login:

hasło:

zaloguj   |   rejestracja


Zapraszamy do galerii zdjęć "Łukta Dawniej".



4 Kwietnia 2012, godz: 10:59

Gdy myślę… Łukta (15) - Wielkanoc (z toporkiem w tle)


Gdy myślę… Łukta
Wielkanoc (z toporkiem w tle)


          W niektórych dziedzinach i sprawach gmina Łukta jest konserwatywna, dlatego w dzisiejszej refleksji postanowiłem napisać dytyramb na cześć lokalnych strażaków. Bardziej może tych, którzy już odeszli do Krainy Wiecznych Nie-Pożarów, niż tych, którzy muszą od czasu do czasu chwycić za motopompę, wąż, sikawkę i pilarkę, bo albo trawy płoną palone bezmyślnie, albo zwarcie instalacji w stodole, albo grom z nieba wznieca ogień. Strażackie poświęcenie – w odczuciu niektórych tych mundurowych – jest dla nich pośmiertną ekspiacją. Możliwe, do końca na tym się nie znam. Na pewno jednak wierzę w wieczny żywot ludzkiej duszy. Strażackiej przede wszystkim, bo dla mnie ich walka z czerwonym kurem jest tożsama ze zmaganiem się z ogniem piekielnym!
          Łukciańskich strażaków cenię nie tylko za ich odwagę. Także za wierność tradycji kościelnej. Wszak to oni, jak pamiętam, chyba od zawsze, w Wielką Noc stoją na straży Grobu Chrystusa i trzymają wartę. Po dwóch szeregowych (może nawet i podoficerów) stoi po 20-30 minut na „baczność” i strzeże Grobu przed Złym. To bardzo trudne zadanie. Proszę dla sprawdzenia stanąć w takiej postawie i nie ruszać się 5 minut. Zrozumiecie Czytelnicy, że nie sposób to znieść. A co dopiero pół godziny!
          Dawniej, gdy w Łukcie był może jeden telewizor, no, może dwa, strażacy też pilnowali Grobu. Wśród nich byli moi sąsiedzi, wujkowie, starsi bracia stryjeczni i cioteczni. Wszyscy oni byli kochani, bo nam gówniarzom też czasem dali POSTAĆ. Szczególnie wtedy, gdy w remizie na dobre odchodziła gra w baśkę i pokera, a w ciasnej sali, od papierosów, w powietrzu można było powiesić siekierę. Do tego dochodziły opary i smród alkoholu. Do dziś nie mogę pojąć, jak zmieniano wartowników? Kto tak naprawdę pilnował Grobu. Do północy na pewno my, gówniarze, ale kto potem? Jako nastolatek kręciłem się miedzy stołami         rozhazardowanych poskramiaczy ognia. Pamiętam ich mętne oczy i zaciętość na twarzy. Liczyła się każda wygrana (a jeszcze bardziej przegrana) złotówka.
          W karcianej zawziętości nikt nie słuchał szefa, nie było chętnych do zmiany straży. Zatem sięgano po „rezerwę”, czyli po nas, młokosów. Ubierano nas w strażackie mundury, na głowy nakładano przyduże hełmy, a toporki dyndały nam do samej ziemi. Podnieconych i nieco wystraszonych prowadzono do kościoła i stawiano na „baczność” przy Grobie. Pamiętam, że niektórzy mdleli po kilkunastu minutach. Inni siadali w ławce, gdy było im słabo. Byli wśród nas i tacy, którzy potrafili wystać kwadrans a nawet dłużej. Tym też było ciężko, bo oprócz normalnej męczarni, rozśmieszani byli przez kolegów i koleżanki. Każde spojrzenie na kościół groziło paroksyzmem śmiechu. Dziewczyny puszczały oko, chłopacy robili durnowate miny (jak u Gombrowicza). Bywało, że „strażak” nie wytrzymał i zachichotał na cały kościół, to wtedy nie wiadomo skąd pojawiał się proboszcz Molitoris i trzymając w rękach pasek robił porządek…            
          „(Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie oraz siedzących za stołami bankierów. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powyrzucał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: „Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu Ojca mego targowiska”. (…)” Ewangelia wg św. Jana.
          Bywało, że ksiądz wygonił młodzież z Domu Bożego. Miał też pretensje do najważniejszych strażaków, że dzieci stawiają przy grobie Chrystusa. Ogniomistrz jeden i drugi bił się w piersi, przepraszał. Molitoris przebaczał, a za rok wszystko było po staremu.
          Dziś, gdy bywam na mszy rezurekcyjnej przyznam, że z podziwem patrzę na dużą grupę łukciańskich strażaków (są w niej też ochotnicy z pobliskich wsi). W duchu gratuluję im konsekwencji. Niewątpliwie należy podkreślić to duże przywiązanie do tradycji. Mierzi mnie zawsze tylko w epilogu mszy, gdy proboszcz dziękuje strażakom i… organistemu. Lata płyną, a tu bez zmian. Może w tym roku będzie poprawnie.
          To tyle o strażakach z OSP Łukta.
          I jeszcze kilka zdań o beznadziejnych, nie tylko z powodu zimy, lokalnych drogach w mojej rodzinnej wsi. Ostatnio, gdy wjechałem samochodem do centrum, o mały włos nie straciłem podwozia. Dziura na dziurze! Fatalna wizytówka gminy! Myślę sobie, że może naczelna władza przeczyta tę refleksję i chociaż w święta zarumieni się ze wstydu. Wiem, wiem, te drogi nie są w gestii gminy. A co to mnie obchodzi. Wjeżdżam do Łukty, zatem drogi są Łukty, nie Ostródy, czy  Olsztyna. W innych gminach jakoś radzą sobie z dziurami!         
          I ostatni wątek na święta.
          Powstaje dom kultury. Miejmy nadzieję, że rozwój szeroko pojętej wiejskiej kultury nie zakończy się w mojej wsi w dniu inauguracji.
          Niestety, obawiam się, że przy obecnym potencjale intelektualnym i predyspozycjach osób odpowiedzialnych za tę materię w mojej rodzinnej gminie, na nic dobrego się nie zanosi.  

Stanisław Raginiak

© Tekst jest chroniony prawem autorskim.
Zabrania się kopiowania i wykorzystywania w całości lub we fragmentach bez zgody autora.

© Ilustacje: Grzegorz Malinowski



autor:gres wyświetleń: 2314

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany!


komentarze:


status: ADMINISTRATOR

edytowany:
4 Kwietnia 2012, godz: 18:08

+ 0 - 0

"[...] Mierzi mnie zawsze tylko w epilogu mszy, gdy proboszcz dziękuje strażakom i… organistemu.[...]"

Takich "kwiatków" naszego proboszcza znalazłoby się więcej :) Ma on również przypadłość przekręcania imion i nazwisk np. podczas informacji za kogo jest msza. No cóż... Z całym szacunkiem, taki jego urok.



status: UŻYTKOWNIK dobry

6 Kwietnia 2012, godz: 17:26

+ 1 - 0

"Lata płyną, a tu bez zmian. Może w tym roku będzie poprawnie." - czyli jak?
Każdej osobie, która się angażuje należą się podziękowania.
Ehh wieczna marność w Pańskich monologach...
Ps problem dziurawych ulic leży nie tylko w Łukcie, ale Pan na pewno o tym wie, choćby z podróży po kraju.



status: UŻYTKOWNIK wytrawny

8 Kwietnia 2012, godz: 15:03

+ 0 - 0

W zamierzchłych czasach, kiedy było mało wolności,a dużo pracy, a władający pochodzili z miejscowej społeczności i mieszkali między nimi, strażacy w lany poniedziałek zjawiali się u nich po tzw. "poleniu". Czasami polewali skromnie z kubka, w wyjątkowych sytuacjach uruchomiali motopompę i ciągnąc wodę z rzeki Łukta polewali dom i obejście. Było to zgodne z tradycją, miało przynieść szczęście, a czasami wylewając przysłowiowy kubeł zimnej wody otrzeźwić władającego w jego zapędach. Reguła było, że obrzęd kończył się poczęstunkiem.



status: ADMINISTRATOR

17 Kwietnia 2012, godz: 23:07

+ 0 - 0

Z roku na rok giną nasze barwne tradycje. Być może przez to, że telewizja nas ogłupia i rozleniwia. Dzisiaj ważniejszym wydaje się złożenie życzeń na facebooku niż beztroskie oblewanie się wodą w Śmigus-dyngus, czy zabawa stukania się pisankami.
W większości obrzędy wielkanocne można poznać już tylko z opowieści.

Ktoś może mi powiedzieć: "takie czasy". Ale czy za te czasy nie odpowiadamy my sami?

Przyznaję się, że i ja w tym roku zaniedbałem trochę tradycję. Martwi mnie, że właściwie nikt tego nawet nie dostrzegł...

Cieszę się natomiast, że kolejny rok z rzędu udała mi się moja mała, przedświąteczna wyprawa po bazie nad rzekę.


 


copyright © lukta-city.pl
autor: Grzegorz Malinowski