login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Zapraszamy do galerii zdjęć "Łukta Dawniej".



14 Marca 2012, godz: 09:06

Gdy myślę… Łukta (14) - Taka miłość…


Gdy myślę… Łukta
Taka miłość…

         
          Przez kilkanaście lat grałem w zespole muzyczny w Łukcie. Najpierw jako 16-latek  na marakasach (duże grzechotki). Trząchałem nimi w remizie strażackiej na zabawach, na dancingach w „Kormoranie”, na potańcówkach we Florczakach, Wynkach, Dągu, Ramotach i Molzie. Oj, natrząchałem się. Proszę sobie wyobrazić takie trząchanie od ósmej wieczorem do piątej rano. Przez pierwsze grania tak weszło mi to w krew, że trząchałem rękoma nawet wtedy, gdy nie miałem marakasów. Jak Charlie Chaplin, gdy dokręcał śruby…
          Dopiero po roku usiadłem do prowizorycznej perkusji. Mój debiut splótł się z dożynkami w Koziej Górze. Grałem wtedy z bratem Andrzejem i dwoma Jaworszczakami, Edkiem i Witkiem. Mieliśmy grać od dwudziestej do szóstej. Szybko się okazało, że nasz repertuar wystarczy zaledwie na około dwie godziny. W sumie mieliśmy opracowanych trzynaście kawałków, od „Piękne życie spędzają kowboje” po „Nie płacz kiedy odjadę”. Rozwiązanie znaleźliśmy szybko, po prostu wydłużyliśmy czasowo utwory i w ten sposób grania mieliśmy na cztery godziny.
          W upływie czasu pomogli nam wtedy zabawowicze. Około północy wywiązała się bójka między mieszkańcami Koziej Góry a „gośćmi” z innych wsi. Walka na pieści, sztachety i brony trwała na tyle długo, że większość ludzi zapomniała, co graliśmy i najspokojniej w świecie mogliśmy znowu zacząć od „Piękne życie spędzają kowboje”. Pijane towarzystwo specjalnie nie przejmowało się ubogością naszej muzycznej propozycji. Owszem, ktoś czasem rzucił podczas słusznie należącej się nam przerwy, że mamy grać, albo oddać forsę, ale myśmy się tym nie przejmowali. W sytuacjach skrajnych wołaliśmy dyrektora, który popijał z kompanami w innym budynku. Szef pegeeru wgramoliwszy się na prozaiczną scenę szybko uspokajał towarzystwo, grożąc, że jak komuś nie podobają się muzykanty, to niech sobie radia posłucha. Bywało, że dyrektor najbardziej krewkich straszył zwolnieniem z pracy.
          No to graliśmy w Koziej Górze te swoje umpa-umpa, raz lepiej, raz gorzej. Czasem ja odwalałem solówkę, a ludzie tańczyli. Nieważne, że inne instrumenty milczały, istotny był rytm: um-ta-ta, albo bum-ta-ta…
          To właśnie podczas jednej z perkusyjnych solówek dostrzegłem dziewczynę wyjątkowej urody. Szybko przerwałem wywijanie pałkami i poprosiłem Edka, żebyśmy zagrali „Nie płacz kiedy odjadę” (muszę dodać, że do Koziej Góry przyjechaliśmy wozem konnym). Sentymentalny, ckliwy, wręcz dramatyczny utwór chyba zadziałał na dziewczynę, bo puściła do mnie oko. Chyba się jej spodobałem. W kolejnej przerwie podszedłem do niej i umówiłem się na spotkanie po dożynkowym graniu.
          Koledzy z zespołu wrócili do Łukty jakimś rozdygotanym, pordzewiały żukiem, a ja i Grażyna poszliśmy nad pobliskie jezioro. Siedzieliśmy jakiś czas bez słowa. W końcu ona powiedziała, że się we mnie zakochała od pierwszego wejrzenia. Ja powiedziałem jej to samo. Po tych słowach niestety zasnąłem ze zmęczenia. Po przebudzeniu zauważyłem, że jestem przykryty jakimś swetrem. W jego kieszeni znalazłem kartkę ze słowami: „Nie chciałam Cię budzić. Wracam do domu. Mieszkam w Ględach. Wiem, że jesteś z Łukty, jakoś Cię odnajdę”.
          Z trudem podniosłem się z ziemi, słońce stało wysoko. Wróciłem do wsi, z której do domu miałem ponad siedem kilometrów. W uszach ciągle słyszałem „Nie płacz kiedy odjadę”.
          Zatrzymałem się dopiero na mostku koło Chudego Dworu, napiłem się wody z rzeki. I wtedy usłyszałem: „Jak mogłeś zostawić mnie samą nad jeziorem?” Spojrzałem w stronę wielkiej wierzby. Grażyna, ubrana w białą suknię, poprawiała oburącz włosy. „To ty mnie zostawiłaś”, odpowiedziałem i próbowałem się do niej zbliżyć. Na próżno. Każdy mój krok oddalał ją o taką samą odległość. To było dziwne. Bardzo dziwne. Chciałem ją poprosić, by się nie ruszała. Ale ona wtedy rozłożyła szeroko dłonie i zmieniła się w łabędzia. Za moment poszybowała nad polami w stronę Komorowa. Pobiegłem za nią.
„Zamiast grać, położyłeś się za perkusją! Co ty sobie wyobrażasz?!”, nerwowo odezwał się Edek. „Czy nie widzisz, że ludzie się denerwują?”
Spojrzałem w stronę sali. Nie było ścian, podłogi. Tylko jezioro i łabędzie.  
                 

Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.

© Ilustacje: Grzegorz Malinowski




autor:gres edycja:gres wyświetleń: 2166

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany!


komentarze:


status: UŻYTKOWNIK wytrawny

16 Marca 2012, godz: 21:05

+ 0 - 0

Jeżeli to była miłość to mam nadzieję, że usiłowałeś ją szukać


 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski