
    Rękopis skończyłem dwudziestego drugiego listopada o godzinie osiemnastej. Był to tak szczególny moment w moim życiu, że zapisałem to pod ostatnim zdaniem.
   
    Niestety, nie udało mi się znaleźć wydawcy w Sarwerze. Przyparty do muru zdecydowałem się wydać książkę własnym sumptem, przy znacznej pomocy finansowej kolegów. Na początku grudnia zapukałem do niewielkiej drukarni na przedmieściu.
    Tydzień później odebrałem sto egzemplarzy mojego debiutu (taki był nakład) i jeszcze tego samego dnia wręczyłem po jednym kolegom. Chociaż wiedzieli, że rękopis ma trzydzieści dwie strony, bardzo się zdziwili, że Dom wariatów jest taki cienki. Zdenerwowało mnie to, więc odpowiedziałem, żeby sami napisali coś grubszego.
    Nazajutrz po południu nieoczekiwanie wszyscy zjawili się u mnie. Od razu wyczułem, że coś niedobrego wisi w powietrzu, bo przywitali się chłodno. Gdy tylko usiedliśmy, pierwszy odezwał się Tadek:
    – Alfred, jak zapewne zauważyłeś, przyszliśmy do ciebie razem i znienacka, poważni  i bez wódki. Jesteśmy, że tak powiem, oficjalnie – przerwał na moment. Pomyślałem, że pewnie są pod wrażeniem książki i zaraz rzucą się na mnie z uściskami, pogratulują. – Przeczytaliśmy Dom wariatów – dodał z naciskiem i wyciągnął papierosy. – W imieniu nas wszystkich chcę powiedzieć… – znowu się zatrzymał. Pot płynął mi po plecach. – Chcę powiedzieć, że książkę każdemu z nas czytało się bardzo ciężko. Twoja opowieść napisana jest jakimś dziwnym, ciężkim i mało przystępnym językiem. I, co martwi najbardziej, trudno z niej cokolwiek zrozumieć… 
    – Wynocha z mojego domu! – nie dałem mu nawet dokończyć. Zerwałem się z krzesła i pokazałem drzwi. – Wynocha, nieuki jedne!
    – Alfred, na głowę upadłeś?! – zawołał Józek.
    – Raczej wy! Do widzenia! Nie będziecie mnie obrażać! Krytycy się znaleźli!
    – Chłopaki, idziemy – rzekł spokojnie Bandytarski i wyszedł pierwszy. 
    – Przyszli się mądrzyć, przyszli się mądrzyć – powtarzałem w kółko, patrząc przez okno za oddalającą się czwórką. – Jak się wam nie podoba mój język, to trzeba było nie czytać, nikt was do tego nie zmuszał!
    Wróciłem do pokoju i postanowiłem niezwłocznie przeczytać Dom wariatów od nowa. – Zobaczymy, co też chcą od języka – szeptałem sięgając po piwo. Już po pierwszym zdaniu: „Nie za górami, nie za lasami, ale w naszym kraju” wstałem i zapaliłem z nerwów. Nie, to chyba niemożliwe, żebym tak zaczął… Czytałem dalej. „Przeżyłem piekło z winy partii znienawidzonej przez naród i podległych mi robotników w fabryce «Gleba» w Sarwerze, mieście położonym nad rzeką Kicią, gdzie pełno czerwonych sukinsynów, a także esbeków, czyhających na takich jak ja, którzy nie poddali się totalitaryzmowi. Oto wyznania moje, zatarte nieco przez czas i najróżniejsze choroby, z których lunatyzm i amnezja należą do najłagodniejszych, bo głównie prześladuje mnie schizofrenia, która to niewątpliwie przyczyni się do mojej tragicznej śmierci, przeczuwam to niemal każdego dnia. Boję się tej schizofrenii nie mniej niż partyjniaków z «Gleby» i z Sarwera, co to kazali esbekom wywieźć mnie do Derborowa, zamknąć tam, zniewolić, zniszczyć”. Uf, starczy. Faktycznie, mogłem zacząć lepiej, stwierdziłem w duchu. Cholera, może chłopaki mają rację? Trudno, nic już teraz nie poradzę, książka wyszła. Trzeba będzie wytrzymać krytykę i bronić się, jeśli zajdzie taka konieczność.

    Po kilku dniach, w sobotę po południu odwiedził mnie Bandytarski. Zaskoczony otworzyłem drzwi i sztucznie się uśmiechając, zaprosiłem go do środka. Byłem w podłym nastroju, ponieważ dziś w lokalnej gazecie bardzo brzydko napisano o moim debiucie. Józek od razu zauważył, że jestem nieswój i zapytał, czy stało się coś złego? Nie odpowiedziałem. Zapraszając go do pokoju, przeprosiłem za incydent sprzed paru dni.
    – Myśmy się też nie popisali – stwierdził i postawił reklamówkę przy szafce, usłyszałem brzęk szkła. – Mam nadzieję, że już nie żywisz urazy do mnie i chłopaków za to, co powiedzieliśmy o książce. Głupio wyszło... Jak wracaliśmy od ciebie, doszliśmy do wniosku, że przesadziliśmy. Nie nam oceniać twoje pisanie. Twój język ma prawo być dla nas za trudny. Nie znamy się na pisaniu, nie byliśmy w domu wariatów, nie znamy piekła, przez które ty przeszedłeś. Nie złość się na nas. – Wstałem i podszedłem do okna, żeby ukryć wzruszenie. – Wiesz, Alfred, myślałem, że mnie nie wpuścisz… a wiesz, że cię lubię… Idąc tu całą drogę myślałem tylko o jednym, żeby przez tamto zdarzenie nie urwała się nasza znajomość.
    – No wiesz? Jak coś takiego mogło przyjść ci do głowy. Ja też cię lubię... – odwróciłem się wolno. – Miałem cię odwiedzić, ale przyznam, że przez całą tę historię z książkę trochę się pogubiłem… Poza tym z moim zdrowiem znowu coś nie tak… – usiadłem.
     – Idź do lekarza.
    – Kto wie… – odezwałem się zamyślony. Zastanawiałem się, czy Józek czytał dzisiejszego brukowca. Nie miałem odwagi zapytać wprost.
    – Alfred, to dobrze, że się nie gniewasz… Daj kieliszki. – Sięgnąłem do szafki. – Za naszą znajomość! – Gdy wypiliśmy, dodał: – Wiem, że aby zrozumieć niektóre książki,  trzeba je przeczytać parę razy. Pamiętam, jak w technikum przerabialiśmy Dziady. Chyba tylko polonista i jedna dziewczyna wiedzieli, o co chodziło Mickiewiczowi. Kto wie, może podobnie będzie z twoim Domem wariatów. Mam ze sobą twoją książkę. Zanim podpiszesz mi swoje dzieło, wypijmy!
    – Nie żartuj sobie, jakie to tam dzieło… Ważne, że zapisałem to, co przeżyłem, już teraz to nie zginie. Wiesz… jak was wtedy… wyrzuciłem… to strasznie byłem na siebie zły. Lubię cię, więc powiem ci w zaufaniu, że od dawna zdarzają mi się sytuacje, w których zachowuję się nazbyt impulsywnie, żeby nie powiedzieć dziwnie. Martwi mnie, że im    jestem starszy, tym problem narasta. Józek, z moim zdrowiem jest niedobrze od dawna, ale po Derborowie w ogóle nie mogę się pozbierać.
    – I wcale ci się nie dziwię, już same doświadczenia w szpitalu mogły zniszczyć twoją psychikę – ze zrozumieniem odezwał się Bandytarski. – Nikt nie jest z żelaza. Najważniejsze, żebyś zaczął pracować i zarabiać, bo w końcu zabraknie ci na chleb. Pogadam z chłopakami, sam też się rozejrzę, może coś znajdziemy, w końcu jesteś inżynierem…
    – Inżynierem z żółtymi papierami...
    – E tam, komuna już prawie upadła, to i te papiery są niewiele warte. Uważam nawet, że niedługo mogą się stać twoim atutem, dowodem na to, że byłeś prześladowany przez czerwonych. – Uradowany wstałem, objąłem go. Cholera, że też sam na to nie wpadłem. – Tylko uzbrój się w cierpliwość, a przekonasz się, że mam rację. Nie na darmo mówi się o tobie w mieście.
    Wypiliśmy za naszą lepszą przyszłość, zapaliliśmy. Józek wyjął książkę z reklamówki. – Widzę, że dziś całkiem inaczej się z tobą rozmawia – zaczął uśmiechając się. – Mam prośbę, zanim machniesz autograf, objaśnij mi kawałek tekstu z drugiej, trzeciej i czwartej strony. Jakoś nie mogę zrozumieć.
    Zdziwiłem się. Co trudnego było w mojej prozie? Kolega widząc, że spoważniałem, znowu sięgnął po butelkę. Wypiliśmy. Po chwili, gdy wódka trochę mnie rozluźniła, powiedziałem: – Skoro tak ci na tym zależy… 
    – Alfred, kawałków, których nie rozumiem, jest dużo więcej, ale nie chcę cię męczyć – zaznaczył, a we mnie aż się zagotowało. – Może jak wyjaśnisz te na początku, to i inne staną się jasne. Wiesz, podczas czytania często myślałem, że albo piszesz dla mnie za mądrze, albo to wszystko nie trzyma się kupy – zakończył krytycznie.
    – Wypraszam sobie takie uwagi! – zareagowałem gburowato, ale zaraz się zreflektowałem. – Dobrze, zaraz to sobie wyjaśnimy... Nie pojmuję, z czym mogłeś mieć problem? – zacząłem nerwowo stukać palcami po stole. – Gdy tylko cię zobaczyłem, miałem przeczucie, że czepisz się książki… – wtrąciłem jakby od niechcenia.
    – Nie przesadzaj. Jako twój serdeczny kolega chyba mam prawo zapytać?  
    – Czytaj już te twoje niejasności... – zgasiłem niedopałek. 
    Bandytarski przez moment wpatrywał się w tekst. – Mam. „…W sali lekarze uderzali nas, czym popadło, co tylko mieli pod ręką, bamboszem albo ścierką, a raz dostałem nawet latarką, i to taką na trzy baterie er dwadzieścia, to chyba coś było nie w porządku z tą szpitalną obsługą? W papierach też mieli bałagan, mówili o tym nawet ci, co przyjeżdżali po śmieci w poniedziałki i czwartki” – przerwał. – Na moje, to powinno być ś m i e c i e – spojrzał mi w oczy.
    Odruchowo sięgnąłem po papierosa. – Czepiasz się. Śmieci czy śmiecie, co za różnica?! Chyba każdy wie, o co chodzi! Czytaj dalej, nie będziemy się spierać o takie pierdoły!
    Józek kontynuował: „I wtedy, po którymś uderzeniu, całkowicie zresztą niesłusznym, coś mnie rozbolała głowa, jak nigdy dotąd, i krew mi z nosa poleciała, a racji nie mieli, bo – w przeciwieństwie do innych pacjentów – ja byłem jak najbardziej zdrowy i posłuszny, schodziłem z drogi nie tylko ordynatorowi, ale wszystkim z personelu, nawet takiej drobnej pielęgniarce, co pieprzyła się nie tylko z lekarzami, wszyscy to wiedzieli…” – zamilkł. Zrobiło mi się gorąco. Czułem, że powie coś niemiłego. – Chcę zaznaczyć, że przeczytałem jedno zdanie, strasznie długie, nie można złapać oddechu.
    – A kto ci zabrania oddychać? – obruszyłem się, wstałem i zacząłem chodzić nerwowo wokół stołu.
    – Fakt… Usiądź. I dalej, z tej samej strony: „Tak, to właśnie akurat w tym momencie, po ciosie latarką, przyszło mi do głowy, że muszę napisać książkę. Nie tylko dlatego, że niesłusznie oberwałem, nie tylko przez to częste bicie mnie i innych, ale żeby zarejestrować prawdę o tym całym szpitalu i personelu, o tych sadystach i złodziejach, bo z kuchni wynosili, co tylko się dało, a my głodowaliśmy, co zauważyła cała jedna rodzina, jak przyjechała na widzenie. Chociaż, jak się później okazało, niepotrzebnie jechali z drugiej części Polski, bo Witek ich nie poznał, tak mu się pomieszało w głowie. Podobno żona go nerwowo wykończyła. Mieli wypadek samochodowy, Witkowi coś się stało wewnątrz głowy, ale jeszcze wtedy kontaktował, był do wyleczenia. Ale ona już do niego nie przyjeżdżała, a on, jak opowiadał mi jeden sanitariusz, codziennie na nią czekał, płakał za nią, nawet inni z nim płakali, ale jeszcze się trzymał, jeszcze była szansa, że dojdzie do siebie. I gdy był już blisko wyjścia z zakładu, na widzeniu usłyszał od matki, że żona zdradziła go z takim jednym, co przychodził regulować gaz w kuchni. Witek już tego nie wytrzymał i zwariował…”.
    – To na pewno jest z mojej książki? – przerwałem, bo to, co słyszałem, rzeczywiście było straszne.
    – Przecież nie z mojej.
    – Jeszcze chcesz coś przeczytać? – burknąłem.
    – Tak, teraz z kolejnej strony. Słuchaj… „Personel w tym szpitalu to najwięcej siedział i pił kawę, i palił papierosy, i nas wszystkich sztorcował i wyzywał od najgorszych! Z tego też wzięła się inspiracja na książkę. Chcę, żeby się świat dowiedział, jak to w naszym  państwie traktuje się umysłowo chorych, zarówno prawdziwych, jak i takich jak ja, co to wbrew własnej woli, niesłusznie i na siłę zostali tam przywiezieni, bo byli niebezpieczni! Nie mogę tu napisać dla kogo najbardziej, bo oni jeszcze są wśród nas i mogą mnie zniszczyć do końca! I żeby nas uspokoić, bo ciągle byliśmy głodni i zdenerwowani, głównie przez to nieustanne śledzenie oraz upokarzanie i odbieranie resztek człowieczeństwa, dawano nam pod przymusem, czyli na siłę, całe garście tabletek, po których robiliśmy się tak obojętni, że nawet jak jeden drugiemu wszedł w drogę, to żaden się nie zdenerwował, tak nas zneutralizowali, znaczy nasze nerwy” – Józek przerwał na chwilę. Matko Boska, to chyba nie ja napisałem coś takiego. – „A przecież wciąż byliśmy obywatelami tego kraju, w którym wbrew Konstytucji w tym konkretnym szpitalu do granic wytrzymałości niszczyło się jednostkę, wcześniej już i tak ubezwłasnowolnioną przez czerwony reżim. I co trzeba podkreślić, często niszczyli nas ludzie nie z przyjemności sadystycznej, tylko ze zwyczajnego ludzkiego strachu, oczywiście na polecenie odpowiednich funkcjonariuszy-zwyrodnialców działających z zewnątrz, którzy bezkarnie doprowadzali do upadku takich jak ja. Jak wcześniej napisałem, żeby nas zobojętnić, uspokoić, otumanić, dawali nam całe mnóstwo tabletek w różnych wielkościach i kolorach, na przykład imipraminę i klomipraminę, więcej nazw nie pamiętam…” – Uf, starczy. Alfred, nie uważasz, że to się źle czyta, że napisane jest byle jak, na łapu-capu? Piszesz o wszystkim naraz… Akcja jest niewyraźna, rwana. Trudno się połapać, o co ci tak naprawdę chodzi – znęcał się nade mną Bandytarski. Gdybym tylko mógł, zapadłbym się pod ziemię. – Styl, nawet dla kogoś takiego jak ja, pozostawia sporo do życzenia. Nie znam się na pisaniu, ale nie będę ci kadził, że jest dobrze, bo byłbym nieuczciwy wobec ciebie. Trochę ci się dziwię, w końcu jesteś inżynierem, to powinieneś był lepiej napisać. Sporo powiedziałem, ale szczerze. Mam nadzieję, że się nie obrazisz.
    Resztkami sił powstrzymałem łzy. Cóż, krytyka była słuszna. – Jaki tam ze mnie inżynier… – odezwałem się półgłosem i westchnąłem. – Daj mi chwilę pomyśleć… – obracając w palcach pusty kieliszek, doszedłem do wniosku, że przecież tak naprawdę Bandytarski nic o mnie nie wie. Gdyby nie ZMS, partia i ZSMP, nigdy nie skończyłbym technikum ani studiów. Raz, że nie miałem głowy do nauki, a dwa, kiedy niby miałem się edukować, skoro zarówno w szkole średniej, jak i na politechnice, gros czasu zabierała mi działalność polityczna.
    Wstałem, zacząłem chodzić. Nie wiedziałem, co powiedzieć, jak wytłumaczyć pisarską nieudolność? Spojrzałem na książkę, najchętniej porwałbym ją na strzępy! Zrozumiałem, jak dużym błędem było to, że przed drukiem nikomu nie dałem przeczytać maszynopisu. Mogłem poprosić o to chociażby Bandytarskiego, na pewno sporo by pomógł. Cóż, co się stało, to się nie odstanie. Patrząc przez okno, wróciłem myślami do lokalnego dziennika, w którym rano ukazała się druzgocąca recenzja. Wyszedłem do drugiego pokoju i raz jeszcze rzuciłem okiem na „Gazetę Sarwerowską”, a konkretnie na artykuł zatytułowany Debiut… analfabety. Dziennikarz w ostatnim wersie napisał: „Autora książki trzeba na gwałt poddać leczeniu, a po odzyskaniu przez niego pełni władz umysłowych – nauczyć poprawnie pisać”. Skurwysyn, pomyślałem i wzburzony wróciłem do Józka.
    – Wiesz, zawsze można napisać lepiej – odezwałem się wreszcie. – Wyszło jak wyszło, nie będę się zadręczał. Może faktycznie trzeba było jeszcze poczekać z drukiem, popracować nad tekstem… Jednak wątpię, czy przy moim złym samopoczuciu coś by to dało.
    – Trzeba było spróbować. Dlaczego tak nie zrobiłeś?
    – Hm, odpowiedź nie jest prosta… – usiadłem i zamyśliłem się. Mój pośpiech wynikał z kilku powodów. Pierwszy – chyba najważniejszy – był taki, że obiecałem rodzicom napisać książkę i chociaż umarli, chciałem jak najszybciej dotrzymać słowa. Po drugie, obawiałem się o moją pamięć, przecież z każdym dniem coś z niej ulatywało. Dręczył mnie niepokój, że jeśli szybko nie spiszę mojej historii, niewiele będę miał do przekazania. Trzecim powodem zaś był… nadmiar wolnego czasu. Nagle przypomniała mi się wczorajsza rozmowa w sklepie z kolegą z fabryki, który przeczytał Dom wariatów. Z wrażenia zapomniałem zapytać, skąd miał egzemplarz. – Józek, jednemu znajomemu książka się podobała! – wyskoczyłem jak  filip z konopi. – Nawet mi pogratulował. Nie rozumiem tylko jednego… dlaczego na koniec powiedział, że dawno nie czytał czegoś tak zabawnego? Przecież, do jasnej cholery, opisałem ludzkie nieszczęście, to co tam jest śmiesznego?
    – Może rozbawił go język? – podpowiedział Bandytarski.
    – Język? – spytałem zdumiony.
    – Tak…
    – Znowu zaczynasz.
    – Spokojnie. Nie mam zamiaru cię denerwować. Najważniejsze, żebyś wyciągnął wnioski z debiutu, zastanowił się nad tym, co zrobiłeś źle. Może ci się to przydać w dalszym pisaniu. Chyba nie wykluczasz, że jeszcze coś napiszesz?
    Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zaskoczył mnie pytaniem.
    – Słuchaj, przeczytam jeszcze jeden fragment, moim zdaniem równie pokręcony jak poprzednie, a może nawet bardziej – rzekł niespodziewanie.
    – Czytaj, byle szybko!
    – Zaraz znajdę… O, już mam, strona szósta... „Za zakratowanym oknem świecił  księżyc, a ja smutny patrzyłem na niego, bo akurat uczepił się mojego lufcika. Ten z drugiego łóżka znowu zaczął wrzeszczeć, ale przycisk nie działał, pielęgniarz nie przyszedł, ale nawet jakby działał, to też by nie przyszedł, bo wszyscyśmy wiedzieli, że o tej porze jest z pielęgniarką. Burdel to był a nie szpital! Tamten krzyczał, a ja coraz bardziej nie wyrabiałem nerwowo, w końcu zatkałem uszy palcami i dopiero teraz mogłem w miarę normalnie rozmyślać nad niesprawiedliwością świata w ogóle i nad tą drugą, indywidualną  niesprawiedliwością, dotykająca mnie bezpośrednio” – przerwał, zrobił kwaśną minę. – „Tak rozmyślając, kolejny raz doszedłem do wniosku, że ta druga niesprawiedliwość wzięła się na pewno z tej pierwszej niesprawiedliwości i z tego, że stałem się opozycjonistą wobec partii, w rezultacie czego moi dawni towarzysze wsadzili mnie do Derborowa. Myśleli, że w ten sposób potrafią zatrzymać ruch wyzwoleńczy i pragnienie wolności przez robotników, ale nie tylko, bo inteligencja, do której sam, a jakże, należę, też miała już dość dyktatury! Towarzysze pomylili się, bo oto socjalizm skonał na ich zaślepionych, zapuchniętych od nienawiści i wódki oczach! Wierzę, że wraz z nim raz na zawsze przestaną istnieć przymusowe, niesprawiedliwe domy wariatów. Dziś, pisząc książkę od rana, kolejny raz rozmyślam o niesprawiedliwości społecznej, że się z nią nie godzę. I wciąż trzęsąc się ze złości, z wielkim trudem i bólem piszę swoją pierwszą powieść, żeby była ostrzeżeniem na wypadek, gdyby znowu pojawili się tacy, co zechcą wprowadzić totalizatoryzm…”
    – Chyba totalitaryzm – poprawił mnie Józek.
    – Oczywiście… Coś mi się pochrzaniło.
    – Przeczytałem prawie całą stronę, chyba się zgodzisz, że brakuje w tym wszystkim logiki, zdania są długie – podsumował i wyjął z reklamówki dwa piwa.
    – Jasny gwint, że też napisałem coś takiego. I jeszcze ten totalizatoryzm… Faktycznie, mogłem to zrobić lepiej – stwierdziłem samokrytycznie. – Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale wydaje mi się, że może jednak przy uważnym czytaniu co nieco da się zrozumieć – próbowałem się bronić. – Zauważ, że to moja pierwsza próba literacka, frycowe trzeba zapłacić. Na błędach się uczymy. Nie popełnia ich tylko ten, kto nic nie robi – stwierdziłem filozoficznie i otworzyłem podane mi piwo.
    – Powiem tak, najważniejsze, żebyś miał przekonanie do tego, co napisałeś i umiał się obronić w razie czyichś zarzutów – rozsądnie podpowiadał kolega. – Dasz sobie radę!
    – Też tak uważam.
    – W każdym razie życzę ci, aby twoje koszmarne przeżycia przeczytało jak najwięcej ludzi – przerwał. Zamyślił się chwilę i dodał: – Coś mi teraz przyszło do głowy… A może tego twojego bólu, dramatu, czy jakby tego nie określić, nie dało się opisać inaczej? Może trzeba było właśnie tak, szaleńczo i chaotycznie? Żeby aż czytelnik poczuł całe to szpitalne wariactwo? Na moje, to o bólu nie da się pisać pięknie. Boleść to boleść! – Józek podniósł głos. – Mnie też bolą różne rzeczy, może kiedyś ci o tym opowiem… – dodał ciszej. – Jak boli autora, to powinno też zaboleć czytającego. Tak myślę, dokładnie tak myślę…
    Spojrzałem na niego z szacunkiem.
    – Aleś pięknie powiedział… Masz rację, że mój ból, a właściwie ból tych wszystkich, którzy byli ze mną w Derborowie, powinni poczuć inni ludzie, znaczy czytelnicy. Pozostaje tylko pytanie, czy Dom wariatów niesie w sobie to wszystko, co przed chwilą tak pięknie ująłeś? Na pewno nie podlega dyskusji, że jest dokumentem na temat ludzkiego cierpienia… Powiem więcej, według mnie jest jednym wielkim, niekończącym się oskarżeniem totalitarnego systemu – czułem, że pieką mnie poliki. – Stąd, Józek, chwilami to wielkie uniesienie w pisaniu, niekontrolowany słowotok, który prawdopodobnie nie do końca opanowałem, ale czy mogłem okiełznać kawalkadę wspomnień? – Kolega patrzył na mnie i chyba nie oddychał. Szturchnąłem go, poruszył się. – Och, żebyś ty wiedział, jakże często w literackim zwidzie nie mogłem zapanować nad wzruszeniem… – mówiłem coraz wolniej, gdyż alkohol szumiał mi w głowie. – Gdybyś wiedział… jak od pisania bolał przegub dłoni, jak dokuczały odciski od ściskania długopisu… to inaczej spojrzałbyś na Dom wariatów – zapaliłem papierosa i dodałem: – Styl jest twardy, gdyż rzeczywistość w zakładzie też była twarda... Mój styl, to styl zrodzony z bólu – wyznałem wzruszony, bowiem w tym momencie przypomniałem sobie okratowaną izbę w Derborowie. – To styl-ból… a może ból-styl? Józek, być może w tym momencie, również dzięki tobie… stworzyłem nowe słowo… a może nawet kierunek literacki? – zakończyłem kompletnie wyczerpany.
    – Może i tak… Alfred, ta cała rozmowa jest już dla mnie zbyt trudna i… za męcząca – wyznał i zaczął wolno chodzić po mieszkaniu. – Masz strasznie brudne szyby, powinieneś je umyć – zauważył. Nie twoja sprawa, odpowiedziałem w duchu. – Już mi głowa pęka od tej naszej dyskusji – rzekł, siadając obok mnie. – Może i pięknie przedtem powiedziałem… Pojęcia nie mam, skąd coś takiego przyszło mi do głowy?
    Siedzieliśmy dłuższą chwilę w milczeniu, wreszcie mój gość odezwał się: – Słyszałem, że podobno piszesz coś nowego, to prawda?
    – Co? Kto naopowiadał ci takich głupot?! – zareagowałem impulsywnie.  
    – Spokojnie… przecież tylko najzwyczajniej w świecie zapytałem. Nie rozumiem twojego wzburzenia – zamilkł i wstał. – Chyba już pójdę, bo znowu się pokłócimy.
    – Proszę bardzo, droga wolna! Nikt cię nie trzyma! – krzyknąłem i podchodząc do drzwi otworzyłem je. – Żegnam pana!
    Józek przez moment spojrzał mi w oczy i bez słowa opuścił mieszkanie.
    Już po chwili żałowałem, że tak go potraktowałem. Przez przypadek wszedłem do pokoju rodziców, na szafce leżał zeszyt, na którym napisane było: Twarz bez twarzy. Poniżej, w nawiasie: Kryminał. Jakoś nie mogłem przypomnieć sobie momentu, w którym to zanotowałem. – A więc jednak chodzi mi coś po głowie – szepnąłem. – Zbieraj siły na nową książkę – powiedziałem sam do siebie. – Na pewno wyjdzie ci lepiej niż debiut.
     Popijając piwo w kuchni, klepnąłem się w czoło. – Przecież Józek był w tamtym pokoju i dlatego zapytał, czy piszę coś nowego – wymamrotałem i poszedłem po zeszyt, porwałem go i wyrzuciłem do kosza.


Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.

 Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.



autor:gres wyświetleń: 2197

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany!


komentarze:


status: UŻYTKOWNIK przeciętny

29 Listopada 2011, godz: 00:03

+ 2 - 0

Jaki jest sens spamowaniem tą ćwokowamipirią skoro nikt tego nie czyta? ;x



status: MODERATOR super

29 Listopada 2011, godz: 19:08

+ 0 - 0

@wonsz_sluga_jaszczembia
a skąd wiesz?



status: UŻYTKOWNIK dobry

1 Grudnia 2011, godz: 21:18

+ 1 - 0

podzielam zdanie, że to jest spamowanie. Tutejsi bywalcy już nawet nie piszą- "czekamy na kolejną część" itp.
znaczy się- nie czekają



status: UŻYTKOWNIK przeciętny +

3 Grudnia 2011, godz: 15:57

+ 1 - 0

Ot to ;P



status: UŻYTKOWNIK śmiały +

11 Grudnia 2011, godz: 14:45

+ 1 - 0

Nie czekam na kolejną część, ponieważ już dawno przeczytałam książkę:-) Pozdrawiam!



status: ADMINISTRATOR

11 Grudnia 2011, godz: 16:24

+ 1 - 0

Publikacja Ćwokowampirii na Łukta-City została zawieszona. Powodem było zbyt małe zainteresowanie opowiadaniem, co zauważył nawet sam autor.


 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski